Myślenie chyba mi szkodzi?

dlaczegoMam chęć zamilknąć na chwilkę. Powód? Prozaiczny. W mojej głowie wyrosło tajemnicze drzewo rodzące owoce o nazwie: pytania. W każdym pesteczkę zastępuje słowo „dlaczego” (z oogrooomnym znakiem zapytania). Bum! – słyszę i wiem, że spadło kolejne, dojrzałe pytanie. Niestety, mój mózg chyba wybrał się na urlop (na pewno leniuchuje), bo nie podsuwa sensownych odpowiedzi (czy można w takim stanie napisać coś mądrego??!!!).

ból głowy„Odkryłam” też, że ostatnio dziwię się nieustannie. Dziwię się, że brak taktu, że jakoś mniej wrażliwości i że tyle arogancji wokół, i że ludzie to ludzie, a nie wilki, co to się nawzajem nie zjadają. Dziwię się, że kultura słowa kurczy się jak wełniany sweterek wrzucony do wrzątku. Dziwię się, że życie zaczyna przypominać to z orwellowskiego „Roku 1984”. Dziwię się, że do współczesnej rzeczywistości wkradają się scenki żywcem przeniesione ze problemśredniowiecznego świata (a wszystko to bez używania machiny czasu lub czarów-marów; kto by pomyślał, że się da?).

Dziwię się i dziwię… Dziwię się, jakbym obudziła się na innej planecie. Eeee, to jakiś absurd. Chyba jednak jestem tu, gdzie byłam? Może tylko spałam zbyt długo i nadziwić się nie mogę, ile to się, panie dzieju, zmieniło. Może zamiast powtarzać przeciągłe – Ooooooo!??? – lepiej zamilknąć, pogapić się, zrobić pstryk i wyłączyć myślenie? Może myślenie wcale nie jest zdrowe?

pytam

Co widać i czego nie słychać

Dawno temu pewien pan napisał książkę „Co widać i czego nie słychać”. Nazywał się Claude Frederic Bastiat, a żył w pierwszej połowie XIX wieku. Był ekonomistą i filozofem. – Nuda – pomyślą niektórzy. Ja Frédéric Bastiat (1801-1850)odpowiem: – W tym przypadku nie. Pan Bastiat był człowiekiem posiadającym język giętki i poczucie humoru, dzięki czemu jego dzieło czyta się lekko i jest ono odpowiednie dla ekonomicznych laików. Prawdy jakie się tam znajdują są oczywiste i na pewno znane większości, bo chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że ekonomistą jest po trosze każdy, kto gospodaruje zarobionymi pieniędzmi, prowadzi dom. Pomimo tego wielu ludzi obawia się oceniać niektóre działania podejmowane odgórnie (na szczeblu rządowym), a z ust wypływa argument: Ja nie jestem specjalistą. Czy słusznie? Czy należy przyjmować wszystko do wiadomości, wyłączając logiczne myślenie? Sądzę, że nie. Nie umiem zrozumieć dlaczego dla tej samej dużej grupy ludzi, brak gospodarności w rodzinie jest naganny, a w państwie niekoniecznie?

Pan Bastiat napisał w imieniu producentów świec, lamp, latarni bardzo słynną petycję do członków Izby Deputowanych, chcących uwolnić rynek od zagranicznej konkurencji. Jak myślicie, kto jest najpotężniejszym wrogiem wytwórców oświetlenia? Już podpowiadam: SŁOŃCE.

„Panowie:

Jesteście na dobrej drodze. Przychodzimy, aby zaoferować wam cudowną okazję do zastosowania Waszej – jak winniśmy to nazwać? Waszej teorii?

Cierpimy z powodu rujnującej konkurencji zagranicznego rywala, który najwyraźniej pracuje w warunkach tak dalece dla produkcji światła lepszych niż nasze, że zalewa nim nasz krajowy rynek po niesłychanie niskiej cenie; od momentu, kiedy się pojawia, nasza sprzedaż zamiera, wszyscy konsumenci zwracają się do niego, a branża francuskiego przemysłu, której odgałęzienia są niezliczone, doprowadzana jest nagle do całkowitej stagnacji. Rywal ten, którym jest nie kto inny niż Słońce, prowadzi przeciw nam wojnę tak bezlitośnie, że podejrzewamy, iż został podburzony przeciw nam przez perfidny Albion (obecnie znakomita dyplomacja!), zwłaszcza, że ma dla tych wyniosłych wyspiarzy wzgląd, którego nie okazuje nam.

