Źródło i „źródło”

czytamNatknęłam się kilka dni temu na nową stronę na facebook’u, propagującą pozyskiwanie książek z legalnych źródeł. Temat jest aktualny od lat. O kradzieżach, które i mnie dotykają, też pisałam. Miesiąc temu udało mi się doprowadzić do usunięcia moich książek ze słynnego w Polsce portalu, raju dla pobierających (nazwy nie wymieniam, bo może nie warto robić mu reklamy). – Takie strony należy usuwać – słyszę od czasu do czasu, ale nie sądzę, że to dobry pomysł. Miejsca na przechowywanie plików „w chmurze” powinny być. Może lepszą drogą jest uświadamianie, że nie wszystko można pobrać ot tak, że „pobieracze” łamią czyjeś prawa i jest mnóstwo okazji wejścia w posiadanie książki za małe pieniądze lub za darmo, w legalny sposób.

book-tourAutorzy i wydawnictwa organizują bardzo wiele BookTour’ów (najczęściej z nowościami), dzięki czemu koszt przeczytania wybranego tytułu to wartość znaczków pocztowych (7-8 zł). Organizuje się też wiele konkursów. Wspominałam kilka dni temu o jednym z nich, zorganizowanym przez Wydawnictwo Bernardinum i warszawską gazetę. Nagrodą była moja książka. Wystarczyło odpowiedzieć na pytanie: „dlaczego chcę ją przeczytać?”.

O istnieniu bibliotek wie każdy. Dzięki nim szelestu kartek można posłuchać za darmo. Ich katalogi są teraz dostępne on-line. Wiele z nich zaopatruje się w nowości (tu i ówdzie można zasugerować zakup konkretnego tytułu). Moja książka pojawiła się w kilkunastu bibliotekach niemalże tuż po premierze i na pewno nie jest wyjątkiem.

biblioteki. w bałkańskim kociołku
Na zdjęciu niektóre biblioteki polecane przez portal Lubimy Czytać

Czy istnieje skuteczne lekarstwo uzdrawiające „pobieraczy”? Zapewne nie mieliby oni odwagi wyjść z książką z księgarni, nie płacąc. Wydaje im się, że w internecie są anonimowi, chociaż to nie jest prawda.

Szkoda, że głównie autorzy angażują się w pisanie i dyskusję o kradzieżach książek. To na pewno za mało. Bez wsparcia Czytelników (zachęty do korzystania z bibliotek czy uczestnictwa w BookTour’ach) sukces nie jest możliwy. Myślę, że warto propagować legalne źródła, od czasu do czasu przypominać, że istnieją i każdemu kto to robi  życzę powodzenia.

Cel nie uświęca środków (ja tak sądzę), a więc nie popieram propozycji wprowadzania restrykcyjnych metod (zakazów, nakazów, kar). Prawo polskie i unijne reguluje tę kwestię, pozostaje tylko przestrzeganie.

książka z...

Z sąsiadem za pan brat? Da się?

Zdecydowałam się dziś odnieść do zdania jakie padło w najnowszej opinii o mojej książce, ale zanim to zrobię muszę podziękować za ciepłe słowa „przyfruwające” od Czytelników i za zaangażowanie w promocję mojego papierowego dziecka. Uśmiech wraca jak widzę, że kolejne osoby polecają „kociołka”.

kosharite3Autorka strony „Recenzje Agi” napisała, że „to książka, która inspiruje do tego, by żyć wolniej i degustować chwile” (to zdanie znalazło się na okładce). W mediach społecznościowych Aga – Agnieszka Krizel – kilka dni temu opublikowała i zwróciła uwagę na wybrany przez siebie, ten oto fragment z mojej książki, mający związek ze zdaniem, które chcę skomentować. „Znajdujące się w bałkańskim kociołku różne grupy etniczne, różne kultury i religie mieszały się ze sobą przez kolejne stulecia. Ludzie posiadają pewne wspólne cechy, chociaż dzielą się na wiele grup posiadających odrębne obyczaje. Przez wieki nauczyli się żyć wspólnie. Nauczyli się szanować inność sąsiada pochodzącego z tej samej wsi czy miasta. Mają wiedzę o skomplikowanej historii swojego kawałka świata i mają świadomość, że jedna mała iskra może tu spowodować wielki pożar.

***

ludzie

Autorka najnowszej opinii o książce, na stronie „Nietoperz czyta i ogląda” napisała: „To, co poza pięknem przyrody najbardziej zapadło mi w pamięć w opowieści o Bułgarii, to różnorodność, wymieszana w „bałkańskim kociołku”: muzułmanie i chrześcijanie żyjący obok siebie, Turcy, Bułgarzy, Serbowie, Macedończycy i Grecy, ciągle popadający w spory, a jednak nie mogący bez siebie wzajemnie żyć. Da się? Da się! Patrząc z perspektywy Polski, która próbuje stać się krajem homogenicznym, kulturowo, narodowo i religijnie, Bałkany w tym kontekście powinny być dla nas przykładem.

