Archiwa tagu: film

Wirus wydał wyrok: – Areszt domowy!

Pozostaje się zastosować. Na szczęście są książki i filmy, no i w domu jest prawie zawsze ileś rzeczy do zrobienia, a więc nuda nie musi się wkraść w życie. Internet już dawno temu zawojował świat, ale teraz, bez wątpienia, będzie mógł grać pierwsze skrzypce. Kipi wiadomościami o koronawirusie, na pewno są przygnębiające, staram się od nich oderwać, bo panika jest nie mniej zaraźliwa, niż sam wirus. Może przyda się na poprawienie nastroju odrobinka poważnych i mniej poważnych doniesień z minionych stuleci.

Uwaga, uwaga! Na dziś jak znalazł: wszelkie całowanie nie jest zdrowe – poważne stwierdzenie z roku 1895.
W niższych szkołach, szczególnie żeńskich, panuje zwyczaj całowania rąk nauczycielkom i katechetom. Otóż w Budapeszcie, na wniosek rady szkolnej, poparty przez starszego fizyka miejskiego, który orzekł, że całowanie rąk, jak w ogóle wszelkie całowanie, przyczynią się do rozszerzania chorób zakaźnych, magistrat wydał cyrkularz do dyrektorów szkół stołecznych, w którym nauczycielom i nauczycielkom jak najsurowiej odtąd wzbroniono dawać się uczniom, a względnie uczennicom w ręce całować.

Humor

Kiedy jeszcze Rotszyldowie byli w Wiedniu, stary wiedeński Rotszyld zamiast własnym powozem pojechał kiedyś do teatru fiakrem. Wysiadając, wręcza fiakrowi trzy korony. Krotochwilny fiakier, który wiedział kogo wiezie, grzecznie uchylił kapelusza i dobrodusznie zaznaczył:
— Kiedy mam zaszczyt wozić syna pana barona, dostaję zawsze pięć koron za kurs…
Na co Rotszyld, bez wahania:
— Wierzę ci, człowieku. On sobie może na to pozwolić — ma takiego bogatego ojca…

humor lata 30
Lata 30-te XX wieku

***

W starym kinie

Do starego kina nie ma biletów wstępu. Każdemu, kto ma ochotę na rozrywkę wywołującą uśmiech polecam kolorową komedię (także dosłownie) z Shirley MacLaine i Dean’em Martin’em –  „Dziewczyna w hotelu” z 1961 roku.

Bardzo polecam oscarowy film „Butch Cassidy i Sudance Kid” (z 1969 r. – też w kolorze) z rewelacyjnymi rolami Roberta Redforda i Paul’a Newman’a, i muzyką Burt’a Bacharach’a w tle. Panom powierzono role autentycznych postaci, żyjących na przełomie XIX/XX wieku, trudniących się napadami na banki i pociągi, od czasu do czasu próbujących żyć uczciwie. Pomimo profesji, obaj wzbudzają sympatię. Film jest luźno oparty na faktach, bo nie są znane ostatnie lata ich życia (istnieją tylko domysły). Dialogi są pełne humoru, Oscara za scenariusz dostał William Goldman.

Film nagrodzono także Oscarami za: zdjęcia, muzykę (Burt’a Bacharach’a) i piosenkę „Raindrops Keep Fallin’ on My Head” (jest poniżej, śpiewa B.J. Thomas).  (tu znajduje się ta piosenka na YouTube)

 

***

Księgarnie internetowe pracują, a więc każdego kto nie miał okazji zajrzeć do mojego świata, zapraszam (tu są fragmenty książki).

by zyć wolniej wyd bernardinum

Za jakie grzechy, dobry Boże?