Prosimy Was, byście byli tak dobrzy i uchwalili ustawę wymagającą zamknięcia wszystkich okien, okiennic, świetlików, wewnętrznych i zewnętrznych żaluzji, zasłon, okien z kwaterami i rolet – krótko mówiąc wszystkich otworów, dziur, szpar i szczelin, przez które światło słoneczne ma w zwyczaju wpadać do domów ze szkodą dla uczciwych gałęzi przemysłu, którymi, jesteśmy dumni móc powiedzieć, obdarzyliśmy ten kraj, kraj, który nie może, bez zdradzania niewdzięczności, opuścić nas dziś w tak nierównej walce.”

Ta petycja (zacytowałam tylko fragment) to satyra mająca zwrócić uwagę na pewne problemy i sposoby argumentacji, ale czy nie wynika z niej, że wszystko da się wytłumaczyć? Populizm istniał, istnieje i będzie istniał. Wiem, że nie należy mu ulegać, natomiast nie umiem sobie odpowiedzieć na pytanie: Jak to się dzieje, że w dzisiejszej rzeczywistości zatacza coraz szersze kręgi? 

I jeszcze dwa cytaty:

„Musisz dostarczyć mi zajęcie, i to zajęcie zyskowne. Głupio wybrałem dziedzinę działalności i przynosi mi ona straty. Jeżeli nałożysz dwudziestofrankową kontrybucję na mych rodaków, moja strata zamieni się w zysk. A zysk jest wszak moim prawem, musisz mi go zapewnić.”
Społeczeństwo słuchające tego sofisty, obciążające się podatkami, by go zadowolić, nieświadome, że strata, jaką przynosi dany przemysł, nie przestaje być stratą, jeżeli zmusi się innych do jej pokrycia, takie społeczeństwo zasługuje na brzemię, jakie dźwiga.

***

Im bardziej bada się postępowe sekty, tym bardziej wzrasta przekonanie, co leży u ich podstaw: ignorancja obwołuje się nieomylną i w imię swej nieomylności, zachwala despotyzm.

Pstryk! i siedzę na kolanach babci

Mama mOd lat obiecuję sobie, że zeskanuję stare, rodzinne zdjęcia. Jest ich tak wiele, że nie możliwe jest tego dokonać w jeden dzień i w dużej mierze dzięki temu, kolejne etapy odsuwają się w czasie. Wracam niekiedy do tych fotografii, na których przeżyły chwile z wielu dziesiątek minionych lat. Kadry z życiaTato m Rodziców, Dziadków i pradziadków mają w sobie nieprzemijający czar, tak, jak chyba wszystkie zdjęcia, które o osiągnięciu pełnoletności zapomniały dawno temu. Odcienie czerni i bieli nie umniejszają ich piękna.

w letnim domu BabciŻycie przypomina siedzenie w kinie. Pstryk! I oto ja: dziecko pałaszujące ptysie (…). Pstryk! Minęły dwa lata i siedzę na kolanach u babci (…). To jedynie chwilki – a między nimi długie, puste przestrzenie miesięcy, czy nawet lat. Gdzie się wtedy było? – napisała Agata Christie w swojej „Autobiografii”, przy okazji próby odpowiedzenia sobie na pytanie: Co decyduje babcia Mo wyborze wspomnień? Myślę, że te dobre wspomnienia narzucają miedzy innymi fotografie, bo złe chwile rzadko uwiecznia się na potrzeby rodzinnych albumów.  Przy okazji odżywają jakieś opowieści i odczucia związane z każdym obrazem. „Pstryk” zastępuje szelest odwracanej kartki i oto ja: mała dziewczynka, pod jedwabnym, przeciwsłonecznym parasolem Babci, spaceruję po alejkach otaczających jej letni dom, przekonana, że życie jest piękne, a wszyscy ludzie dobrzy…