Zgadzam się ze smutną prawdą o zmieniającej się rzeczywistości. Myślę, że Bałkany rzeczywiście mogą być przykładem umiejętności współżycia. Na pytanie: – Da się? odpowiedziałabym zdecydowanie: – Tak! Ktoś może zapytałby w tym momencie: – A bałkańskie wojny? – Tak. Były, bo ten zlepek rodzi także zagrożenie. Tak jak wspomniałam wystarczy jedna iskra i ci, którzy znają historię Bałkanów wiedzą, że zdarzały się pożary w tej części Europy i znajdowali się tacy, którzy chcieli je wywołać (nie przestaje kusić posiadanie wpływu na tę strefę). Dzielono państwa i bliskich sobie ludzi, a nawet rodziny. Doświadczenia Bałkanów pokazują, że można żyć w zgodzie z sąsiadem, ale trzeba strzec się manipulacji (tych z zewnątrz i tych rodzących się wewnątrz), trzeba być tolerancyjnym i umieć patrzeć na świat oczami innych ludzi. „Jakim szaleństwem jest oczekiwanie, by inny człowiek żył zgodnie ze standardami i normami, które zostały zaprogramowane w Tobie przez Twoje środowisko i Twoją rodzinę.” – powiedział Anthony de Mello i warto te słowa przypominać.

***

Zacytuję jeszcze fragment z tej samej opinii o książce. Cały tekst znajduje się na stronie „Nietoperz czyta i ogląda” i w „Kurierze Rzeszowskim„. Autorce recenzji bardzo dziękuję za miłe słowa i polecanie książki w mediach społecznościowych i księgarniach.

okł.jpg-szPR
Fragmenty książki są TU.

„W Bałkańskim kociołku” to książka głównie podróżnicza, choć i bardzo osobista, bo oparta na własnych przeżyciach, miejscach i rzeczach, które autorka widziała i słyszała. (…) W kociołku mieszają się ludzie i tradycje, religie i niełatwa historia. Bułgaria, tak mało u nas znana, a tak pełna niepowtarzalnych miejsc i legend, a także, a może przede wszystkim (?), romantyzmu. Zanim odwiedzicie ten kraj, bo wierzę, że jednak odwiedzicie, przeczytajcie książkę „W bałkańskim kociołku”, książkę napisaną z miłości do męża i kraju jego pochodzenia, kraju, w którym krzyżuje się Europa, zachodnia Azja, a nawet Afryka. Życzę sobie i Wam, byście mogli i mogły równie mocno jak autorka, pokochać drugiego człowieka, i chcieć poznać miejsca, z których się on czy ona wywodzi. 

jakim-szalec584stwem-jest.png

 

 

Czy eurosceptycy cierpią na amnezję?

Polityka – temat wzbudzający emocje – nie jest moją pasją, ale nie mogę udawać, że nie istnieje lub jest mi obojętna. Nie mam wątpliwości, że ma bardzo wielki wpływ na życie przeciętnego człowieka i ta myśl wraca od czasu do czasu w różnych sytuacjach, między innymi wtedy, gdy jedziemy samochodem i mijamy europejskie granice. Razem z nią wraca wspomnienie koszmarnej, najgorszej podróży w moim życiu.  Zaczęła się niespodziewanie pewnego jesiennego dnia.

w drodze
Bułgaria

Czekałam na telefon od Rodziców. Wiedziałam, że mój Tata choruje od kilku tygodni. Podniosłam słuchawkę i usłyszałam Jego złamany głos. – Mam nowotwór – powiedział. – Złośliwy. Nieuleczalny. Nic już nie można zrobić.  Nie mieliśmy wątpliwości. Decyzja „jedziemy do Polski” zapadła natychmiast. Kilka godzin później zbliżaliśmy się do bułgarsko-rumuńskiej granicy w Vidin. Nie był to wtedy teren Unii Europejskiej. Nie istniał jeszcze most na Dunaju. Łudziliśmy się, że skoro jest po sezonie nie będzie kolejek. Mieliśmy pecha. Prawie dobę czekaliśmy, żeby wjechać na prom.

Wydawało się nam, że wieki trwają odprawy celne przy wjeździe do Rumunii, potem przy wyjeździe z Rumunii i w kolejnych państwach. Mijaliśmy osiem punktów granicznych, osiem kontroli celnych. Paszporty, pieczątki… powtarzająca się osiem razy ta sama procedura, w każdym miejscu  trwająca godzinę, często dwie, chyba nigdy mniej niż pół godziny. Wcześniej nie zliczałam czasu spędzonego na granicach, a przecież traciliśmy go niemało, zwłaszcza wtedy, gdy celnicy rzetelnie i bez pośpiechu wykonywali swoje obowiązki.