Jest chińskie powiedzenie: Czytasz jakąś książkę po raz pierwszy, poznajesz nowego przyjaciela; czytasz ją po raz drugi, spotykasz starego. Na pewno wielu z nas ma takie odczucie. Myślę, że nie mniej prawdziwie brzmi parafraza: Oglądasz jakiś film po raz pierwszy, poznajesz nowego przyjaciela; oglądasz po raz drugi, spotykasz starego. Ja ekranowych znajomych mam co najmniej kilku. Filmy, w których ich spotykam dzielę na grupki, w jednej z nich lokuję „rozśmieszacze” – lekarstwo na poprawienie nastroju.

filmNad odpowiedzią na pytanie „Za jakie grzechy?” zastanawia się francuskie małżeństwo, bohaterowie świetnej komedii, nie do końca zadowoleni z wyborów córek. Zięciowie: Żyd, Arab i Chińczyk nie są spełnieniem ich oczekiwań, pozostaje tylko nadzieja, że czwarta córka poślubi katolika i Francuza. Do czasu spełnienia tego marzenia, Marie i Claude są skazani na zmagania z własnymi uprzedzeniami.

Za jakie grzechy
zeskanowany kadr filmu „Za jakie grzechy, dobry Boże?”

Uważam, że film jest doskonałą komedią, bo bawi, a jednocześnie porusza bardzo aktualny problem akceptacji ludzi innego wyznania i o innym kolorze skóry. Rozpisałam się o nim, bo obejrzałam ciąg dalszy historii tej samej rodziny (premiera była w 2019 roku). – I znowu zgrzeszyliśmy, dobry Boże – pytają, a może stwierdzają główni bohaterowie. Bardzo polecam.

za jakie grzechy, dobry Boże
zeskanowany kadr filmu „Za jakie grzechy, dobry Boże?”

Wierzyłam kiedyś, że Francuzi robią dobre filmy kostiumowe i ekranizacje książek, a od kilku lat dodałam jeszcze jeden gatunek – komedie. Są wśród nich takie tytuły, do których wracam. Na mojej francuskiej playliście „rozśmieszaczy” jest m.in. rewelacyjna komedia „Jeszcze dalej, niż północ” (jest też jej inna wersja (osadzona we włoskich realiach) „Witaj na południu”). W obu przypadkach główny bohater zostaje oddelegowany do „gorszego” regionu kraju, o którym krążą nieprawdziwe, powszechnie powtarzane opinie. Lubię te filmy za ich lekkość, za humorystyczne spojrzenie na ludzkie wady (jednocześnie skłaniające do refleksji), a także dlatego, że nie są przesycone wulgaryzmami. ©

Kilka moich ulubionych tytułów:

  • „Jeszcze dalej, niż północ” (2008 r.) – w rolach głównych: Kad Merad, Dany Boon (także reżyser i współautor scenariusza); „Witaj na południu” (2010 r.) – w roli głównej: Claudio Bisio.
  • „Za jakie grzechy, dobry Boże?” (2014 r.); „I znowu zgrzeszyliśmy, dobry Boże” (2019 r.) – w rolach głównych: Chantal Lauby, Christian Clavier.
  • „Moje skarby” (2017 r.) – Jean Reno.
  • „Grunt to rodzinka” (2004 r.) – w rolach głównych: Christian Clavier (także współautor scenariusza) i Jean Reno.
  • „Dusigrosz” (2016 r.) – w roli głównej: Dany Boon.
  • „Wyszłam za mąż, zaraz wracam” (2012 r.) – w rolach głównych: Diane Kruger, Dany Boon.
  • „Tais-toi” (2003) – w rolach głównych: Jean Reno, Gerard Depardieu.

Ze Stumilowego Lasu do oscarowych nominacji

– A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. – Co wtedy?
– Nic wielkiego. – zapewnił go Puchatek. – Posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika.

Myślenie nie jest łatwe, ale można się do niego przyzwyczaić.

