Archiwa kategorii: podróże

Podsłuchuję jak budzi się życie

Każdego kolejnego roku zachwycam się powtarzającym się cudem. Najpierw słyszę kroki pani Wiosny i głośne wiwaty ptaków na jej cześć. Mocno podekscytowane wyśpiewują serenady. Patrzę jak odradza się życie, jak pączki wysuwają swoje zielonkawe główki z wnętrza roślin. Rozglądają się nieśmiało, w końcu nabierają pewności… tak, to właściwy moment, żeby się rozwinąć, żeby zabłysnąć przed światem urodą. Ludzkie serca też budzą się z uśpienia. Biją w takt raźnych nutek. A uśmiechnięta pani Wiosna, to tu, to tam, domalowuje kępy kolorowych kwiatów  na zielonym tle. Zawsze czekam na ten moment z utęsknieniem.

Nie przypadkiem napisałam o tym dziś. Powoli do 1 marca, dnia powitania pięknej Wiosny, przygotowuje się Bułgaria. Dziś w języku bułgarskim styczeń i luty to: januari i fevruari. Dawno, dawno temu, mówiono o tych miesiącach: golam Seczko i małyk Seczko (duży Seczko i mały Seczko). Bracia Seczko mają siostrę, która pojawi się wśród ludzi 1 marca. Baba Marta (tak się ją nazywa) ma wielki wpływ na zachowanie Słońca. Jak się skrzywi, to ono przestaje się uśmiechać, a więc mowy nie ma o denerwowaniu humorzastej siostry miesięcy. Ludzie zaczynają się zaopatrywać w marteniczki (amulety, którymi się nawzajem obdarowują), stroją się ulice, domy.  O tym powszechnie obchodzonym święcie już pisałam, ale lubię o nim przypominać, bo jest wyjątkowe, pełne uśmiechów i dobrych życzeń. Nie jest to dzień wolny od pracy, ale nikt nie zapomina o tradycji kultywowanej od wieków.

białe kwiaty m

O miesiącu marcu (dziś mart) kiedyś mawiano w Bułgarii „suhih” (suchy), w Polsce mówi się „w marcu jak w garncu”. Zimniej tu, niż na Bałkanach, ale to na pewno odpowiedni moment, żeby zadbać o wiosenną garderobę.  Spojrzałam na oferty dla pań z 1 marca 1911 roku, na suknie, koronki, kapelusze i propozycje ręcznych robótek (na pierwszym obrazie (obok sukien) jest torba na zakupy (robótka szydełkowa) i modna torebka z gobelinowego jedwabiu ozdobiona złotą pasmanterią); niżej poduszka haftowana, a na końcu koronka. Jak się Paniom podoba moda sprzed ponad 100 lat?

poduszka haftowana

koronka

białe kwiaty m

W bałkańskim kociołku

Bachus, Amor i smak życia

Pisałam tu ostatnio, że luty to miesiąc miłości, dziś dodaję: na Bałkanach to także miesiąc wina i święto Dionizosa nazywanego też Bachusem. Kult Dionizosa urodził się w Bułgarii, Trakowie (przodkowie dzisiejszych mieszkańców tego kraju) budowali swojemu bogowi liczne świątynie. A stało się tak za sprawą Orfeusza (także Traka, urodzonego w bułgarskich Rodopach). Ten mityczny poeta, grą na lirze poruszający ludzkie serca, rośliny, a nawet skały, namawiał do czczenia Dionizosa, żeby zapewnić nieśmiertelność duszy.

sercu ludzkiemu

Pogodny Dionizos, skory do zabawy, bardzo spodobał się Grekom, jego popularność rosła i rosła, aż w końcu stał się nie mniej sławny, niż inni greccy bogowie. Dionizos uczył śmiertelników uprawy winnic i robienia najdoskonalszego wina, dzięki czemu na zawsze pozostał patronem winorośli. Przyszli winiarze nawet dziś składają przysięgę bogowi radości, przyrzekają przestrzegać starych reguł przy produkcji napoju bogów.

kto szałwię z rutą

Dionizosowi zawsze towarzyszył radosny orszak satyrów i bachantek. Co pewien czas zwoływał on swych czcicieli na polany rozścielone na górskich stokach. Przy blasku pochodni wiły się taneczne korowody, muzyka rozbrzmiewała do białego rana, wtórował jej śmiech uczestników szalonej zabawy.

Bachusowe świętowanie Henryk Siemiradzki (1890)

Amora chyba nie trzeba przedstawiać? Mały chłopiec z łukiem zawieszonym na ramieniu, od czasu do czasu płata bogom i ludziom figle. Jego strzały zawsze trafiają prosto w serce. Ugodzona „ofiara”  na zawsze staje się niewolnikiem wielkiej miłości.

Amor (William Ryland XVIII w)

I Dionizos, i Amor mają na Bałkanach swoje święto 14 lutego (pisałam już o tym jak obchodzi się ten dzień w Bułgarii i jakie rytuały są z nim związane). Myślę, że pasują do siebie te dwie postacie, nie wątpił w to też anonimowy, XIX-wieczny poeta.

Gdyby nie to – gdyby nie tak –
Nie Bachus, nie Amor mały,
Na mą duszę!
Przez wiek cały
Nie znałbyś, co życia smak.
Ale piękne dziewczę ścisnąć,
Wiwat! – krzyknąć. – Toast chlisnąć…
To i to – i tak i tak
W krótkim życiu sprawia smak.
(1832 rok)

Sentencje łacińskie w tekście zdobiły ściany jednej sali warszawskiej winiarni „Bachus” istniejącej od 1848 roku. Autorem XVIII-wiecznej grafiki ze strzelającym Amorem jest William Ryland. Bachusowe świętowanie Henryka Siemiradzkiego powstało prawdopodobnie w 1890 roku.