Na szczęście, w moim zbiorze, nawet bardzo stare zdjęcia z dzieciństwa i młodości moich Rodziców, ich Rodziców i Dziadków mają się całkiem dobrze. Gorzej jest z dokumentami, z których niektóre, zupełnie zbędne, zostały przechowane i przykro mi patrzeć jak nikną, kruszą kenkartasię, powoli przestają istnieć. Między innymi trzymam ciągle czyjąś kenkartę i nic nieznaczące „papierki”, wydane mojemu Dziadkowi, gdy był jeszcze w armii amerykańskiej i stacjonował we Francji, podczas II wojny światowej. Strach wziąć je do ręki, bo rozpadają się. A ja (chyba mam naturę chomika) nie umiem się z nimi rozstać. Obiecałam sobie, że poszukam odpowiedzi na pytanie: czy można przedłużyć im życie? Może jednak jest jakiś sposób?

koniec wojny

Jeśli lubicie stare fotografie, na których żyją chwile z przeszłości i towarzyszące im emocje, bardzo polecam film dokumentalny „Szukając Vivian Mayer” („Finding Vivian Maier” – 2013 r.), film o niezwykłej artystce odkrytej przypadkiem. Jej historia to jeden z wielu zaskakujących scenariuszy napisanych przez życie. Urodziła się w 1926 roku, zmarła w 2009. Przez ponad 50 lat zapisała swoim aparatem tysiące portretów i scen ulicznych (głównie w Chicago i w Nowym Jorku, gdzie pracowała jako niania). Sławna stała się po śmierci, gdy odkryto jej fotografie – małe arcydzieła, których nie pokazywała nikomu; gromadziła je w wynajętych schowkach, zapełnionych pudłami odbitek, negatywów i zdjęć przez nią niewywołanych.

P.S.  Zdjęcia w tekście (najbliższych mi osób) są z mojego prywatnego albumu.

Dzieciństwo i młodość pełne są czasowników. Nie możesz usiedzieć w miejscu. Wszystko w tobie rośnie, tryska, rozwija się. Później, w średnim wieku czasowniki stopniowo zamieniają się w rzeczowniki. Dzieci, samochody, praca, rodzina – rzeczywiste sprawy rzeczowników. (Georgi Gospodinov (pisarz bułgarski))

 

Słowa skreślone naprędce na skrawku papieru

Bardzo cenię sobie istnienie internetu. Tempo przekazywania informacji, zdjęć czy filmów to wielkie udogodnienie, ale… Tak jak w większości sytuacji, tak i w tym przypadku nie mogło zabraknąć „ale”, ceny, którą płacimy za postęp, udoskonalenia. Klawiatura zastąpiła długopis, a maile wyeliminowały konieczność pisania tradycyjnych listów. I chociaż jest szybciej i listytaniej, prysnął ich czar, wielu ludzi z nich zrezygnowało.

Może nawet są dziś tacy, którzy nie znają uczucia czasem pospiesznego otwierania koperty i nigdy nie słyszeli szelestu kartki, zapisanej ręką bliskiej osoby.  (…) Każdy list był całą niepowtarzalną historią, którą tworzyli wspólnie nadawca i i adresat. Ten pierwszy zastanawiał się niekiedy długo nad wyborem papieru i koperty, bo one mogły podkreślić charakter, jaki miał mieć list. (…) Patrząc na litery kreślone powoli lub szybko, ze spokojem lub nerwowo, odbiorca czuł emocje towarzyszące pisanym słowom. Mógł też czuć rodzaj bliskości z nadawcą, podczas gdy dotykał tego samego skrawka papieru. papryka przepisNapisałam te słowa w jednej z moich książek i „odżyły” we mnie w bardzo prozaicznej sytuacji. Spojrzałam na kosz papryki i chociaż jej przeznaczeniem było przeistoczyć się w ajwar, sięgnęłam po przepis naprędce („na kolanie”) skreślony przez mojego Tatę, na (dosłownie) skrawku papieru, który nie miał szczególnej ważności, gdy żyli moi Rodzice. Teraz biorę go do ręki i czuję tę bliskość, o której wspomniałam w swojej książce. Oddarty kawałeczek papieru nabrał znaczenia… Czy byłoby tak, gdyby był kartką wyplutą przez drukarkę? Chyba jednak nie.

paprika-6A ponieważ o papryce i przepisach mowa, przypominam receptę na bałkańska pastę.

