Za przykładem panującego

Patria nostra in magno periculo est (Ojczyzna nasza jest w wielkim niebezpieczeństwie) – powiedział do swoich żołnierzy rzymski wódz, z którego mowy znam na pamięć spory  fragment i pewnie wyrecytowałabym go półprzytomna, obudzona w środku nocy. Zawdzięczam to mojej Pani profesor od łaciny mówiącej zawsze cichym głosem, posiadającej umiejętność egzekwowania tego i owego, ukrytą pod łagodnością narysowaną na twarzy. I chociaż pamięć z czasem staje się zawodna, niektóre łacińskie maksymy nagle pojawiają się w głowie.

Ad exemplum principis (Za przykładem panującego) – mawiali Rzymianie i te słowa przez wieki przyjęło się odnosić do ludzi, którym brak indywidualnych przekonań, bezmyślnie naśladujących sposób życia, myślenia, postępowania osób wysoko postawionych czy imponujących na przykład bogactwem.

Podróżni opowiadają, że świta dworska obowiązaną jest stosować się we wszystkim do sułtana: jeżeli on kaszlnie lub kichnie, obecni muszą kasłać lub kichać; jeżeli z konia spadnie, wszyscy z koni spaść powinni.

Te zachowania opisane w dziewiętnastowiecznej relacji z czasów Imperium Osmańskiego, należą do skrajnych, ale… Ad exemplum principis – myślę, gdy obserwuję współczesną rzeczywistość. Wielu ludzi chełpiących się przynależnością do elity mentor(polityków, dziennikarzy, biznesmenów) „organizuje” powtarzające się zbyt często pokazy braku taktu, braku kultury bycia i braku umiejętności posługiwania się językiem literackim. Pewnie nie razi to tych, dla których kiepskie maniery i wulgaryzmy, co kilka słów, wydają się być na porządku dziennym, ale… może właśnie dla nich elity powinny być pozytywnym wzorem? Żenujący poziom niektórych osób publicznych skłania do smutnych refleksji. Nie mam wątpliwości, że znajdują oni ślepych naśladowców, którzy odkąd istnieje ludzkość byli, są i będą, i niestety, jakość „śmietanki” przekłada się na ich jakość. Czy aż tak spadły wymagania? Zastanawiam się dlaczego niemała grupa ludzi na przykład głosując na polityków w wyborach, nie zwraca uwagi na ich poziom intelektualny i osobistą kulturę. Skąd niechęć niektórych do porównywania „faktów” z faktami?…

No cóż… Ad feliciora tempora! Do lepszych czasów! – powiem na koniec.

Reklamy

Dyzma, koło historii i nos polityka

W jednym z dziewiętnastowiecznych teatrów paryskich był aktor, który uważał, że wygląd nosa jest ściśle związany z charakterem człowieka. Każdej odgrywanej postaci tworzył więc inny kształt nosa przy pomocy wosku. Doszedł w tym rzeźbieniu do perfekcji, przewyższając umiejętnością najlepszych charakteryzatorów.  Gdyby temu aktorowi przyszło grać rolę polityka,  zapewne wosku potrzebowałby bardzo dużo – napisał jeden z ówcześnie żyjących dziennikarzy. I chociaż niemało czasu minęło, dziś można by powiedzieć to samo. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że odgrywając postać współczesnego polityka, aktor miałby problem z udźwignięciem niejednego nosa.

nos

Cytowałam kiedyś fragment artykułu napisanego w 1939 roku, w tygodniku literacko-społecznym, dziś go przypomnę.

Zwykłą  rzeczy koleją przyszłe pokolenia inaczej będą patrzały na naszą epokę niż my sami. (…) Gdyby urządzić ankietę, która z książek najtrafniej i w najbardziej syntetycznym skrócie  ujmuje naszą epokę, powinna ona wskazać „Karierę Nikodema Dyzmy” Tadeusza Dołęgi – Mostowicza. (…) Uświadomiliśmy sobie, że przeżywana przez nas epoka odbudowy państwa wymaga wyhodowania i wysunięcia na czoło specjalnego typu socjologicznego. Niestety, w większości wypadków pobłądziliśmy. Braliśmy intryganctwo za dzielność, chamstwo – za energię, nikczemność – za trzeźwość postępowania, biurokratyzm – za zmysł organizacyjny i lekkomyślność – za umiejętność powzięcia decyzji…

Wszyscy znają powiedzenie „człowiek uczy się na błędach”. Czy na pewno, skoro historia kołem się toczy?

