Sport to choroba. Prawda czy fałsz?

Dziś przypadkiem wpadła mi w oczy okładka książki „Sztuka umierania” Andrzeja Sitarka. Siedzący kulturysta trzyma tabliczkę z napisem: Nie narzekaj, bo jutro będzie gorzej. Jeszcze nie wiesz jak może boleć ciało i dusza. W treści prawda o kulturystyce (tak wynika z opisu). Natychmiast zadźwięczało mi w uszach: Sport to zdrowie. Nierzadko ludzie powtarzają to powiedzenie. Czy naprawdę sport to zdrowie? Ruch, ćwiczenia fizyczne na pewno są potrzebne organizmowi, i na pewno pomagają utrzymać dobrą kondycję. Natomiast uprawianie sportu, niekoniecznie dobrze się kończy i nie mam na myśli kontuzji, a regularne treningi.

Według Słownika Języka Polskiego PWN sport to: ćwiczenia i gry mające na celu rozwijanie sprawności fizycznej i dążenie we współzawodnictwie do uzyskania jak najlepszych wyników. Współzawodnictwo to oczywiście nic złego, ale… W jakimś momencie sportowcy zapragnęli pokonywać możliwości ludzkiego organizmu. Bicie rekordów stało się celem uświęcającym środki i konsekwencje.

Sportowcem był mój Mąż. Znał smak stania na podium. Pierwsza liga, masaże, zdrowe diety, częste podróże, dobre hotele – brzmi sympatycznie, prawda? To tylko zewnętrzna warstwa. Pod nią kryją się często wyczerpujące treningi, czasami zastrzyki przeciwbólowe, tuż przed występem w zawodach i wiele wyrzeczeń, bo sportowiec miewa mniej czasu na osobiste życie, niż jego rówieśnicy. Pewnego dnia Mąż został kontuzjowany. Szpital, operacje, sanatoria. Leczenie trwało rok, na wyspecjalizowanych oddziałach, w towarzystwie innych sportowców. Piłkarze, koszykarze, siatkarze, zapaśnicy… zawodnicy z różnych dyscyplin, większość z chorobami powiązanymi z konkretną dyscypliną (z chorobami niespowodowanymi kontuzją).

buty

„Serce sportowca” – takim mianem lekarze nazywają chore serce z określonymi zmianami (nie kojarzy się ze zdrowiem, prawda?). Skutkiem treningów jest m.in. patologiczne kościotworzenie (entezopatia) i astma wysiłkowa. Nie będę wymieniać wszystkich chorób, bo jest ich dużo i na pewno wielu nie znam.

Kilkunastolatkom trenującym piłkę nożną zdarza się nabyć chorobę piszczeli i mieć degeneracyjne zmiany w więzadle rzepki; warunkiem wyleczenia jest rezygnacja z uprawiania sportu. Rodzice nie zawsze mają świadomość, że o tym, czy dziecko może uprawiać sport powinien zadecydować lekarz po przeprowadzeniu szczegółowych badań.

Mam wrażenie, że wielu ludzi wierzy w to, że sport = zdrowie. Wiedzą oczywiście, że zdarzają się fatalne w skutkach kontuzje, ale znaczna część nie wie o chorobach będących skutkiem regularnych treningów, dotykających każdego sportowca. Nie wiem od kiedy istnieje to słynne powiedzenie, ale z dzisiejszą rzeczywistością nie ma nic wspólnego. Ja patrzę na sport z innej perspektywy. Nigdy nie udało mi się zrozumieć. Dręczenie ciała, żeby zadowolić duszę – jaki to ma sens? Trochę spontanicznie napisałam te kilka słów. Może to nie jest ciekawy temat, nawet zastanawiałam się, czy to publikować… skoro jednak wyklikałam mój pogląd na sport, niech się pojawi na stronie.