Ajwar

1,2 kg papryki / 0,8 kg bakłażana

– upiec na grillu lub w piekarniku (po upieczeniu obrać ze skórki i usunąć gniazda nasienne); zmielić; zmiażdżone składniki przełożyć do głębokiej patelni z oliwą z oliwek (+-100 ml) na dnie, dodać +-1 łyżkę octu winnego, sól i pieprz (do smaku), troszkę cukru, czosnek (2-4 zmiażdżone ząbki), 1/2 pęczka pokrojonej natki pietruszki. Gotować na wolnym ogniu. Pasta jest gotowa wtedy, kiedy po zamieszaniu łyżką – ślad pozostaje dłuższą chwilę. Po przełożeniu do słoików pasteryzować 15-20 minut.

Jak się nie ma, co się lubi

Kolejny październikowy dzień; zwyczajny i nie-zwyczajny; w barwny pejzaż, tak pracowicie malowany przez panią Jesień, wkrada się szarość i chwilka z „Elegancką piosenką o szczęściu”.

muz

…żeby tak nie październiczeć.
I na przekór otumanom mgieł jesiennych
i wbrew temu tu całemu liściatemu przedsięwzięciu…

…Ta piosenka to piosenka całkiem zła.
To piosenka, która mówi:
Jak się nie ma, co się lubi
To nie lubi się i tego, co się ma.

…A ten refren nie pozbawion przecież racji,
bo on mówi i o zdrowiu, i o szczęściu,
o miłości, pomyślności, a i nawet demokracji.

Z nieznanych mi powodów niektóre filmy znikają i pojawiają się, a więc na wszelki wypadek TU jest link do piosenki na You Tube.

Bezowocne rozważania („jednym słowem”: strata czasu)

Siedzę przed klawiaturą. Na moich kolanach mała, ruda istotka wpatrzona w ekran. Otwieram obrazek, na który wkleiłam słowa Adama Granta: Prawdziwą miarą wartości człowieka jest sposób, w jaki traktuje kogoś, kto nie może mu się przysłużyć. Psia główka przechyla się na boki… Próbuje odszyfrować ciąg kresek, kółeczek… Gdyby umiała czytać, gdyby mogła przemówić ludzkim głosem, jak skwitowałaby to twierdzenie?

piesekJej małe serduszko mieści w sobie ogrom bezinteresownych uczuć, ale zdarzają się momenty, w których odzywa się „interesowność” (w końcu ideały nie istnieją, prawda?). I wtedy… jak może coś zyskać  – uprzejmościom nie ma końca. Mordka się uśmiecha. Nie przychodzi jej do głowy rzucić obraźliwym słowem w psim języku, czy stawiać warunki. W ludzkim świecie różnie bywa w takich sytuacjach. Człowiek potrafi warknąć, a czasem ugryźć, nawet wtedy, kiedy ma realną szansę coś zyskać (i nie żeby chciał to coś stracić, broń Boże!). Co nim powoduje? Brak logiki, prostactwo, głupota. Na tę ostatnią jest lekarstwo, ale nikt jej nie leczy, bo i po co, skoro chory nie czuje bólu. Zranienie innego człowieka też nie boli.

A życie się toczy… Ten i ów wspomni od czasu do czasu o wyższości Homo sapiens nad innymi gatunkami. A ja zamiast kończyć kolejną książkę,  siedzę i tracę czas na dialog bez słów z moim małym pieskiem, którego wiara w człowieka znacznie przewyższa moją.

O świętych wężach i jeziorze w jaskini

wążDrodzy Goście! Mam tu z boczku listę wpisów najczęściej czytanych w ostatnich kilku dniach. Jakimś „cudem” moje spotkanie z jadowitym gadem od wielu miesięcy jest w tym spisie prawie non-stop. Nie sądzę, że stali bywalcy tej strony nie znają tej historii (jest tam także krótki film), myślę, że zaglądają do niej nowi Goście. Jest ona cytatem z niewydanej książki, kontynuacji „W bałkańskim kociołku”, a więc tymczasem zapraszam do „kociołka”. Już dodałam tę informację w wymienionym wpisie („Święte węże czyli…)), plus link do fragmentów „kociołka”.