2 rum
Dawno temu, gdzieś w Rumunii

Ta moja najsmutniejsza podróż wydłużyła się do nienaturalnych rozmiarów. Czuję ten straszny stres, który mi towarzyszył.

Od czasu wejścia Polski, Bułgarii i innych państw do Unii Europejskiej, a później przynależności do strefy Schengen pokonujemy tę samą trasę w znacznie krótszym czasie, także dzięki nowym drogom budowanym za unijne pieniądze (nie sposób nie zauważyć ich istnienia podróżując przez Polskę). Nie mam żalu do powracającego, koszmarnego wspomnienia, bo może dzięki niemu doceniam tę zmianę i niewątpliwie zawdzięczam ją politykom i elektoratowi, który zadecydował o ich wyborze.

Nigdy nie zrozumiem trendu zamykania Polski na świat, chęci odizolowania od Unii. Jak można chcieć się cofać, rezygnować z ogromu korzyści? Moja historia na pewno nie jest najlepszym i najważniejszym przykładem dobrodziejstw, bo osób, którym brak granic ułatwia życie jest zdecydowana mniejszość, ale opowiedziałam ją, bo zastanawiam się, czy eurosceptycy cierpią na amnezję?

vidin
Vidin – most na Dunaju łączący Bułgarię i Rumunię (ma prawie 2 km długości). Kiedyś możliwa była tylko przeprawa promowa. Promy kursowały co kilka godzin. Zdarzało się, że sznury samochodów czekały w kolejce, czasem zastygającej w bezruchu. Część środków na budowę pochodzi z bezzwrotnych funduszy Unii Europejskiej. W ciągu 1 tygodnia mostem przejeżdża 17000-24000 pojazdów (w sezonie turystycznym 26000-27000).

okł.jpg-szPRP.S. Może niektórych mieszkańców Warszawy i okolic zainteresuje wiadomość o konkursie przygotowanym przez Informator Stolicy i Wydawnictwo Bernardinum, ogłoszonym TU – na stronie gazety. Nagrodą jest moja książka (tu znajdują się fragmenty).

Kaktus i życiowe rozczarowanie

kaktusKaktus to ogórek mocno rozczarowany życiem. Takie oto zdanie dziś przeczytałam. Natychmiast spojrzałam na siebie. Czy nie zaczęły pojawiać się na mojej skórze kłujące igiełki? Nie. Jeszcze nie. Ale kto wie? Może to tylko kwestia czasu? Przytłoczyła mnie rzeczywistość. Czuję jej ciężar. Może do rozczarowania został jeden krok?

Na mojej internetowej stronie byłam u siebie i nagle pojawił się intruz z groźbami. Pisze komentarze, po czym jakieś usuwa (z tych dopuszczonych do publikacji); pisze następne i zastrzega „proszę tego nie publikować”; mija trochę czasu i zadaje pytanie: dlaczego pani tego i owego nie opublikowała? Czy warto irytować się z powodu żenującego zachowania obcej, obojętnej osoby, od tygodnia z maniackim uporem przypominającej o sobie? Mogę swój internetowy świat zamknąć na kłódkę i coraz częściej o tym myślę, bo po co dokładać nawet małe co-nieco do codziennych problemów?

Mogę też stać się kaktusem. Jest jakaś prawda w jego związku z życiowym rozczarowaniem. – Nie zbliżaj się – ostrzega, jak murem obronnym, otoczony kolcami wypełnionymi rezygnacją pomieszaną z obawą.

W bałkańskim kociołku” napisałam o kaktusowym lesie, dziś już nie istniejącym. Pozostały po nim kikuty podciętych drzewek. Nadal lubię tam bywać, szczególnie w porze kwitnienia.  Kolorowe kwiaty uśmiechają się do słońca… Może więc nie jest źle być kaktusem?

kaktusowy kwiat

 

 

W Sopotach na piasku

Lato to moja ulubiona pora roku. To także czas urlopów, krótszych lub dłuższych wyjazdów między innymi nad polskie morze.

Znalazłam kiedyś pocztówkę wykonaną między 1910 – 1914 rokiem pokazującą jak „w Sopotach na piasku” spędzali czas plażowicze.  Stroje nie wydają mi się najwygodniejsze (może tego dnia nie było upalnie?), ale lubię popatrzeć jak to drzewiej bywało.

poczt.Sopot 1910-14

Muszę jeszcze wspomnieć o moim „kociołku”, który nie dotarł wszędzie (jest m.in. w niektórych salonach EMPiKu) i muszę podziękować osobom, które poświęciły chwilkę, żeby ocenić książkę. Pierwsze opinie pojawiły się w Gandalfie. Dziękuję ❤

Gandalf

Fragmenty książki „W bałkańskim kociołku”