 

Przed podniesieniem kurtyny

To chyba zdarza się każdemu. Pomimo powtarzalności niektórych sytuacji, tak jak za pierwszym razem, w tych samych chwilach odzywają się te same odczucia (mam na myśli miłe chwile). Uwielbiam moment w operze, gdy zabierają głos pojedyncze instrumenty; są jak sygnał dla publiczności; szmer na sali cichnie, orkiestra milknie, by po chwili ciszę wypełnić uwerturą, wstępem do właściwego spektaklu.

Uwerturą przed podniesieniem kurtyny jest dla mnie okres przedświąteczny. Ma w sobie własny, niepowtarzalny urok. Pojawiające się choinki, bombki, aniołki, gwiazdki wprowadzają nastrój Bożego Narodzenia. Prozaiczne przygotowania (sprzątanie, pieczenie, gotowanie, kupowanie prezentów) mogą być przyjemniejsze w tej już innej atmosferze, dlatego przed kulminacją lubię mieć i w domu świąteczne ozdoby (po świętach, w jakimś stopniu ich czar pryska). Lubię się delektować zwykłymi-niezwykłymi dniami, tak jak następującymi po nich świętami.  Te dwa okresy nie są identyczne, łączy je tylko ta sama scenografia, dzięki czemu czas przygotowań nie jest w stanie zabić magii świąt. Myślę, że tej specyficznej oprawy i atmosfery nie warto sobie reglamentować; wiem też, że wiele osób się ze mną nie zgodzi, ale może nie zaszkodzi próba spojrzenia na nie przyjaznym okiem?

Mikołaj przedNajbardziej zapracowany o tej porze jest (jak co roku) Mikołaj. Przygotowania do wielkiego finału przerwie 6 grudnia, w swoje święto, uroczyście obchodzone na Bałkanach. W Bułgarii czy w Grecji za chwilę wszędzie pojawią się ryby, bo to obowiązkowa potrawa na ten dzień (nie je się ich w Wigilię). Przed Bożym Narodzeniem (obchodzonym w tym samym terminie: 25-26.XII) znajdą się tu i inne okazje, żeby usiąść z rodziną przy świątecznym stole. Grudzień ma swój własny nastrój, któremu ja się poddaję.

Co poleca miś?

Miękki, puchaty, ciepły. Miło się do niego przytulić… To oczywiście pluszowy miś – bohater dnia. Dziś jego święto. Kochają go przede wszystkim dzieci. W nas, dorosłych, budzi miłe wspomnienia. W Dzień Pluszowego Misia trudno się do nich nie uśmiechać.

miś

Nie przypadkiem znalazł się tu czytający miś. Tak się pluszak zaczytał, że muszę mówić za niego. 😉  I on, i ja, chcemy polecić książki, które przenoszą do ciekawych zakątków świata. Wydawnictwo Bernardinum, które wydało mojego „kociołka”, zawsze ubiera je w piękną, kolorową szatę. W tym samym czasie premierę miała moja książka i „Safari. Zapiski przewodnika karawan” (Paweł Kardasz), a troszkę później „Duchy we śnie. Duchy na jawie” (Grzegorz Kapla). W katalogu Wydawnictwa są także książki Elżbiety Dzikowskiej i Tony’ego Halika. Na pewno niektórzy pamiętają tego wspaniałego podróżnika i gawędziarza z programów TV „Pieprz i wanilia”. O życiu Pana Halika i jego książce „Jeep. Moja wielka przygoda” kilka słów znajduje się TU – na stronie „Monika Olga czyta” (w archiwach P. Moniki znajduje się też recenzja „Safari” i mojej książki). Książki o podróżach, to także książki o życiu, często o innej codzienności. Myślę, że dla sympatyków tego gatunku literackiego to ciekawe propozycje. A może ktoś czytał któryś z wymienionych tytułów?

bernardinum książki

 