Myślę, że urywki tekstu mogą zadecydować, czy sięgnąć (lub nie) po książkę (zależy mi, żeby trafiała ona do osób lubiących gatunek literacki, do którego ją przypisano, dlatego nie wszystkich namawiam do jej przeczytania, każdy ma inny gust czytelniczy, ja sama nie każdą tematyką jestem zainteresowana). Osoby chcące znać opinie o „kociołku”, znajdą je u mnie, pod cytatami i na stronie Wydawnictwa (są dodawane w aktualnościach); jest tam m.in. recenzja audio prezentowana w programach radiowych (TU można ją odsłuchać ze strony Wydawnictwa).

Na zakończenie fragmencik mojej książki (nie był dotychczas publikowany), wspomnienie miejsca, którego o mały włos nie zobaczyłam. Na pewno dziś bardzo bym tego żałowała.

Äĺâĺňŕřęŕ ďĺůĺđŕ

Entuzjastycznie zareagowałam na pomysł zwiedzenia jaskini z podziemnym jeziorem. (…) Kozią ścieżką (tak się tu mówi o bardzo stromych górskich dróżkach) i bujającym się mostem linowym doszliśmy do wejścia. Tu czekał na nas „jaskiniowy” strój. (…) Kiedy panowie przewodnicy byli w połowie standardowego instruktażu przed wejściem, przyznam, że obudziły się we mnie poważne wątpliwości. – Ja tu poczekam – miałam na końcu języka. (…) W jaskiniach zachwycam się tym, co widzę, ale kiedy jestem w podziemnym świecie, zawsze w jakimś momencie wstrząsa mną dreszcz niepokoju. „Pobrodzę, popływam, posiedzę, poleżę…” – pocieszałam się w myślach, bo już wiedziałam, że są miejsca, gdzie skalny sufit jest w niewielkiej odległości od tafli wody. Mała łódka (ponton) przepłynie tędy, ale jej pasażerowie muszą pozostać w pozycji leżącej, przyklejeni do dna. Liny nad głowami pomagają posuwać się do przodu…

by zyc wolniej2P.S. Jestem bardzo wdzięczna wszystkim, którzy wspominają o „kociołku”, włączają się w promocję. Książkę poleca m.in. portal literacki Sztukater.pl: Jak dobrze trafić przypadkowo na genialną powieść reportażowo – podróżniczą, taką, która opowiada o świecie prosto i klarownie, a jednocześnie ciekawie i pasjonująco. (…) Co tak naprawdę urzekło mnie w tej pozycji? Przede wszystkim chyba wątki autobiograficzne, które z pełną szczerością oddały początkową niemożność poradzenia sobie autorki w nowej, bułgarskiej rzeczywistości. Miłość jednak, w tym konkretnym przypadku, uratowała wszystko i stała się iskierką, która…    (tu znajduje się cały tekst)

Wszystko wre i kipi, aż iskry lecą spod piór dziennikarskich

rys 1880 r

Pozostaję w przedwyborczym klimacie świata retro. Dziś zapraszam do roku 1904. Myślę, że temat „wybory” nie może być obojętny, niezależnie od stopnia zaangażowania w bieżące wydarzenia polityczne (jeśli oczywiście lubi się samemu decydować o sobie (czy są tacy, którzy nie lubią?)). Temat ważny, ale to nie znaczy, że nie wypada spojrzeć na niego z przymrużeniem oka. Z satyry, jak z bajki, morał często wynika…