Wakacyjna przygoda małego urwisa

Lato trwa, pomyślałam więc, że to dobry moment na wakacyjne wspomnienie, tym razem nie moje. Wiąże się ono z sytuacją, w której najmniejsza zwłoka nie wchodziła w rachubę. Super pilną wiadomość należało przekazać natychmiast… (Tę historię opisałam w „Bałkańskim kalendarzyku” (tytuł roboczy), będącym w pewnym sensie kontynuacją „kociołka” i jest ona związana także z moim wspomnieniem.)

figa
Figa

W bałkański pejzaż wpisuje się dom Dziadków mojego męża, oddalony od Morza Egejskiego o zaledwie godzinę jazdy samochodem. Otaczają go kąpiące się w słońcu winnice, położone na górskich stokach. Prowadzi do niego stroma uliczka, z innymi domami wychylającymi się zza kamiennych płotów.

Historię rodzinnej posiadłości znałam z opowiadań. Kiedy byłam tu po raz pierwszy zatrzymałam się na chwilkę w miejscu, w którym przed laty stał kilkuletni chłopiec. Podekscytowany i lekko zdyszany biegiem, zadarł głowę do góry.

– Babciu! Dziadku! – krzyknął zniecierpliwiony.

mel1Nie rozumiał dlaczego nikt nie wyjrzał przez okno. Nikt nie zwrócił na niego uwagi, a przecież sprawa wymagała pośpiechu! Nie było chwili do stracenia! Niewiele myśląc mały urwis schylił się po leżący pod jego stopami kamień. Podniósł do góry rękę i żeby mieć pewność, że trafi w okno olbrzymiego domu, zamachnął się z całych sił, krzycząc jednocześnie: – Ryby! Przywieźli ryby do sklepu!

Dźwięk pękającego szkła podkreślił ważność wiadomości…

Dzieckiem, któremu kamień zrobił psikusa (miał tylko odbić się od szyby) był mój mąż. Z przyjemnością spędzał tu wakacje, ale brakowało mu owoców morza, które u siebie miał na co dzień.

Absurdalna, ale prawdziwa historia

Ostatnio ograniczam sobie emocje, które mogłoby wywołać na przykład przeczytanie książki czy obejrzenie filmu pokazującego brutalność. Nie bez wahania zdecydowałam się na obejrzenie  „Sztokholmu”, obrazu opowiadającego o słynnym napadzie na bank, kojarzonym z pojęciem „syndrom sztokholmski”, używanym przez psychologów całego świata. Skusiłam się, bo byłam ciekawa dlaczego właśnie ta historia spowodowała stworzenie nowego terminu, stosowanego  w odniesieniu już nie tylko do zakładników czy ofiar porwania, ale też do ofiar przemocy domowej. Nie znałam szczegółów historii, która wydarzyła się w stolicy Szwecji w 1973 roku i przyznam, że byłam zaskoczona. Dwaj rabusie nieudacznicy różnią się, moim zdaniem, od wyobrażenia o dokonujących napadów. Nie chcę zdradzać szczegółów, bo może ktoś ma ten film przed sobą, a więc ograniczę się do kilku słów. Budzi zdumienie ich niestandardowe zachowanie, niewątpliwie wynikające z cech charakteru (mówię to w kontekście znanych mi, opisanych podobnych sytuacji)… Na wstępie pojawia się na ekranie jedno zdanie: Na podstawie absurdalnej, ale prawdziwej historii. Czy rzeczywiście była absurdalna? Myślę, że tak, momentami nawet śmieszna. Po obejrzeniu zastanawiałam się, czy termin „syndrom sztokholmski” w wielu przypadkach jest słusznie stosowany.

Film „Sztokholm” miał światową premierę w 2018 roku; w roli głównej wystąpił Ethan Hawke.

P.S. Gdyby ktoś chciał wiedzieć o co poprosiłabym Złotą Rybkę, TU jest odpowiedź 😉

delfin

Ziarnko do ziarnka… słowo do słowa…

Pisałam… zmieniałam… skreślałam… dopisywałam… wyrzucałam słowa… dodawałam słowa… Wreszcie książka (ta ostatnia) trafiła do rąk Czytelników. – Czy jestem z niej zadowolona?  – Nie do końca. Kusi mnie, żeby tu i ówdzie dokonać poprawek.