Odkurzone wspomnienia

Istnieje pokolenie, któremu trudno wyobrazić sobie świat bez istnienia internetu. Dzięki niezliczonej ilości portali umożliwiających tworzenie blogów i vlogów,  każdy może opowiedzieć innym o sobie, o tym, co czuje, co widział, słyszał, przeżył… Chęć dzielenia się wrażeniami tkwiła w ludziach od zawsze, ale przecież nie zawsze łatwo było dotrzeć do tak szerokiego grona odbiorców. Myślę, że nie jest mała liczba blogerów przeszłości, niewykonujących na co dzień pracy dziennikarza czy literata. Pozostały po nich ślady w gazetach i drukach ulotnych sprzed wieków.  Często (a może nawet najczęściej) pozostawali anonimowi. Jakąś cząstkę siebie zostawili w tekstach, które pisali.  Lubię je przywracać do życia nie tylko po to, żeby spojrzeć na świat okiem autorów z minionych stuleci, nie tylko po to, żeby poznać ich codzienność i mentalność czy porównać wrażenia z konkretnych miejsc. Niektóre teksty, odkurzone okazują się wielce urodziwe.

Może odzywa się we mnie autorska solidarność? Może rozumiem jak ważne jest, żeby żyło to, co się stworzyło? Dziś odświeżam wspomnienia dziewiętnastowiecznego podróżnika, który ładnym językiem robi to, co i mnie się zdarza – opisuje i przybliża mały kraik na Bałkanach, i wtedy, i obecnie niezbyt dobrze znany.

Na północnych stokach Bałkanu, aż po prawy brzeg Dunaju, leży kraik szczupły co do rozmiarów, ale wielki swoją historyą i charakterem mieszkańców. Kraik ten zwie się Bułgaryą. Przez rzadko którą dziedzinę tyle przechodziło burz i tyle przegrzmiało piorunów, co przez Bułgaryę. Tam ciągle od zamierzchłych czasów kłębiło się jak w kotle, wznosiły się i upadały potęgi, rodziły się męstwo i sława.

Bułgarzy posiadają najpewniejszą podstawę istnienia już dlatego, że ziemia jest urodzajna. Jedynie zbiór kukurudzy i zasiew jej zajmuje Bułgara poważnie, w niektórych okolicach także tytuń i ryż. Czeresznie dojrzewają w polu. Orzechy, jabłonie i grusze zdobią sady chłopskie. Pigwy, morele, migdały spotyka się w znacznej ilości. Kartofle są bardzo rzadkie. Bób, melony, kawony, ogórki, patłażany, kilka rodzajów kapusty, cebula są częstsze. Oto i cały spis ogrodowin bułgarskich.

Jak podoba się Państwu XIX-wieczny opis?

Na zdjęciu: Bałkan – bułgarskie góry – dziś przecinają je nowoczesne autostrady, gdzieniegdzie przeciskające się przez tunele wykute w skałach.

Bałkan

P.S. Ponieważ pora zakupu prezentów tuż, tuż, wiele księgarni zachęca promocjami książek. Mojego „kociołka” poleca autorka recenzji dodanej w tym tygodniu: Książka bardzo prawdziwa (…) wszystko przeplatane pięknymi zdjęciami w bardzo dobrej jakości (Wydawnictwo Bernardinum wydało kolejną wizualną perełkę!). (…) Autorka inspirowała mnie opowieściami o ludziach. (…) Dla mnie jest to wzór slow life, który tak trudno wydobyć z siebie w codzienności. Książkę zdecydowanie polecam każdemu, kto lubi poznawać świat i spoglądać na niego inaczej niż zazwyczaj. Magdalena Urbańska (tu znajduje się cały tekst) Linki do innych recenzji (nie wszystkie są na stronie Lubimy Czytać) znajdują się TU – pod fragmentami książki „W bałkańskim kociołku”.