fałszywie i głośno

dwie strony 1904 r

Kandydatowi na posła!
Stasiu, daj buzi, dzielny z Ciebie chłopak,
gdy nie wszyscy mogą mieć los na usługi,
tobie życie nigdy nie idzie na opak,
bo Ty sobie radzisz jak Salomon drugi.
Zawsześ uśmiechnięty i dla wszystkich słodki,
choć na bożym świecie różnie różnym bywa,
Ty mój — Ty, Stasiu, masz sekretne środki,
za pomocą których spływasz jak oliwa.
Dla popularności, gdy Cię chęć przenika
wynurzenia myśli, zrodzonych w Twej głowie,
często wkraczasz nawet w progi rzemieślnika,
a wszędzie krzywd masz temat i to, co się zowie.
Słowem, mając czoło, sprytu nie-troszeczkę,
chocieś ni pobożny, ni też niedowiarek,
postawiwszy Bogu zapaloną świeczkę,
diabłu zaraz potem zapalasz ogarek.
Dobrze robisz, Stasiu! serce Twe kołacze,
niech się zawsze rządzi zasadami swemi,
bo to jest rzecz znana, że kto zręcznie skacze,
ten umie wysoko wznieść się na tej ziemi.
Zbutwiałe przesądy, niewiele dziś warte,
rozum jednak ciągle podnosi się w cenie
i nie jeden gotów postawić na kartę,
w polityce ograne już mocno sumienie.
Basuj więc Staśku, gdy jesteś w potrzebie,
za niewielką pracę masz chleba po uszy,
gdy tymczasem inny, zdolniejszy od Ciebie
za swój dziwny upór, jak pustelnik suszy.

O! tak, wszystkim basuj, ogniotrwałej kasie, basuj szlachcicowi, co swą tarczę ceni, basuj każdej sprawie, która jest na czasie, basuj za kawałkiem wyborczej pieczeni;
Niech Cię spokój duszy, wcale już nie nęci, i nie zważaj na to mój poczciwy chłopie, że za Twoje niby jak najlepsze chęci, wyborcy Tobą gardzą, a diabeł Cię kopie.

za kim głosuje

Ach, wybory! Co? Wybory! Wszystko wre i kipi, aż iskry lecą spod piór dziennikarskich, a plakaciarze robią majątki, a to wszystko dlatego, że wybiera lud, wybiera społeczeństwo. – Dobrze! Ale w mieście jakoś całkiem cicho. Japońska cywilizacja zaczyna coraz więcej i silniej zaglądać do nas, skutkiem czego, każdy cywilizowany człowiek uważa wybory za szopę, za hecę i nikt z ludzi kulturalnych nie bierze na serio awantury robionej pod hasłem zysku, pomocy dla kraju, dźwignięcia przemysłu krajowego, urządzenia kanałów i innych balonów bez steru moralnego. Kiedy człowiek przypatruje się tym przedwyborczym zgromadzeniom, to doprawdy, przypomina mu się grono plotkarek pseudo inteligentnych, które umieją znaleźć ton w wywyższaniu siebie w skrajnym egoizmie i bezwarunkowym chwaleniu czynów, które zależą przeważnie od brawury językowej, a których esencją jest tylko frazes, a mową plagiat literacki.
I na takie zgromadzenia chodzą nasze: świeczniki, nasi luminarze społeczeństwa i słuchają bajd wygłaszanych przez kandydatów, zależnych czynami i zapatrywaniami już na pierwszy rzut oka. Bo i prosto rzecz biorąc, kto śmiałby twierdzić, że taki X. albo i Y. nie są tylko pionkami w ręce wielkiej, czy oni są w stanie cośkolwiek zrobić?
Śmieszne jest to twierdzenie i jeżeli tu może być jakowa myśl lub sens w dzisiejszych wyborach, to już wybrać by należało człowieka bezwarunkowo wolnego od władzy nad sobą, człowieka, który może powiedzieć prawdę w oczy i nie liczyć się z niczym, a już najmniej z tymi, którym ma być wyższą instancją.
Dlatego do tej chwili biorąc moje pisanie tylko poważnie, P. mógłby być tym człowiekiem, tym posłem, ale cóż, kiedy on widzi, że walka z ogólnym ogłupieniem i niepojmowaniem stanu rzeczy jest za trudną — jeszcze bowiem wciąż dziś szuka się wyborcy, a nie szuka człowieka.

ryc 1904r

Wracam na chwilkę do teraźniejszości. Kampania przedwyborcza trwa. W szranki stanęli politycy i komentatorzy. Bombardują się nawzajem słowami. Huk wybuchów zagłusza myśli w niejednej głowie… Może to przewidziany efekt? A gdyby tak autor zacytowanych wyżej słów przeniósł się w czasie, o 115 lat do przodu? Gdyby znalazł się w październiku 2019 roku? Chyba nie byłby zaskoczony?