Magiczne góry, piękna nierządnica i bajkopisarz

Jestem zakochana w Rodopach. Można by pisać o nich w nieskończoność. Nie umiem powstrzymać się, żeby w moich książkach nie wspomnieć o tych górach rzeźbionych i malowanych przez Naturę w stanie wyjątkowego natchnienia artystycznego, leżących na terenie Bułgarii (przeważająca część) i Grecji (mniej niż 20%). W obu krajach oficjalnie nazywa się je żeńskim imieniem: Rodopi. Czasem lubię zagłębiać się w historię pochodzenia niektórych nazw. Myślę, że zawód etymologa jest bardzo ciekawy, podobny do zawodu detektywa. W przypadku Rodopów nikt nie ma pewności. Wiadomo tylko, że góry odziedziczyły imię kobiety. Chyba na zawsze pozostanie tajemnicą kim była. Według legendy bogowie zamienili w nie piękną księżniczkę. Nie są znane powiązania nazwy z postaciami żyjącymi dawno temu. Góry i kobiety noszące to samo imię łączy jedno – niezwykła uroda.

rzeźby natury
Rzeźby Natury w Rodopach

Wizerunek pani z tym dziś już nie używanym imieniem, wybito na antycznych monetach znalezionych w Filipopolis (dawna nazwa bułgarskiego Płowdiw). Inna Rodopa żyła w VI wieku przed naszą erą.  Była Traczynką, a Trakowie zamieszkiwali teren dzisiejszej Bułgarii i część Grecji sięgającą do Morza Egejskiego (tę, w której jest cząstka Rodopów).

Rodopa, podobnie jak Ezop, trafiła do niewoli; ich panem był Jadmos z Samos. Oboje stali się sławni. On z powodu swojej bajkopisarskiej twórczości, ona – z powodu legendarnej urody.  Nie był jej jednak pisany los niewolnicy. Wykupił ją i podarował jej wolność brat Safony, mieszkający nad Nilem. Rodopa  wzięła życie w swoje ręce. Pozostała w Egipcie i sprzedawała swe ciało bogaczom, dzięki czemu szybko dorobiła się wielkiego majątku. Może by nie zapamiętano jej imienia w Europie, gdyby nie pamiątka, którą piękna nierządnica zdecydowała po sobie pozostawić. Za dziesiątą część swoich skarbów kazała wykuć i złożyć w świątyni w Delfach olbrzymie rożna, każde mieszczące całego woła. Dlaczego wybrała Delfy? Może dlatego, że wśród czczonych tam bogów był Dionizos – bóg wina i radości, którego kult przywędrował do Grecji od Traków (z Bułgarii). Przyczyny wyboru świątyni to oczywiście moje domysły, tylko ciut, ciut prawdopodobne, wyłącznie z tego powodu, że Rodopa była Traczynką.

Zagalopowałam się trochę w swojej wędrówce, ale skoro już z magicznych gór doszłam tak daleko, jeszcze na chwilę zostanę w czasach Ezopa. Bajkopisarz pisał swoje opowiastki dla dorosłych. Każda kończyła się jakąś prawdą. Wydają się one oczywiste i na pewno nie przestały być aktualne. Opowiem jedną z jego bajek.

Kłóciły się ze sobą Słońce i Wiatr. – Ja jestem potężniejszy – krzyczał Wiatr. – Mogę więcej – powtarzało Słońce. – Przekonajmy się – zdecydowali zgodnie. – Niech zwycięży ten, kto zmusi wędrowca do zdjęcia okrycia. Popędliwy Wiatr zaczął pierwszy. Niewiele myśląc, znienacka pojawił się przed człowiekiem. Dmuchnął z całej siły. Nie przestając skoczył w bok, potem stanął z tyłu i znowu z przodu. Poły płaszcza unosił do góry, wdzierał się w rękawy, szarpał podszewkę. Wędrowiec przyspieszył kroku, coraz szczelniej otulając się. Postawił kołnierz, zapiął guziki i rękami, z przodu przytrzymywał okrycie. Wiatr ucichł, kiedy zrozumiał, że wyczerpał całą swą energię i nic więcej nie może zrobić. Słońce wychyliło się zza chmur. Delikatnie i niespiesznie ogrzewało człowieka swoimi promieniami, aż ten przysiadł na chwilę, żeby odpocząć i powoli odpiął się, aż w końcu zdjął płaszcz, zapewniając zwycięstwo Słońcu. / Delikatnością w zachowaniu zawsze więcej można zdziałać niż złością. (Skarlet B.I – na podstawie bajki Ezopa)

W bałkańskim kociołku

***

Bardzo mi przykro, że muszę przypominać, że wszystkie moje teksty chroni Prawo Autorskie. Nie wyrażam zgody na kopiowanie i udostępnianie nawet fragmentów, bez zapytania i uzyskania mojej zgody na publikację (przypominam także, że istnieje i obowiązuje Prawo Cytatu, określające zasady wykorzystywania urywków cudzych tekstów).

 

Kamienie milczą…

Kamienne budowle z czasów przed naszą erą wzbudzają we mnie wielki szacunek dla ich architektów i budowniczych. W trackich grobowcach podziwiałam gładkość czasem olbrzymich bloków, ich dopasowanie i oczywiście artyzm tych, którzy ozdabiali ich wnętrze przepięknymi freskami. Krążą legendy o tym, jak wznoszono je bez dostępnych dziś cudów techniki.

malowidło z grobowca syna Seutesa
Fresk w trackim grobowcu w Bułgarii, zbudowanym przed naszą erą

Piramidy egipskie są najpotężniejsze z tych wspaniałych budowli, wznoszonych dla wielkich i bogatych tego świata, opuszczających ziemski padół. Prawda o nich nie do końca jest znana. Ciągle pozostają zagadką. Ponad 4500 lat przetrwała piramida Cheopsa, wysoka na prawie 150 metrów, położona na kwadracie o 230-metrowym boku.

piramida w Gizie (fot. 1862 r.)
Piramida w Gizie (fot. 1862 r.)