Dziś mój „kociołek” jest na liście listopadowych bestsellerów w kategorii podróże i turystyka i w kategorii literatura podróżnicza w księgarni Tania Książka. Myślę, że promocja cenowa jest tu atrakcyjna. Moim Czytelnikom ❤ bardzo, bardzo, bardzo dziękuję, to dzięki Wam książka utrzymuje się na pierwszych stronach list popularności nie tylko w tej księgarni.

taniaksiążka list.2019

tania książka bests. XI.19-down

Zatwardziały grzesznik, którego ani piekło kar, ani czyściec aresztu poprawić nie mogą

Zawsze lubiłam słuchać rodzinnych opowieści o tym, jak wyglądało kiedyś życie. Po latach zdarza mi się żałować, że zadawałam zbyt mało pytań. Znamy daty i wydarzenia historyczne, ale ginie wśród nich codzienność, proza życia, ludzkie charaktery i ludzkie odczucia…

Czy jesteście, Państwo, ciekawi kto jest tym niereformowalnym człowiekiem, tytułowym zatwardziałym grzesznikiem? Już odpowiadam: – Warszawski dorożkarz w roku 1880.

W 1880 dorożkarz

I jeszcze jedna ciekawostka (mam nadzieję, że to nie tylko moja opinia? 😉 ). Wiele osób czytających mojego „kociołka” (ostatnią książkę) zwraca uwagę na „obowiązujące” na Bałkanach tempo życia, do którego ja przywykłam (ma naprawdę wiele zalet), a gdy zdarza mi się o tym zapomnieć, nawet na chwilkę, mój Mąż (nieodrodne dziecko Bałkanów) nie waha się przypomnieć. Okazuje się, że maksyma Festina lente – spiesz się powoli – obowiązywała także w Polsce. No może nie wszystkich, na pewno „omnibusiarzy” w roku 1880. „Arki Noego” (tak Warszawiacy nazywali swoje omnibusy) odbywały kursy „z powagą, której podobieństwo chyba tylko w koloniście niemieckim, z fajką za pługiem chodzącym, odnaleźć by można. Komu pilno, ten do warszawskiego omnibusa nie siada; zabierają w nim miejsca ci tylko, którzy wiele chodzić nie mogą, albo też, znużeni kilkogodzinną bieganiną, pragną wypocząć.”

W 1880 omnibus m

P.S. Na obrazie nad tytułem – Warszawa w 1873 roku; widok z wieży kościoła Ewangelicko – Augsburskiego przy ulicy Królewskiej. Teksty na zdjęciach są z 1880 roku.

Padło tu dziś słowo „dorożka”, z którym ja mam zawsze to samo skojarzenie. Gdziebym nie była, jeśli widzę dorożkę, natychmiast odzywają się w mojej głowie słowa: zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz, zaczarowany koń… Nie mogłam sobie odmówić zamieszczenia wiersza Gałczyńskiego, choć jego dorożka pojawiła się w Krakowie, a nie w Warszawie.

zaczarowana dorożka-side

Czy można mieć pretensje do figowca, że nie rodzi czereśni?

Jacy oni są? To pytanie często mi zadawane, najczęściej dotyczy Bułgarów, choć nie różnią się oni od Greków, Macedończyków czy innych nacji żyjących na Bałkanach, a nawet w innych krajach południa Europy. Moja koleżanka Bułgarka powiedziała kiedyś: – Jedynym państwem poza Bałkanami, w którym mogłabym zamieszkać jest Italia, bo Włosi są mentalnie tacy, jak my. Rozumiem ją, bo bliskość charakterów przyciąga.

To oczywiście nie oznacza, że nie ma między nami podobieństw, bo wspólne cechy mają ludzie na całym świecie, ale… Nie mam wątpliwości, że południe to więcej otwartości, bezpośredniości, tolerancji i uśmiechu. Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam tymi słowami. Nie chciałabym, żeby tak się stało. Nie dzielę ludzi na lepszych i gorszych (nie należy tego robić, prawda?). Wierzę, że w każdym człowieku, w każdej społeczności jest coś, co warto „przygarnąć” dla siebie. Trzeba tylko mieć chęć rozejrzeć się wokół.

16 listopada był Dniem Tolerancji (ustanowionym przez UNESCO w 1995 r.). W Polsce zrobiło się dla niej trochę ciasno. Paradoksalnie jest jej więcej w krajach bałkańskich (w każdym społeczeństwo jest wielonarodowościowe, różniące się religią, obyczajami).