Miałam jakieś założenia, ale nie mogłam mieć pewności, że udało mi się je zrealizować. Uśmiechałam się czytając nową recenzję. „To książka bardzo osobista, dlatego na pierwszym planie są ludzie. (…) Oczywiście nie brakuje tu nawiązań do faktów historycznych, czy miejsc, które warto zwiedzić, ale to tylko część. Autorka w dość uproszczony sposób nawiązuje do wybranych wydarzeń z historii, ale to absolutnie nie jest zarzut z mojej strony. Wszak to nie jest publikacja traktująca o historii Bułgarii. Jednak udało jej się uświadomić jak złożona, zawiła i skomplikowana jest przeszłość Bałkanów” – napisała autorka opinii. A ja poczułam radość, że jeden z celów osiągnęłam. Historia rzeźbi charakter kolejnych pokoleń i choć troszkę trzeba o niej wiedzieć. Obraz bez tła wydaje się niepełny… Ludzie pokazani bez ich przeszłości nie mogą być dobrze zrozumiani (tak myślę; ciekawa jestem Waszego zdania).

Tego samego dnia przeczytałam recenzję miłośniczki „oglądania” świata z własnego fotela, „wtedy gdy obowiązki i codzienne życie zatrzymują w domu”. Zacytuję tylko jeden króciutki fragmencik: „Autorka, dzieląc się swoim osobistym doświadczeniem, zaciekawia, bawi i zachwyca…” (Magdalena Pelczarska)

Dziękuję obu Paniom i wszystkim osobom, które przesyłają mi ciepłe słowa. Mam nadzieję, że nie zanudzam tymi wieściami moich Gości, miło jest móc dzielić się z Wami radością.

Prześladująca mnie stalkerka „pracuje” niestrudzenie. Dodaje swoje komentarze na stronach blogów literackich i na stronach różnych księgarni. Nie sądzę, żeby sympatyków gatunku, do którego należy moja książka, mogły zrazić jej „merytoryczne recenzje” typu cytowanych wcześniej („niech autorka siedzi sobie w tej dziadowskiej schamiałej zacofanej Bułgariii nie pisze głupich książek dla polakuw„) i najnowsze, „grzeczniejsze” w Gandalfie: „Nudna głupia i beznadziejna książka nadaje się do kominka” (nie myślałam, że ktoś jeszcze pali książki…) lub ta napisana szyfrem: „asfsaf saf sa”…. Zachęcam jednak i za dodanie opinii będę wdzięczna każdemu, kto książkę przeczytał.

Fragmenty pierwszej, zacytowanej powyżej recenzji (cały tekst znajduje się na stronie „Monika Olga czyta„; polecam tę stronę, także inne recenzje)

okł.jpg-szPRWrażenie, które towarzyszyło mi od pierwszych przeczytanych zdań to łagodność i subtelność. Zrozumiałam, że to nie jest tyle książka podróżnicza opisująca Bałkany, ale coś więcej.  To książka bardzo osobista, dlatego na pierwszym planie są ludzie. Nie tyle same Bałkany, co właśnie ich mieszkańcy. I przepadłam… 

(…) Urzekła mnie ta publikacja. Urzekły mnie Bałkany. Jestem przekonana, że podróż do Bułgarii byłaby wspaniałą podróżą. Wszak jestem i historykiem, i miłośniczką gór, i kawoszem, i lubię delektować się winem, i ciągle uczę się spieszenia się powoli. Monika Olga czyta”

Absolwent uniwersytetu złoczyńców

muzyUciekam czasem od nie zawsze kolorowej rzeczywistości. Byłam ostatnio na wycieczce w świecie, nad którym czuwa Erato z kitarą w ręce, Euterpe z piszczałkami w dłoniach i jej piękna siostra Kaliope. Spędziłam trochę czasu z poetą w trzydziestym życia lecie, hańbą do syta napojonym. Jego życie mogłoby być intrygującym scenariuszem filmu kryminalnego. W czasach studenckich rozrywki zajmowały go bardziej niż nauka, był duszą towarzystwa. Miał szansę na zrobienie kariery, zajęcie dobrego stanowiska, ale pociągało go inne życie. Stał się członkiem złodziejskiej szajki, mającej na koncie także zabójstwa. Poecie dopisywało szczęście, bo chociaż trafiał do więzienia kilka razy, zawsze wychodził z niego przed czasem z powodu amnestii lub czyjegoś wstawiennictwa. Ostatni wyrok – karę śmierci – zamieniono mu na 10-letnie wygnanie. A wszystko to działo się w XV wieku, we Francji. Poeta rzezimieszek nazywał się Francois Villon.

Myślę, że poezja się nie starzeje i często aktualne jest spojrzenie, nawet sprzed pięciu wieków, na pewne cechy odradzające się w kolejnych pokoleniach, bo ludzkie charaktery są niezmienne. Wiem, że poezja pozostaje w cieniu siostry prozy (szczególnie ta napisana archaicznym językiem), ale może jednak ktoś skusi się i przeczyta fragmenty wierszy Villona. Żałuję bardzo, że nie znalazłam w polskim tłumaczeniu jednej ballady poety, która mnie poruszyła.