Ponad 2400 lat temu stanął u jej stóp Herodot. Był podróżnikiem ciekawym świata, wsłuchującym się w głosy tubylców opowiadających przekazywane z ust do ust historie. I ja uwielbiam zbierać takie opowieści, chociaż wiem, że bywają ubarwiane przez setki lat, nie da się zmierzyć prawdy, jaka w nich tkwi, ale i tak fascynują, niezależnie od tego, czy jest jej mniej, czy więcej.

O Cheopsie mówiono Herodotowi, że doprowadził Egipt do skrajnej nędzy, a wszystkich ludzi zmusił do pracy dla siebie. O znienawidzonym władcy krążyły legendy. Skąpstwo jego miało być tak wielkie, że własnej córce kazał sprzedawać ciało. Mieszkała w domu publicznym, gromadziła srebrniki i… wielkie kamienie, po jednym od każdego, kto ją odwiedzał. Zbudowała z nich piramidę, „stojącą wśród trzech innych, a przed wielką piramidą„.

Piramida (sarkofag) Mayer, Luigi (ca 1755-1803) Aut wzoru
We wnętrzu piramidy – Luigi Mayer (1755-1803)

Herodot sucho opisał samą piramidę Cheopsa, jej wymiary  i sposób budowy. Zachwyciła go droga, która musiała powstać, żeby wznieść dzieło uznawane w starożytności za cud świata. Szacował, że 10 lat poświęcono na stworzenie szerokiego pasa „z wygładzonego kamienia, w którym są wyrżnięte figury„. Wleczono po nim kamienie potrzebne do budowy piramidy, jego zdaniem powstającej przez kolejne 20 lat.

piramida
Piramida Cheopsa

Lubię u Herodota rzetelność przekazu. „Wolę podać oba sposoby, jak o nich opowiadają” – dodał po opisaniu przenoszenia kamiennych bloków, które „machiny z  krótkich drewien” dźwigały wyżej. (Jedni twierdzili, że stały one na każdym stopniu, inni że machina była jedna i przestawiano ją na wyższy schodek.)

Stare księgi są moimi przyjaciółmi na co dzień, wiele razy trafiałam w nich na domysły związane nie tylko z budową piramid, ale i z ich przeznaczeniem. „Wielka Piramida jest szpichlerzem Prawdy, Nauki, Historii i Proroctw. Jeżeli Wielka Piramida była budowaną pod Boskim nadzorem, aby świadczyła ludziom, to należałoby się spodziewać jakiejś wzmianki w pisanem Słowie Bożem. Prawdopodobnie iż Pan Bóg zamierzył trzymać w tajemnicy zarysy Swego Planu. aż do czasu ostatecznego, o którym ona świadczy. Powinniśmy się spodziewać (co też i jest), że wszelka o niej wzmianka w Piśmie Świętem będzie pod zasłoną, a zrozumiałą dopiero wtedy, gdy nadejdzie czas właściwy.” – pisano w XIX wieku (wspomniane w tekście „pisane Słowo Boże” to chrześcijańska biblia).

Królewski astronom Szkocji, Piazzi Smyth (pełnił tę funkcję od 1844 r.) wierzył, że w piramidzie Cheopsa są ukryte zależności astrologiczne i matematyczne.

Długo jeszcze można by przytaczać przypuszczenia. Niestety, kamienie milczą… może kiedyś dowiemy się jakie kryją tajemnice.

Wielki Sfinks i piramida Cheopsa w Gizie (fot. 1906 r.)
Wielki Sfinks i piramida Cheopsa w Gizie (fot. 1906 r.)

P.S. W tekście zamieściłam stare, czarno-białe fotografie, które często poruszają wyobraźnię, przywracają zagadkowemu miejscu klimat, może trochę zbliżony do tego z dalszej przeszłości.

Jeszcze pobujam w obłokach…

Dziś piąty dzień raczkującego roku. Nie wiem jak to się stało, że ten początek minął mi tak szybko – zbyt szybko.  To taki miły czas w nastroju pobalowym; całkowicie oderwałam się od rzeczywistości. Chyba pora wrócić na ziemię, no może jeszcze nie dziś, bo jutro Epifania, święto Jordanu (Jordanovden), bardzo uroczyście obchodzone na Bałkanach. Już o tym pisałam, ale przypomnę: tłumy zgromadzą się na brzegu morza i rzek, żeby patrzeć jak śmiałkowie skaczą do wody, żeby wyłowić krzyż rzucony przez kapłana, to im zapewni doskonały rok; w wielu miejscach (w morzu i w rzekach) zostanie odtańczone horo.

Czytałam, że w Polsce pojawią się królewskie orszaki, na pewno będzie uroczyście. Życzę wszystkim, żeby ostatni, świąteczny dzień długiego weekendu był miły.

1929 r. autor obrazu Ludwik Stasiak (1858-1924)

Tajemnicę przesypując w sobie / jak w zamkniętej kadzi ziarno / jechali trzej królowie / przez ziemię rudą i skwarną. / Wielbłąd kołysał jak maszt, / a piasek podobny do wody; (…) K. K. Baczyński

***

To wszystko jutro, a dziś zapraszam jeszcze na muzyczne, po-sylwestrowe wspomnienie.