Uśpiony intelekt, wybujałe ego, nakazuje niektórym uznawać za słuszne wyłącznie swoje poglądy/opinie i narzucać je innym. Dialog z nimi jest wykluczony. Nie umiem sobie wyobrazić świata, w którym wszyscy są jednakowi, myślą tak samo. O czym moglibyśmy dyskutować?

każdy człowiek wybiera swoją dr

Ponieważ wspomniałam o mentalności Bałkanów – jeszcze kilka słów. Koleje losu zawsze mają na nią wpływ. W mojej ostatniej książce („W bałkańskim kociołku”) jest trochę na ten temat (także o umiejętności oderwania się na chwilę od problemu), ale nie będę dziś siebie cytować. Większość moich Czytelników wie, że lubię „odkrywać” stare dokumenty, relacje, opowiastki. W 1878 – 1880 roku, tuż po tym jak powstało Księstwo Bułgarii, ciągle zależne od sułtana i Imperium Osmańskiego, podróżujący po tamtym regionie Polak bacznie przyglądał się ludziom, którzy nie zakończyli jeszcze walki o niepodległość. W jakimś stopniu odpowiedział na pytanie: Jacy oni są?

W Bułgaryi samej, w łonie wielkiej większości jej mieszkańców, burza polityczna nie wywiera żadnego prawie wrażenia — żadnego widocznego wpływu na codzienny byt ludzi, ani na zewnętrzny widok kraju. Jak dudniły przedtem, tak też i obecnie dudnią ludowe kobzy po okolicach, tak samo gromadzą się mieszkańcy w chwilach swobodnych od pracy, po kawiarniach, by za kieliszkiem mastiki*** pogadać o stanie rzeczy. Wszędzie pomimo politycznych przejść, panuje porządek i nawet dziwnie wśród takich okoliczności działająca na nerwy cisza. Nie ujrzysz i nie posłyszysz nigdzie najlżejszej oznaki zewnętrznego niezadowolnienia. Żadne, ulgę duszy przynoszące zaklęcie lub okrzyk nie wskazują, ażeby tętno narodu biło żywiej w chwilach stanowiących o jego być lub nie być. „Uczestniczyłem w kilku ludowych meetingach — pisze pewien korespondent z Bułgaryi — przy których pałki, drągi i inne tym podobne młodo-narodowe racje bywały w robocie, ale wszystko to odbywało się tak miarowo i statecznie, że między grzmotem a piorunem mogłem nieraz do 15 i 20 minut się doliczyć.” Z drugiej wszelako strony, źleby uczynił widz, gdyby naprawdę i głęboko zaufał tym sielskim pozorom obojętności. Niejedna okoliczność przekonałaby go niebawem, że owa powłoka pokojowa jest tylko maską, pod którą tkwi ponura, nam nawet niezrozumiała zaciętość i zażartość, datująca się od czasów niewoli tureckiej i kryjąca się z objawami żalu lub nadziei przed okiem postronnem, suchem. Dłużej naszej cierpliwości, niż waszej złości — powiadają Bułgarzy — i nie ulega kwestyi, że z formułką tą swoją polityczną zajdą dalej…

***wspomniana mastika, to alkohol anyżowy, w Polsce znany pod nazwą ouzo.

vreme razdelno
Kadr z filmu „Time of Violence” opartego na książce „Vreme razdelno”. Rzecz dzieje się w bułgarskich Rodopach, w czasach Imperium Osmańskiego. Bardzo polecam i książkę, i film. Tu napisałam kilka słów na ten temat: „Sulejman aga, Manol i Karaibrahim czyli czas wyboru„.

magnoliaWprawdzie dopiero na 21 listopada kalendarz nietypowych świąt zapowiada Światowy Dzień Życzliwości i Pozdrowień, ale ja już dziś pozdrawiam wszystkich Państwa i życzę, żebyśmy życzliwością i uśmiechem mieli okazję wymieniać się na co dzień.