Zatytułowałam ten tekst „Absolwent uniwersytetu złoczyńców”, bo Francois był studentem paryskiej uczelni i nie był tam jedynym czarnym charakterem w owym czasie; według Mollanda Uniwersytet „krył w swoim łonie najniebezpieczniejszych złoczyńców: tych, którym niejaka kultura umysłowa dawała zarazem więcej środków czynienia złego i więcej środków drwienia ze Sprawiedliwości. Władza duchowna uwalniała prawie zawsze winnych. Ażeby sądy kryminalne prefektury Paryża mogły na nich położyć rękę, trzeba było recydywy po recydywie, trzeba było, aby ich uznano jako wyzutych z przywileju kleryków. Sytuacja tak uprzywilejowana ściągała do Uniwersytetu mnóstwo nicponiów, zrujnowanych i pogrążonych w rozpuście szlacheckich synów, którym, dla uzyskania charakteru studenta, wystarczało wpisać się na lekcje jednego z nauczycieli.” Dziś sposób funkcjonowania uniwersytetu wydaje się zadziwiający, prawda?

Charles_d'Orléans

A teraz oddaję głos poecie opowiadającemu o swoim romansie.

Gdyby ta, której’m niegdyś służył, / Z wiernego serca, szczerej woli, / Przez którą tylem męki użył / I wycierpiałem moc złej doli, / Gdyby mi zrazu rzekła szczerze, / Co mniema (ani słychu o tem!) / Ha! byłbym może te więcierze / Przedarł, i nie lazł już z powrotem.

Co bądź jej jeno kładłem w uszy, / Zawżdy powolnie mnie słuchała / — Zgodę czy pośmiech mając w duszy / Co więcej, nieraz mnie cirpiała, / Iżbym się przywarł do niej ciasno / I w ślepka patrzał promieniste / I prawił swoje… Wiem dziś jasno, / Że to szalbierstwo było czyste.

Wszytko umiała przeinaczyć;/ Mamiła mnie, niby przez czary: / Zanim człek zdołał się obaczyć, / Z mąki zrobiła popiół szary; / Na żużel rzekła, że to ziarno, / Na czapkę, że to hełm błyszczący, / I tak zwodziła mową marną, / Zwodniczem słowem rzucający…

Na niebo, że to misa z cyny, / Na obłok, że cielęca skóra, / Na ranek, że to wieczór siny, / Na głąb kapusty, że to góra; / Na stary fuzel, że moszcz młody, / Na świnię, że to młyn powietrzny, / Na powróz, że to włosek z brody, / Na mnicha, że to rycerz grzeczny…

Tak moje oto miłowanie / Odmienne było i zdradliwe; / Nikt tu się ponoś nie ostanie, /By zwinny był jak śrybło żywe: / Każdy, ścirpiawszy kaźń nieznośną, / Na końcu będzie tak zwiedziony / Jak ja, co wszędy zwą mnie głośno: / Miłośnik z hańbą przepędzony.

***

VillonPomimo tego, że Villon wyprzedził swoją epokę, przez „chwilę” przygasła jego sława, „odżył” dopiero w XIX wieku. Tadeusz Boy-Żeleński, który przetłumaczył wiersze Villona (zachowując archaiczny język), nazywa go pierwszym poetą Francji. Francois urodził się w 1431 r., w biednej rodzinie, wykształcenie zawdzięcza swojemu kuzynowi i opiekunowi – kanonikowi Wilhelmowi Villon. Nieznana jest data jego śmierci. Zniknął po 1463 r.

Poeta zrozumiał po latach, że droga, którą kroczył nie była właściwa.  Wiem to, iż, gdybym był studiował / W płochej młodości lata prędkie, / I w obyczaju zacnym chował, / Dom miałbym i posłanie miętkie. / Ale cóż? Gnałem precz od szkoły, / Na lichej pędząc czas zabawie… / Kiedy to piszę dziś, na poły / Omal że serca wnet nie skrwawię…

Gdybym znał, iż publicznej sprawie / Może się to by na co przydać, / Jak mi Bóg miły, byłbym prawie / Sam siebie gotów na śmierć wydać.