Orkiestra weselno-pogrzebowa Gorana Bregovica przedstawia hulakę i starego wiarusa: Ја сам ја, Јеремија, презивам се Крстић (ja sam ja, Jeremija, preziwam ce Krsticz) – Jestem Jeremija, nazywam się Krsticz, mam sito i miednicę, mam żonę czarownicę, służyłem w artylerii…. (tu znajduje się piosenka na You Tube).

***

I jeden z moich ulubionych, bałkańskich piosenkarzy, pochodzący z Chorwacji Vłado Kalember, i sentymentalne nutki. Tebe ne ma… Nie ma ciebie, został tylko zapach perfum… chce mi się płakać… ja teraz płaczę, a ty spokojnie śpisz, on czuwa nad tobą, a ty śnisz o mnie… (tu znajduje się piosenka na You Tube)

 

Zakochać się w żywiole

Ktoś zapytał mnie, gdzie radziłabym pojechać na urlop z dziećmi i w których miejscach bałkańska plaża łagodnie zanurza się w morzu. Niestety, szeroki pas złotego piasku powoli niknący w wodzie, czasem gwałtownie opada w dół i nie gwarantuje bezpieczeństwa. Morze ma swoje tajemnice, często oszukuje patrzących na jego powierzchnię, niezaprzyjaźnionych z nim, nierozumiejących jego zachowań.

W każdym miejscu, w którym wpływa do niego rzeka toczy się odwieczna walka.  Ona chce zachować swoją tożsamość, morze mówi: – Nie. Ich wody zderzają się ze sobą gwałtownie, wirują w szalonym tempie. Na polu bitwy pozostają wyrwy i głębokie jamy, niekiedy z wąskimi otworami. Dzieje się to wszystko blisko brzegu. Rzeka nie kapituluje, rozlewa się na boki, mając nadzieję na zwycięstwo. Wojna toczy się na długich, nawet kilkudziesięciometrowych odcinkach.

Morze ma naturę wojownika. Wewnętrzne boje zajmują mu niemało czasu. Nie obce mu też okrucieństwo. Martwa fala Morza Czarnego zabiera ofiary – ludzi, którzy dali się zwieść pozornemu spokojowi, a potem próbowali walczyć z niepokonanym żywiołem; niemających świadomości, że bywa on łaskawy dla tych, którzy mu się poddają. Nawet świętemu Mikołajowi, władcy wielkiej wody, nie udało się jej utemperować.

Nad morzem urodził się i wychowywał mój Mąż. Nauczył się je szanować. Próbował wyjaśnić mi, jak je zrozumieć. Przemawia ono szumem fal, ich kształtem opowiada o tym, co ukrywa we wnętrzu, czasem ostrzega zmieniającym się kolorem wody, bywa przyjazne, ale też potrafi być bardzo kapryśne i łatwo wpada w złość. Pomimo tak wielu wad, można się bezgranicznie zakochać w morzu, a nawet podziwiać jego siłę w chwilach gniewu.

Gapiliśmy się na nie wiosną, latem, jesienią, zimą, wszędzie tam, gdzie mogliśmy być sam na sam – tylko my i morze. Nie wiem dlaczego tak często pobudza ono do refleksji. Umysł podpowiada pytania, jakby oczekiwał odpowiedzi od tego olbrzyma, który nie pozwala zapominać o swej wielkości, który budzi respekt, nawet, gdy się uśmiecha.

PICT02971

Przy okazji zadawania falom pytań, wiersz Heinricha Heine’go.

Nad brzegiem morza, w skał zimnych cieniu,
Młodzian oblicze przysłania…
Z piersią wezbraną, z myślą w zwątpieniu
Zadaje falom pytania…

Pieniste fale! Wy dzieci morza
Ulżyjcie duszy mej męce!
Wyrwijcie myśl mą z zwątpień bezdroża,
Zbudźcie marzenia dziecięce...

Dajcie odpowiedź pytaniom moim,
Starym — jak wieczność bez końca…
W które swe myśli rozpaczne zbroim,
By wzlecieć do prawdy słońca.

Czymże jest człowiek? Czym jego życie?
Skąd przyszedł na świat? Gdzie dąży?
Kto ma mieszkanie w nieba błękicie?
Dla czego wszechświat tak krąży?

I szumią fale i wicher wieje
I zastęp chmur w dal ucieka…
Śmieją się gwiazdy — księżyc się śmieje…
A głupiec czeka i — czeka…

Chciałabym dodać jeszcze kilka słów, już nie na temat morza, a niemieckiego poety, którego zacytowałam. Heinrich Heine, pochodził z żydowskiej rodziny, urodził się pod koniec XVIII, zmarł w połowie XIX wieku.  Jego twórczość wzbudzała kontrowersje za życia i po śmierci (zakazywano nawet publikowania jego twórczości). Heine powiedział kiedyś: – Tam, gdzie pali się książki, na końcu także ludzi palić będą. Niestety, taka sytuacja zdarzyła się i to w ojczyźnie poety. Czy te słowa nie brzmią dziś jak spełniona  przepowiednia?

***

Wszystkie teksty publikowane na tej stronie są chronione prawem autorskim. Moje morskie rozważania znajdą się w książce „Bałkański kalendarzyk” – kontynuacji „W bałkańskim kociołku”.

 

Przed podniesieniem kurtyny

To chyba zdarza się każdemu. Pomimo powtarzalności niektórych sytuacji, tak jak za pierwszym razem, w tych samych chwilach odzywają się te same odczucia (mam na myśli miłe chwile). Uwielbiam moment w operze, gdy zabierają głos pojedyncze instrumenty; są jak sygnał dla publiczności; szmer na sali cichnie, orkiestra milknie, by po chwili ciszę wypełnić uwerturą, wstępem do właściwego spektaklu.