I pytanie z roku 1904

pytanie 1904r

Kariera detektywa Noska

To i owo piszę na tej stronie, czasem wklejam fragmenty moich książek; dla urozmaicenia postanowiłam od czasu do czasu zaserwować historyjki nie przeze mnie napisane. O karierze pewnego detektywa napisał prawie 100 lat temu anonimowy literat.

detektyw HugoUkończywszy szkołę im. Sherlocka Holmesa i trzyletnią praktykę w Scotland Yardzie, detektyw Hugo Nosek wrócił do kraju, aby się poświęcić praktyce prywatnej. Już w dwa miesiące potem otrzymał doskonałą posadę w Domu Towarowym. Żywo zabrał się do dzieła. Przeszedł się po gmachu raz i drugi, zajrzał do piwnic, przypatrzył ekspedientom i pięknie wyondulowanym bóstwom, obsługującym klientelę, porachował wchodzących i wychodzących, gdzieś zatelefonował, coś zapisał w notesiku i w kilka godzin po objęciu posterunku, meldował: – Wykryłem niesłychaną grandę. Cała ta firma, to stek afer. Klientom sprzedaje się towar wybrakowany, jako pierwszy sort. Operuje się fałszywymi wekslami. Trzy najładniejsze ekspedientki są w niedopuszczalnie zażyłych stosunkach z szefem sprzedaży i co dzień każda wynosi sztukę materiału, którą…
– Frajer – parsknął śmiechem główny detektyw – toś pan miał co wykrywać! Przecież to wszyscy wiedzą… A najlepiej dyrektor naczelny…
Hugo Nosek otworzył usta i oczy, zamilkł, podrapał się w wygolony podbródek i… nazajutrz zmienił posadę. Nawet dobrze zrobił, bo ta druga posada, w kartelu pułapek na jeże (najnowszy patent, z automatycznym dzwonkiem i licznikiem) była o wiele lepiej płatna. Toteż Hugo Nosek z zapałem wziął się do pracy i już na drugi dzień złożył wizytę prezesowi rady nadzorczej.
– Przykro mi, panie prezesie – mówił – ale niech się pan przygotuje na złą nowinę…
– Co się stało? – przestraszył się prezes.
– Musi pan cały kartel zamknąć do kryminału. Wszystkie bilanse za ostatnie ośm lat fałszywe. Pozycje „długi zagraniczne“ są fikcyjne. Służą tylko do wywożenia zysków zagranicę. To samo pozycje opłat za licencje od rzekomo zagranicznego patentu na liczniki do pułapek. Patent jest własnością dyrektora naczelnego, tylko zarejestrowany w Berlinie. Po-zatem tantiemy…
– Myślałem, że naprawdę coś złego – odetchnął prezes – jak pan może mnie niepokoić! Przecież pan wie, że mam astmę!
– Jak to nic strasznego? – zdziwił się detektyw – to nic strasznego, że cały kartel…
– A w ogóle nie wsadzaj pan nosa w nie swoje sprawy, jeżeli pan nie chce stracić tak dobrze płatnej posady!… Hugo Nosek wyszedł bez pożegnania i nazajutrz znów był bezrobotny. Nie tracąc jednak nadziei w to, że ostatecznie taki talent i tyle wykształcenia nie zmarnują się w kraju, energicznie zaczął szukać zajęcia. W tydzień potem objął stanowisko dyskretnego obserwatora w „Urzędzie Zakupów Szpagatu”, a w dziewięć dni składał raport naczelnikowi.
– Starszy referent Kuśmidrowicz…
– Co Kuśmidrowicz? – spytał groźnie naczelnik. Detektyw stropił się na chwilę. Pamiętając poprzednie doświadczenia, rzekł ostrożnie.
– Ma pewne grzeszki na sumieniu…
– Co takiego? Kuśmidrowicz? Nieprawda! Z taką protekcją, jaką ma Kuśmidrowicz…
Hugo Nosek chrząknął i zmienił temat.
– Referent Pieczonka…
– Pieczonka jest szwagrem Bandziołkiewicza! – warknął szef.
– Hm… Młodszy referent Mandel…
– Należy do związku, ostrzegam pana!
– To w takim razie, moje uszanowanie!
Po dwu tygodniach Hugo Nosek wywiesił na drzwiach tabliczkę „Prywatny Kartel Zakupów Szpagatu” i zaczął robić interesy wedle zaobserwowanych osobiście zwyczajów. Z początku szło mu nawet nieźle, ale krótko, bo już w trzy tygodnie po uruchomieniu interesu siedział w kryminale. Gdy go obrońca (radca prawny kartelu pułapek na jeże), spytał, co mu właściwie do łba strzeliło puszczać się na brudne afery, strapiony detektyw odparł:
– Myślałem, że tu taki zwyczaj… że to wolno… wszyscy to samo robili…
– No tak – skrzywił się adwokat – ale przecież pan nie masz żadnych stosunków. Przecież zaledwie miesiąc, jak pan jesteś w kraju. Pan nie wiesz, że zasadniczo u nas kantów robić nie wolno.
– A co mi grozi? – spytał lękliwie Hugo Nosek.
– Jakieś pięć, sześć lat.
– Co?!!! – wrzasnął przerażony detektyw – za głupi kant sześć lat?!!!
– Rozumie się. Pan musisz być ukarany.
– Za co?!
– Dla przykładu, panie. Mówiłem już panu, że u nas ZASADNICZO nie wolno robić żadnych kantów…