Słowo – niby nic, a może zadziałać jak dobra wróżka

Czy to możliwe? Już nie pamiętam kiedy czekolada tak mnie urzekła, zawróciła mi w głowie. Smak cukierka był nadzwyczajny. Kawka niecodzienna… Wszystko dzięki moim Czytelniczkom. Ze wzruszeniem otwierałam każdą kopertę, a smakowe niespodzianki sprawiły mi wielką przyjemność.

I chociaż często (dzięki mediom społecznościowym) prowadzę „na żywo” pisemne rozmowy z Czytelnikami, słowa napisane odręcznie, gdzieniegdzie dorysowane serduszka ❤ które do mnie dotarły, podarowały poczucie bliskości. Czytałam, czytałam i czytałam… i w końcu jak małe dziecko wybuchnęłam płaczem. Trudno mi nawet o tym pisać. W ostatniej książce jest cząstka mojej duszy. Niezwykle cenna jest każda pamiątka z miejsca, w którym się znalazła.

książka

Wiele ciepła, pięknych życzeń, podziękowań i dobrych myśli zostanie ze mną na zawsze. Podziękuję za nie tam, gdzie się spotykamy (w mediach społecznościowych), ale nie mogłam nie napisać o tym i tu. Jaką wielką magię mają słowa, jak wielką radość można nimi sprawić… jak dobra wróżka potrafią w sekundę szare ubranko dnia zmienić w kolorową szatę.

Życzę Państwu słonecznego, uśmiechniętego weekendu.

W starym kinie

Wszystko się dziwnie plecie / Na tym tu biednym świecie; / A kto by chciał rozumem wszystkiego dochodzić, / I zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić.

Może więc najwyższy czas przestać się dziwić i dziwić, że tak lub siak się dzieje, że ten czy ów, to lub owo… (to, że najwyższy czas przestać, odnosi się oczywiście tylko do mnie i tego, co tu ostatnio napisałam o możliwej szkodliwości myślenia i chronicznym stanie, który mnie dopadł).  W ramach terapii zgromadziłam zapasik starych filmów i postanowiłam przy okazji dać klawiaturze trochę spokoju od klikania i więcej czasu wolnego mojemu czytnikowi. Obejrzałam już co nieco i mam bardzo miłe odczucia. Nie po raz pierwszy wpada mi do głowy myśl, że bez wulgaryzmów zamiast przecinków czy bez dominacji krwawych scen, można zbudować napięcie, można przykuć widza do ekranu (i nie, żebym się znowu dziwiła, to tylko, ot takie sobie, stwierdzenie). Nie zawsze stare kino mnie zachwyca, czasem gra aktorów wydaje się nienaturalna, przerysowana, a efekty wypadają marnie (chociaż ja je usprawiedliwiam: w końcu możliwości techniczne nie są porównywalne).

Na pewno zechcę jeszcze kiedyś obejrzeć lekką, nieskomplikowana komedię „Powiew luksusu” z Doris Day; to świetny film na odstresowanie się.

filmPo raz pierwszy widziałam dramat obyczajowy „Marty” z 1955 roku, i bardzo mi się podobał (film, scenariusz, reżysera i grającego tytułową rolę Ernesta Borgnine doceniono na gali Oscarów). Bohaterem jest stary kawaler swatany przez wszystkich wokół; gdy spotyka dziewczynę, która budzi w nim radość i wiarę w siebie, wszyscy próbują go zniechęcić do ewentualnego związku…

„Ziarnka piasku” to film wojenny z 1966 roku. Rzecz dzieje się w okresie międzywojennym w komunistycznych Chinach, na statku należącym do armii amerykańskiej, pływającym po rzece Jangcy. Nowy mechanik (Steve McQueen) mówi „nie” niektórym obowiązującym tu zasadom…

„W upalną noc” – kryminał z 1967 roku z Sidneyem Poitier w roli głównej, który znalazł się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze. W niewielkim mieście na południu Stanów miał spędzić kilka godzin, czekając na pociąg. Podejrzany o dokonanie zbrodni i aresztowany, okazał się być najlepszym specjalistą od rozwiązywania kryminalnych zagadek…

Takie oto tematyczne misz-masz zafundowałam sobie od piątku. Wiele starych tytułów jest dostępnych online, jeśli więc mogę je polecić – robię to. Zasługują na odkurzenie.