Uwerturą przed podniesieniem kurtyny jest dla mnie okres przedświąteczny. Ma w sobie własny, niepowtarzalny urok. Pojawiające się choinki, bombki, aniołki, gwiazdki wprowadzają nastrój Bożego Narodzenia. Prozaiczne przygotowania (sprzątanie, pieczenie, gotowanie, kupowanie prezentów) mogą być przyjemniejsze w tej już innej atmosferze, dlatego przed kulminacją lubię mieć i w domu świąteczne ozdoby (po świętach, w jakimś stopniu ich czar pryska). Lubię się delektować zwykłymi-niezwykłymi dniami, tak jak następującymi po nich świętami.  Te dwa okresy nie są identyczne, łączy je tylko ta sama scenografia, dzięki czemu czas przygotowań nie jest w stanie zabić magii świąt. Myślę, że tej specyficznej oprawy i atmosfery nie warto sobie reglamentować; wiem też, że wiele osób się ze mną nie zgodzi, ale może nie zaszkodzi próba spojrzenia na nie przyjaznym okiem?

Mikołaj przedNajbardziej zapracowany o tej porze jest (jak co roku) Mikołaj. Przygotowania do wielkiego finału przerwie 6 grudnia, w swoje święto, uroczyście obchodzone na Bałkanach. W Bułgarii czy w Grecji za chwilę wszędzie pojawią się ryby, bo to obowiązkowa potrawa na ten dzień (nie je się ich w Wigilię). Przed Bożym Narodzeniem (obchodzonym w tym samym terminie: 25-26.XII) znajdą się tu i inne okazje, żeby usiąść z rodziną przy świątecznym stole. Grudzień ma swój własny nastrój, któremu ja się poddaję.

Co poleca miś?

Miękki, puchaty, ciepły. Miło się do niego przytulić… To oczywiście pluszowy miś – bohater dnia. Dziś jego święto. Kochają go przede wszystkim dzieci. W nas, dorosłych, budzi miłe wspomnienia. W Dzień Pluszowego Misia trudno się do nich nie uśmiechać.

miś

Nie przypadkiem znalazł się tu czytający miś. Tak się pluszak zaczytał, że muszę mówić za niego. 😉  I on, i ja, chcemy polecić książki, które przenoszą do ciekawych zakątków świata. Wydawnictwo Bernardinum, które wydało mojego „kociołka”, zawsze ubiera je w piękną, kolorową szatę. W tym samym czasie premierę miała moja książka i „Safari. Zapiski przewodnika karawan” (Paweł Kardasz), a troszkę później „Duchy we śnie. Duchy na jawie” (Grzegorz Kapla). W katalogu Wydawnictwa są także książki Elżbiety Dzikowskiej i Tony’ego Halika. Na pewno niektórzy pamiętają tego wspaniałego podróżnika i gawędziarza z programów TV „Pieprz i wanilia”. O życiu Pana Halika i jego książce „Jeep. Moja wielka przygoda” kilka słów znajduje się TU – na stronie „Monika Olga czyta” (w archiwach P. Moniki znajduje się też recenzja „Safari” i mojej książki). Książki o podróżach, to także książki o życiu, często o innej codzienności. Myślę, że dla sympatyków tego gatunku literackiego to ciekawe propozycje. A może ktoś czytał któryś z wymienionych tytułów?

bernardinum książki

 

Odkurzone wspomnienia

Istnieje pokolenie, któremu trudno wyobrazić sobie świat bez istnienia internetu. Dzięki niezliczonej ilości portali umożliwiających tworzenie blogów i vlogów,  każdy może opowiedzieć innym o sobie, o tym, co czuje, co widział, słyszał, przeżył… Chęć dzielenia się wrażeniami tkwiła w ludziach od zawsze, ale przecież nie zawsze łatwo było dotrzeć do tak szerokiego grona odbiorców. Myślę, że nie jest mała liczba blogerów przeszłości, niewykonujących na co dzień pracy dziennikarza czy literata. Pozostały po nich ślady w gazetach i drukach ulotnych sprzed wieków.  Często (a może nawet najczęściej) pozostawali anonimowi. Jakąś cząstkę siebie zostawili w tekstach, które pisali.  Lubię je przywracać do życia nie tylko po to, żeby spojrzeć na świat okiem autorów z minionych stuleci, nie tylko po to, żeby poznać ich codzienność i mentalność czy porównać wrażenia z konkretnych miejsc. Niektóre teksty, odkurzone okazują się wielce urodziwe.

Może odzywa się we mnie autorska solidarność? Może rozumiem jak ważne jest, żeby żyło to, co się stworzyło? Dziś odświeżam wspomnienia dziewiętnastowiecznego podróżnika, który ładnym językiem robi to, co i mnie się zdarza – opisuje i przybliża mały kraik na Bałkanach, i wtedy, i obecnie niezbyt dobrze znany.

Na północnych stokach Bałkanu, aż po prawy brzeg Dunaju, leży kraik szczupły co do rozmiarów, ale wielki swoją historyą i charakterem mieszkańców. Kraik ten zwie się Bułgaryą. Przez rzadko którą dziedzinę tyle przechodziło burz i tyle przegrzmiało piorunów, co przez Bułgaryę. Tam ciągle od zamierzchłych czasów kłębiło się jak w kotle, wznosiły się i upadały potęgi, rodziły się męstwo i sława.

Bułgarzy posiadają najpewniejszą podstawę istnienia już dlatego, że ziemia jest urodzajna. Jedynie zbiór kukurudzy i zasiew jej zajmuje Bułgara poważnie, w niektórych okolicach także tytuń i ryż. Czeresznie dojrzewają w polu. Orzechy, jabłonie i grusze zdobią sady chłopskie. Pigwy, morele, migdały spotyka się w znacznej ilości. Kartofle są bardzo rzadkie. Bób, melony, kawony, ogórki, patłażany, kilka rodzajów kapusty, cebula są częstsze. Oto i cały spis ogrodowin bułgarskich.