 

„Stara baba z dziadowskiego kraju” (to podobno ja)

Moi drodzy Czytelnicy, jak myślicie, dla kogo jest moja najnowsza książka? Czy sądzicie, że kupi ją ktoś, kto świetnie „zna” Bułgarię i uważa, że to: (cytuję) „dziadowski, schamiały, zacofany” kraj? Ja nie wątpię, że autor tych słów nie zdecyduje się na przeczytanie mojego „kociołka”, bo i po co, skoro wie lepiej. Ale to nie powód, żeby nie wypowiedzieć się na temat książki i mnie – autorki (nie miałam pojęcia, jak wiele można się dowiedzieć na swój temat od obcej, nieznanej osoby, której nie widziało się na własne oczy). Zdecydowałam się zacytować to i owo. Poniższe słowa skopiowałam ze strony księgarni Merlin, podkreślam: pisownia została zachowana.

Słabizna. Tytuł powiniwn brzmieć w Bałkańskim kufelku niech autorka siedzi sobie w tej dziadowskiej schamiałej zacofanej Bułgariii nie pisze głupich książek dla polakuw traktując ich jak idiotów którzy wydadzą 27zł na opowieści dziwnej treści.

DNO. Wypociny starej baby która pojechała na Bałkany i opisuje swoje obserwacja i wciska głupoty które nie mają miejsca .”

A żeby utwierdzić ludzi w przekonaniu, że jak jest gdzieś dobre słowo o „kociołku” to na pewno ja je powiedziałam, dodano: „Taka prawda. Nietoperz to autorka książki.” – tu muszę wyjaśnić, że Nietoperz to Pani, która na tej samej stronie księgarni oceniła moją książkę pozytywnie (5/5), prowadzi stronę internetową poświęconą literaturze, nie przypisuje sobie autorstwa „kociołka” i która już zgłosiła, gdzie trzeba zacytowane słowa. A ponieważ „nie ma tego złego…”. Dzięki tej sytuacji miałam okazję usłyszeć głos sympatycznej Pani z „Nietoperzowego Świata” i odbyć z nią miłą rozmowę. Mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się osobiście.

merlin 31.07

Pewnie bym o tym wszystkim nie pisała, gdyby nie fakt, że ta negatywna kampania trwa już co najmniej od trzech tygodni. Niektórzy z czytających wiedzą, że zaczęło się to w dniu, w którym Polka – właścicielka mieszkania w Bułgarii (w Pomorie), oferująca usługę w krótkich ogłoszeniach na polskim portalu OLX, trafiła na negatywną opinię turysty wyrażoną o niej na mojej stronie.  W odpowiedzi poinformowałam Pana, gdzie może złożyć skargę i jakie są jego prawa (nie wiem, czy turysta tam się zgłosił, ale nawet jeśli to zrobił, czy Waszym zdaniem to niewłaściwe?). Tylko tyle i aż tyle spowodowało, że posypały się groźby i cała seria wulgaryzmów, które do dziś nie przestały nadchodzić. Wynajmująca nie skorzystała z mojej propozycji napisania własnej wersji / wyjaśnienia. Nie uznaje ludzkich praw do wyrażania opinii. Ja uznaję wolność wypowiedzi i komentarza turysty nie usunęłam (także dlatego, że wyrażał się parlamentarnym językiem), a więc osoba mająca niewątpliwie problem z zachowaniem równowagi emocjonalnej, „działa” niezmordowanie, kampania trwa. Zalewa mnie komentarzami, używając różnych ników. Kilka z nich nawet opublikowałam (ukazują się na moich stronach po zatwierdzeniu), ale autorka je usunęła.

Zdecydowała się wypowiadać na temat mojej książki nie tylko w księgarniach. Pod zapowiedzią na stronie „Recenzje Agi” napisała: „Nie warto czytać tej książki ta pani jest bardzo niedobrym i podłym człowiekiem ,ta pani nienawidzi polaków i oczernia ich na swoich blogach.donosi do urzędów na niewinnych ludzi.” (podkreślam, że cytat jest kopią z zachowaną oryginalną pisownią; komentarz usunęła autorka strony, ale jak wiadomo w internecie nic nie ginie, nawet gdy przestaje być widoczne dla większości).

Zastanawiam się, czy opluwającej mnie osobie sprawia przyjemność babranie się w błocie? A może po prostu się nudzi, bo nikt z jej usług nie chce już korzystać? Nie siedziałam w szafie w pokoju żalącego się turysty, więc nie wiem jak było, ale mam już przekonanie, że jakakolwiek kulturalna rozmowa z wynajmującą nie jest możliwa. Reprezentuje żenujący poziom, także intelektualny.

Czy jest lekarstwo na prostactwo, na brak kultury, na arogancję? Czy jest przyzwolenie na takie postępowanie? Czy ci, z których wylewa się jad, nie obawiają się, że w końcu się nim zakrztuszą?

Życzę wszystkim miłego dnia – stara baba z dziadowskiego kraju.