*****

P.S. Cytat na wstępie jest z pieśni Jana Kochanowskiego „Nic na świecie statecznego”.

nic na świecie Kochanowski

Najlepszy sposób na wampira?

Początek listopada chyba wszystkim kojarzy się ze świętem tych, którzy odeszli. Ludzie masowo odwiedzający groby to widok dobrze znany nie tylko mieszkańcom Polski. Zdarzyło mi się w tym czasie być na Węgrzech i nie zauważyłam różnicy; widziałam zamknięte ulice wokół cmentarzy, prowizoryczne kramy i tłumy ludzi. Węgrzy mieli pierwszy dzień miesiąca także wolny od pracy. To samo święto jest też na Bałkanach, tyle że tu obchodzi się je zawsze w pierwszą sobotę listopada (i nie jest to jedyne święto zmarłych w ciągu roku). O tym jak wygląda wizyta na cmentarzu w te dni (i nie tylko) już pisałam, a dziś kilka słów o tych, których śmierć nie oznaczała odejścia, a jedynym sposobem zabezpieczenia się przed ich niepożądanym powrotem było przebicie zwłok kołkiem. Okazuje się, że wampiry, zmora minionych wieków, nie przestają intrygować i mogą być świetną atrakcją turystyczną.

Przed wiekami w Bułgarii

Dwa tysiące lat temu był tu kurort otoczony dziewiczą przyrodą. W willach z pokojami zdobionymi freskami i sztukaterią, z wewnętrznymi dziedzińcami otoczonymi rzeźbionymi kolumnami, bogacze leczyli się źródłami mineralnymi i rozkoszowali się pejzażami. O istnieniu miasta przypominają pozostałości amfiteatru i domów z pierwszych czterech wieków naszej ery. Na  zachowanych mozaikach podłogowych sceny z mitologii nie przestały się wspaniale prezentować.

Armira willa

Dziś

Od lat 50-tych XX wieku, w miejscu antycznego kurortu, powstawały zakłady chemiczne produkujące m.in. cement i nawozy sztuczne. Otaczają je białe skały wapienne, wykorzystywane przez przemysł i źródła mineralne zaopatrujące miasto w wodę. Surowiec jest dostarczany wagonikami przesuwającymi się po linach – nad głowami pokonujących trasę Ruse-Varna. Dziś miasto jest zrujnowane razem z całą okolicą i zagrożone katastrofą ekologiczną, w ostatnich latach zostało opuszczone przez bardzo wielu mieszkańców. W pustych blokach przybywa dzikich lokatorów. Są to głównie Romowie, z którymi władze nie radzą sobie najlepiej.

Biura turystyczne z Europy Zachodniej przywożą tu autokarami turystów, którzy wprawdzie odwiedzają muzeum, ale przyjeżdżają głównie z powodu wampirów. Krążą opowieści o żyjących tu w przeszłości krwiopijcach i ich pogromcach i o tym, że znajdujące się w pobliżu jezioro nazywano jeziorem wampirów. Jest to wymyślona informacja, która zaczęła żyć swoim własnym życiem. Pozytywem jest to, że dzięki oryginalnej plotce, wspaniałe posadzki z czasów antycznych mają przed kim (od czasu do czasu) błysnąć urodą.

Cmentarz wampirów

Prawdziwa dzielnica wampirów istnieje w innym bułgarskim mieście. Na jej terenie odkryto setki grobów ludzi przekłutych po śmierci. Wiadomo na pewno, że nie wszyscy byli wampirami, bo w minionych wiekach obowiązywała także profilaktyka. Każdy człowiek posiadający nie najlepszy charakter za życia, mógł stać się po śmierci wampirem, a więc na wszelki wypadek organizowano mu pochówek przynależny krwawym istotom. Podejrzany był także nieznany podróżny, któremu zdarzyło się skończyć tu życie. Potencjalnego wampira przekłuwano, układano wokół niego gałęzie ciernistych krzewów i ciało pozostawiano na jedną noc w cerkwi.