Jak podoba się Państwu XIX-wieczny opis?

Na zdjęciu: Bałkan – bułgarskie góry – dziś przecinają je nowoczesne autostrady, gdzieniegdzie przeciskające się przez tunele wykute w skałach.

Bałkan

P.S. Ponieważ pora zakupu prezentów tuż, tuż, wiele księgarni zachęca promocjami książek. Mojego „kociołka” poleca autorka recenzji dodanej w tym tygodniu: Książka bardzo prawdziwa (…) wszystko przeplatane pięknymi zdjęciami w bardzo dobrej jakości (Wydawnictwo Bernardinum wydało kolejną wizualną perełkę!). (…) Autorka inspirowała mnie opowieściami o ludziach. (…) Dla mnie jest to wzór slow life, który tak trudno wydobyć z siebie w codzienności. Książkę zdecydowanie polecam każdemu, kto lubi poznawać świat i spoglądać na niego inaczej niż zazwyczaj. Magdalena Urbańska (tu znajduje się cały tekst) Linki do innych recenzji (nie wszystkie są na stronie Lubimy Czytać) znajdują się TU – pod fragmentami książki „W bałkańskim kociołku”.

Dziś mój „kociołek” jest na liście listopadowych bestsellerów w kategorii podróże i turystyka i w kategorii literatura podróżnicza w księgarni Tania Książka. Myślę, że promocja cenowa jest tu atrakcyjna. Moim Czytelnikom ❤ bardzo, bardzo, bardzo dziękuję, to dzięki Wam książka utrzymuje się na pierwszych stronach list popularności nie tylko w tej księgarni.

taniaksiążka list.2019

tania książka bests. XI.19-down

Czy można mieć pretensje do figowca, że nie rodzi czereśni?

Jacy oni są? To pytanie często mi zadawane, najczęściej dotyczy Bułgarów, choć nie różnią się oni od Greków, Macedończyków czy innych nacji żyjących na Bałkanach, a nawet w innych krajach południa Europy. Moja koleżanka Bułgarka powiedziała kiedyś: – Jedynym państwem poza Bałkanami, w którym mogłabym zamieszkać jest Italia, bo Włosi są mentalnie tacy, jak my. Rozumiem ją, bo bliskość charakterów przyciąga.

To oczywiście nie oznacza, że nie ma między nami podobieństw, bo wspólne cechy mają ludzie na całym świecie, ale… Nie mam wątpliwości, że południe to więcej otwartości, bezpośredniości, tolerancji i uśmiechu. Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam tymi słowami. Nie chciałabym, żeby tak się stało. Nie dzielę ludzi na lepszych i gorszych (nie należy tego robić, prawda?). Wierzę, że w każdym człowieku, w każdej społeczności jest coś, co warto „przygarnąć” dla siebie. Trzeba tylko mieć chęć rozejrzeć się wokół.

16 listopada był Dniem Tolerancji (ustanowionym przez UNESCO w 1995 r.). W Polsce zrobiło się dla niej trochę ciasno. Paradoksalnie jest jej więcej w krajach bałkańskich (w każdym społeczeństwo jest wielonarodowościowe, różniące się religią, obyczajami).

Uśpiony intelekt, wybujałe ego, nakazuje niektórym uznawać za słuszne wyłącznie swoje poglądy/opinie i narzucać je innym. Dialog z nimi jest wykluczony. Nie umiem sobie wyobrazić świata, w którym wszyscy są jednakowi, myślą tak samo. O czym moglibyśmy dyskutować?

każdy człowiek wybiera swoją dr

Ponieważ wspomniałam o mentalności Bałkanów – jeszcze kilka słów. Koleje losu zawsze mają na nią wpływ. W mojej ostatniej książce („W bałkańskim kociołku”) jest trochę na ten temat (także o umiejętności oderwania się na chwilę od problemu), ale nie będę dziś siebie cytować. Większość moich Czytelników wie, że lubię „odkrywać” stare dokumenty, relacje, opowiastki. W 1878 – 1880 roku, tuż po tym jak powstało Księstwo Bułgarii, ciągle zależne od sułtana i Imperium Osmańskiego, podróżujący po tamtym regionie Polak bacznie przyglądał się ludziom, którzy nie zakończyli jeszcze walki o niepodległość. W jakimś stopniu odpowiedział na pytanie: Jacy oni są?

W Bułgaryi samej, w łonie wielkiej większości jej mieszkańców, burza polityczna nie wywiera żadnego prawie wrażenia — żadnego widocznego wpływu na codzienny byt ludzi, ani na zewnętrzny widok kraju. Jak dudniły przedtem, tak też i obecnie dudnią ludowe kobzy po okolicach, tak samo gromadzą się mieszkańcy w chwilach swobodnych od pracy, po kawiarniach, by za kieliszkiem mastiki*** pogadać o stanie rzeczy. Wszędzie pomimo politycznych przejść, panuje porządek i nawet dziwnie wśród takich okoliczności działająca na nerwy cisza. Nie ujrzysz i nie posłyszysz nigdzie najlżejszej oznaki zewnętrznego niezadowolnienia. Żadne, ulgę duszy przynoszące zaklęcie lub okrzyk nie wskazują, ażeby tętno narodu biło żywiej w chwilach stanowiących o jego być lub nie być. „Uczestniczyłem w kilku ludowych meetingach — pisze pewien korespondent z Bułgaryi — przy których pałki, drągi i inne tym podobne młodo-narodowe racje bywały w robocie, ale wszystko to odbywało się tak miarowo i statecznie, że między grzmotem a piorunem mogłem nieraz do 15 i 20 minut się doliczyć.” Z drugiej wszelako strony, źleby uczynił widz, gdyby naprawdę i głęboko zaufał tym sielskim pozorom obojętności. Niejedna okoliczność przekonałaby go niebawem, że owa powłoka pokojowa jest tylko maską, pod którą tkwi ponura, nam nawet niezrozumiała zaciętość i zażartość, datująca się od czasów niewoli tureckiej i kryjąca się z objawami żalu lub nadziei przed okiem postronnem, suchem. Dłużej naszej cierpliwości, niż waszej złości — powiadają Bułgarzy — i nie ulega kwestyi, że z formułką tą swoją polityczną zajdą dalej…