czyste ręce

Bardzo jestem ciekawa, czy zainteresowała Was kariera detektywa? Miałam chęć zapytać na wstępie, czy domyślacie się kiedy została napisana, odpowiedź byłaby łatwa, czy trudna?

Nie ma i nic nowego nie będzie pod słońcem. W obracającym się bez przerwy kole wciąż migają nam te same szprychy – powiedział Arthur Conan Doyle. Dla mnie brzmi to trochę pesymistycznie. Wprawdzie na powtarzalność jesteśmy „skazani”, zawsze po zimie będzie wiosna, a po nocy – dzień… ale może nadgryzione przez ząb czasu szprychy w obracającym się kole, choćby z nudów, od czasu do czasu, warto wymienić?

waga

Na wszelki wypadek 😉 przypominam, że pozostaję w klimacie satyry politycznej z lat trzydziestych XX wieku. Mam nadzieję, że nie nudzę?

  rzekła lipa 1937

nawzajem

polityk

A ja tak sobie marzę…

fraszka 4

Korzystanie z utartych schematów to oczywiście nic złego, ale czy nie myślicie, że efekty stają się przewidywalne i w związku z tym pachną nudą? A ja tak sobie marzę, żeby trochę urozmaicić to i owo, wyskoczyć z mundurka…

Sądzę, że nikogo nie muszę przekonywać, że od wieków politycy stosują te same sztuczki. A jakby tak ich zaskoczyć? (Moment chyba odpowiedni?) Jakby tak nie dać się skusić obiecankami-cacankami. Jakby tak zaopatrzyć się w fakty i rzucać w nich tymi faktami, gdzie się da. Wyobrażam sobie… Stoi taki Iksiński na wiecu i krzyczy: – Gruszki będziecie zbierać z wierzby! – To nierealne! – prostują zgodnie słuchający. – Dam wam to, i to, i tamto! – Żeby nam dać, musisz dostać od nas! – odpowiada ktoś. Mówcy pot spływa z czoła. – A tak lubili bajki – myśli. Gubi się… nerwowo zerka na schemat, a tam nic… brak planu B. Nadchodzi w końcu dzień wyborów i kolejna niespodzianka. Kolejki przy urnach. Frekwencja 90-procentowa…

Zapraszam na przedwyborczy, satyryczny przegląd prasy z pierwszego trzydziestolecia XX wieku

fraszka 3
***verba veritatis – słowa prawdy

fraszka 2

fraszka 1

******

obiecanki więcej czynów

******

kelner a członek komisji

Ciąg dalszy nastąpi (oczywiście z przymrużeniem oka)

z przymrużeniem