Biorąc pod uwagę liczbę wampirzych grobów, należy uznać, że mieszkańcy (wtedy) wsi byli niezwykle ostrożni i zapobiegliwi.

Epidemii wampiryzmu było w Europie kilka

wampirW 1864 roku pisano w gazecie polskiej: Od dawna już utrzymywała się między ludem w różnych krajach wiara, że diabeł, ino że na niejaki czas, może ożywić trupa. Wierzono w to w wieku XVII w Anglii, wierzono także w Irlandii i Danii, a zarazem, że najlepszym środkiem zapobieżenia, aby umarły przestał chodzić, jest spalenie go, albo ucięcie mu głowy, lub przybicie palem ciała jego do ziemi, skąd poszły tysiączne znieważania grobów. Szczególną odmianą takiej spektropatii jest wampiryzm, który panował w Polsce w XVII wieku. Pisze o nim Don Calmet, podług którego upiory i wampiry, powstawszy z grobu, chodzą od południa do północy i w takiej ilości wysysają krew z ludzi żyjących, że ta wypływa im potem ustami, nosem i uszami. Głód, którego upiory doznają, skłania je także do zjadania bielizny znajdującej się obok nich w trumnie. Najwięcej dręczą upiory w nocy krewnych swoich, albo przyjaciół i wysysają z nich krew, co pociąga za sobą wielkie ich osłabienie, albo pozbawia ich życia. Nie ogranicza się to do jednej osoby, ale zwykle rozciąga się do całej familii, chyba, że się złemu zapobieży odcięciem głowy upiorowi, albo otwarciem mu serca. Upiora poznać można po tem: ciało jego jest giętkie, nabrzmiałe i czerwone, chociaż od dawna pochowane zostało.  (…)  Za najlepszy sposób uważa się odcięcie mu głowy motyką lub spalenie go i rozwianie popiołów na cztery wiatry, przebiwszy poprzednio serce osikowym kołem, jak to jeszcze u nas, za świadectwem Czackiego, w początkach naszego stulecia robiono.

by zyc wolniej2Tym makabrycznym opisem zakończę, dodam jeszcze tylko, że chyba najsłynniejszym wampirem w Bułgarii stał się pewien pan, którego twarz zrekonstruowano na podstawie szczątków znalezionych w grobie i wystawiono w muzeum. Napisałam najsłynniejszym, ponieważ przyjeżdżały go obejrzeć liczne grupy japońskich turystów. Historie, które opowiedziałam powyżej (z wyjątkiem cytatu z gazety polskiej) są fragmentem jednej z moich książek o Bułgarii. W najnowszej książce („W bałkańskim kociołku„) wspomniałam o tym jak święta zmarłych obchodzi się na Bałkanach i o słodkiej potrawie z pszenicy, towarzyszącej tym świętom w Bułgarii, czy w Grecji.

List z krainy Hadesa

Jeden list wyślij z krainy Hadesa… Czy światło jest lepsze niż mrok? 

– Światło jest tu na górze – tak mawiałeś przyjacielu Yanni. – Ale co robić ze światłem, jak serca są czarne z rozpaczy…

balchik (5)

Te słowa to cytat z piosenki. Znalazła się ona wśród kilku innych, moich ulubionych, wymienionych na końcu książki „W bałkańskim kociołku”. Krótką playlistę umieściłam dla Czytelników, którzy mają ochotę „usłyszeć” Bałkany. Ta muzyka towarzyszy mi na co dzień, wpisuje się w atmosferę całego półwyspu. Piosenka Barba Yanni była już i na tej stronie, ale ponieważ pasuje do listopadowego święta, przypominam ją. Może i Państwu te nutki przypadną do gustu?

Można ją odsłuchać poniżej, gdyby się nie odtwarzała – link do piosenki na You Tube