***wspomniana mastika, to alkohol anyżowy, w Polsce znany pod nazwą ouzo.

vreme razdelno
Kadr z filmu „Time of Violence” opartego na książce „Vreme razdelno”. Rzecz dzieje się w bułgarskich Rodopach, w czasach Imperium Osmańskiego. Bardzo polecam i książkę, i film. Tu napisałam kilka słów na ten temat: „Sulejman aga, Manol i Karaibrahim czyli czas wyboru„.

magnoliaWprawdzie dopiero na 21 listopada kalendarz nietypowych świąt zapowiada Światowy Dzień Życzliwości i Pozdrowień, ale ja już dziś pozdrawiam wszystkich Państwa i życzę, żebyśmy życzliwością i uśmiechem mieli okazję wymieniać się na co dzień.

Najlepszy sposób na wampira?

Początek listopada chyba wszystkim kojarzy się ze świętem tych, którzy odeszli. Ludzie masowo odwiedzający groby to widok dobrze znany nie tylko mieszkańcom Polski. Zdarzyło mi się w tym czasie być na Węgrzech i nie zauważyłam różnicy; widziałam zamknięte ulice wokół cmentarzy, prowizoryczne kramy i tłumy ludzi. Węgrzy mieli pierwszy dzień miesiąca także wolny od pracy. To samo święto jest też na Bałkanach, tyle że tu obchodzi się je zawsze w pierwszą sobotę listopada (i nie jest to jedyne święto zmarłych w ciągu roku). O tym jak wygląda wizyta na cmentarzu w te dni (i nie tylko) już pisałam, a dziś kilka słów o tych, których śmierć nie oznaczała odejścia, a jedynym sposobem zabezpieczenia się przed ich niepożądanym powrotem było przebicie zwłok kołkiem. Okazuje się, że wampiry, zmora minionych wieków, nie przestają intrygować i mogą być świetną atrakcją turystyczną.

Przed wiekami w Bułgarii

Dwa tysiące lat temu był tu kurort otoczony dziewiczą przyrodą. W willach z pokojami zdobionymi freskami i sztukaterią, z wewnętrznymi dziedzińcami otoczonymi rzeźbionymi kolumnami, bogacze leczyli się źródłami mineralnymi i rozkoszowali się pejzażami. O istnieniu miasta przypominają pozostałości amfiteatru i domów z pierwszych czterech wieków naszej ery. Na  zachowanych mozaikach podłogowych sceny z mitologii nie przestały się wspaniale prezentować.

Armira willa

Dziś

Od lat 50-tych XX wieku, w miejscu antycznego kurortu, powstawały zakłady chemiczne produkujące m.in. cement i nawozy sztuczne. Otaczają je białe skały wapienne, wykorzystywane przez przemysł i źródła mineralne zaopatrujące miasto w wodę. Surowiec jest dostarczany wagonikami przesuwającymi się po linach – nad głowami pokonujących trasę Ruse-Varna. Dziś miasto jest zrujnowane razem z całą okolicą i zagrożone katastrofą ekologiczną, w ostatnich latach zostało opuszczone przez bardzo wielu mieszkańców. W pustych blokach przybywa dzikich lokatorów. Są to głównie Romowie, z którymi władze nie radzą sobie najlepiej.

Biura turystyczne z Europy Zachodniej przywożą tu autokarami turystów, którzy wprawdzie odwiedzają muzeum, ale przyjeżdżają głównie z powodu wampirów. Krążą opowieści o żyjących tu w przeszłości krwiopijcach i ich pogromcach i o tym, że znajdujące się w pobliżu jezioro nazywano jeziorem wampirów. Jest to wymyślona informacja, która zaczęła żyć swoim własnym życiem. Pozytywem jest to, że dzięki oryginalnej plotce, wspaniałe posadzki z czasów antycznych mają przed kim (od czasu do czasu) błysnąć urodą.

Cmentarz wampirów

Prawdziwa dzielnica wampirów istnieje w innym bułgarskim mieście. Na jej terenie odkryto setki grobów ludzi przekłutych po śmierci. Wiadomo na pewno, że nie wszyscy byli wampirami, bo w minionych wiekach obowiązywała także profilaktyka. Każdy człowiek posiadający nie najlepszy charakter za życia, mógł stać się po śmierci wampirem, a więc na wszelki wypadek organizowano mu pochówek przynależny krwawym istotom. Podejrzany był także nieznany podróżny, któremu zdarzyło się skończyć tu życie. Potencjalnego wampira przekłuwano, układano wokół niego gałęzie ciernistych krzewów i ciało pozostawiano na jedną noc w cerkwi.

Biorąc pod uwagę liczbę wampirzych grobów, należy uznać, że mieszkańcy (wtedy) wsi byli niezwykle ostrożni i zapobiegliwi.

Epidemii wampiryzmu było w Europie kilka

wampirW 1864 roku pisano w gazecie polskiej: Od dawna już utrzymywała się między ludem w różnych krajach wiara, że diabeł, ino że na niejaki czas, może ożywić trupa. Wierzono w to w wieku XVII w Anglii, wierzono także w Irlandii i Danii, a zarazem, że najlepszym środkiem zapobieżenia, aby umarły przestał chodzić, jest spalenie go, albo ucięcie mu głowy, lub przybicie palem ciała jego do ziemi, skąd poszły tysiączne znieważania grobów. Szczególną odmianą takiej spektropatii jest wampiryzm, który panował w Polsce w XVII wieku. Pisze o nim Don Calmet, podług którego upiory i wampiry, powstawszy z grobu, chodzą od południa do północy i w takiej ilości wysysają krew z ludzi żyjących, że ta wypływa im potem ustami, nosem i uszami. Głód, którego upiory doznają, skłania je także do zjadania bielizny znajdującej się obok nich w trumnie. Najwięcej dręczą upiory w nocy krewnych swoich, albo przyjaciół i wysysają z nich krew, co pociąga za sobą wielkie ich osłabienie, albo pozbawia ich życia. Nie ogranicza się to do jednej osoby, ale zwykle rozciąga się do całej familii, chyba, że się złemu zapobieży odcięciem głowy upiorowi, albo otwarciem mu serca. Upiora poznać można po tem: ciało jego jest giętkie, nabrzmiałe i czerwone, chociaż od dawna pochowane zostało.  (…)  Za najlepszy sposób uważa się odcięcie mu głowy motyką lub spalenie go i rozwianie popiołów na cztery wiatry, przebiwszy poprzednio serce osikowym kołem, jak to jeszcze u nas, za świadectwem Czackiego, w początkach naszego stulecia robiono.

by zyc wolniej2Tym makabrycznym opisem zakończę, dodam jeszcze tylko, że chyba najsłynniejszym wampirem w Bułgarii stał się pewien pan, którego twarz zrekonstruowano na podstawie szczątków znalezionych w grobie i wystawiono w muzeum. Napisałam najsłynniejszym, ponieważ przyjeżdżały go obejrzeć liczne grupy japońskich turystów. Historie, które opowiedziałam powyżej (z wyjątkiem cytatu z gazety polskiej) są fragmentem jednej z moich książek o Bułgarii. W najnowszej książce („W bałkańskim kociołku„) wspomniałam o tym jak święta zmarłych obchodzi się na Bałkanach i o słodkiej potrawie z pszenicy, towarzyszącej tym świętom w Bułgarii, czy w Grecji.

O świętych wężach i jeziorze w jaskini

wążDrodzy Goście! Mam tu z boczku listę wpisów najczęściej czytanych w ostatnich kilku dniach. Jakimś „cudem” moje spotkanie z jadowitym gadem od wielu miesięcy jest w tym spisie prawie non-stop. Nie sądzę, że stali bywalcy tej strony nie znają tej historii (jest tam także krótki film), myślę, że zaglądają do niej nowi Goście. Jest ona cytatem z niewydanej książki, kontynuacji „W bałkańskim kociołku”, a więc tymczasem zapraszam do „kociołka”. Już dodałam tę informację w wymienionym wpisie („Święte węże czyli…)), plus link do fragmentów „kociołka”.

Myślę, że urywki tekstu mogą zadecydować, czy sięgnąć (lub nie) po książkę (zależy mi, żeby trafiała ona do osób lubiących gatunek literacki, do którego ją przypisano, dlatego nie wszystkich namawiam do jej przeczytania, każdy ma inny gust czytelniczy, ja sama nie każdą tematyką jestem zainteresowana). Osoby chcące znać opinie o „kociołku”, znajdą je u mnie, pod cytatami i na stronie Wydawnictwa (są dodawane w aktualnościach); jest tam m.in. recenzja audio prezentowana w programach radiowych (TU można ją odsłuchać ze strony Wydawnictwa).

Na zakończenie fragmencik mojej książki (nie był dotychczas publikowany), wspomnienie miejsca, którego o mały włos nie zobaczyłam. Na pewno dziś bardzo bym tego żałowała.

Äĺâĺňŕřęŕ ďĺůĺđŕ

Entuzjastycznie zareagowałam na pomysł zwiedzenia jaskini z podziemnym jeziorem. (…) Kozią ścieżką (tak się tu mówi o bardzo stromych górskich dróżkach) i bujającym się mostem linowym doszliśmy do wejścia. Tu czekał na nas „jaskiniowy” strój. (…) Kiedy panowie przewodnicy byli w połowie standardowego instruktażu przed wejściem, przyznam, że obudziły się we mnie poważne wątpliwości. – Ja tu poczekam – miałam na końcu języka. (…) W jaskiniach zachwycam się tym, co widzę, ale kiedy jestem w podziemnym świecie, zawsze w jakimś momencie wstrząsa mną dreszcz niepokoju. „Pobrodzę, popływam, posiedzę, poleżę…” – pocieszałam się w myślach, bo już wiedziałam, że są miejsca, gdzie skalny sufit jest w niewielkiej odległości od tafli wody. Mała łódka (ponton) przepłynie tędy, ale jej pasażerowie muszą pozostać w pozycji leżącej, przyklejeni do dna. Liny nad głowami pomagają posuwać się do przodu…

by zyc wolniej2P.S. Jestem bardzo wdzięczna wszystkim, którzy wspominają o „kociołku”, włączają się w promocję. Książkę poleca m.in. portal literacki Sztukater.pl: Jak dobrze trafić przypadkowo na genialną powieść reportażowo – podróżniczą, taką, która opowiada o świecie prosto i klarownie, a jednocześnie ciekawie i pasjonująco. (…) Co tak naprawdę urzekło mnie w tej pozycji? Przede wszystkim chyba wątki autobiograficzne, które z pełną szczerością oddały początkową niemożność poradzenia sobie autorki w nowej, bułgarskiej rzeczywistości. Miłość jednak, w tym konkretnym przypadku, uratowała wszystko i stała się iskierką, która…    (tu znajduje się cały tekst)