Chyba nie ma nikogo, kto nie znałby misia o bardzo małym rozumku, filozoficznie spoglądającego na otaczający go świat. Zajrzałam do Stumilowego Lasu, bo 18 stycznia jest Dzień Kubusia Puchatka. Książka Alana Aleksandra Milne jest jedną z tych, do których miło jest wrócić, nawet jak jest się bardzo dużym dzieckiem.

kiedy jest się misiem

Ze Stumilowego Lasu przenoszę się do świata filmu. Kinomani na pewno z niecierpliwością oczekiwali oscarowych nominacji. Już są. Rekordy pobił „Joker”; oglądałam, ale to nie o nim chciałabym wspomnieć. Zacznę od cytatu:

  • Automat: Jeśli chcesz rozmawiać z konsultantem wybierz 1 …
  • Konsultantka: Dzień dobry. Witamy w dziale sprzedaży Sky Tours.
  • Papież: Dzień dobry. Chcę kupić bilet z Rzymu do Lampedusy…
  • Konsultantka: Tak…
  • Papież: Wiem, że mogę zarezerwować w internecie, ale jestem tu nowy…
  • Konsultantka: Nazwisko?
  • Papież: Jorge Bergoglio.
  • Konsultantka: Jak papież.
  • Papież: Tak. W zasadzie…
  • Konsultantka: Kod pocztowy?
  • Papież: Nie wiem… Watykan.
  • Konsultantka: Bardzo śmieszne. (trzask odkładanej słuchawki)

Tym dialogiem zaczyna się film „Dwóch papieży” i chyba nawet gdyby nie padło nazwisko, nikt nie miałby wątpliwości, o którego papieża chodzi. Film jest kandydatem do Oscara 2020 w trzech kategoriach (najlepszy scenariusz adaptowny, najlepszy aktor pierwszoplanowy – Jonathan Pryce i drugoplanowy – Anthony Hopkins).

1

Głównymi bohaterami są: papież Franciszek i Benedykt XVI. Spotykają się oni w przełomowych dla siebie momentach: papież czuje, że dla dobra kościoła czas zamknąć epokę tradycjonalizmu, podejmuje przemyślaną, odważną decyzję, mającą zszokować świat; Jorge Bergoglio składa prośbę o zgodę na przejście na emeryturę. Wszyscy wiemy jak potoczyły się ich losy, a jednak film wciąga (retrospekcja obejmuje obrazy z życia papieża Franciszka, także z lat rządów junty w Argentynie, z okresu, który budził kontrowersje). Anthony Hopkins i Jonathan Pryce zagrali naprawdę doskonale.

2

Mam taką swoją prywatną listę filmów, które moim zdaniem mają klasę, mają „coś”. Nie trafiają na nią wszystkie obrazy, które mi się podobały (nawet te posiadające bardzo ciekawą, świetnie zagraną fabułę, zasługujące na uznanie). „Dwóch papieży” na tę listę wpisałam.

„The Two Popes” („Dwóch papieży” polski tytuł): 2019 rok; prod: USA, Wlk. Brytania, Włochy, Argentyna; reżyseria: Fernando Meirelles; scenariusz: Anthony McCarten.

3

***

Autoreklama 🙂

Mój kociołek z wielu księgarni zniknął tuż przed świętami. Braki uzupełniono. Pojawiają się atrakcyjne promocje. Ceny promocyjne nie są stałe, aktualnie: -32% w ofercie księgarni booktime.pl (na skanie poniżej).

booktime

Virgilius, ojciec Wirgiliusz i Cary Grant

Ojciec Wirgiliusz (baletmistrz) uczył dzieci swoje (tancerzy warszawskiego Teatru Wielkiego), a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje… Wplotłam w to zdanie fragmencik dziecięcej piosenki, dziś może zapomnianej. Jej bohaterem jest dyrektor baletu Wirgiliusz (Virgilius) Calori – pełniący powierzoną mu funkcję przez pięć lat, od 1869 roku. Calori, w zawodzie jaki obrał i umiłował, przedewszystkiem nie był pospolitością, sztukę której poświęcił życie, znał gruntownie, sam wykończonym był tancerzem, a jako baletmistrz, przy świeżości i oryginalności własnych pomysłów, studjował gorliwie wszystko cokolwiek mogło mu posłużyć do estetycznego uplastycznienia ich na scenie – pisano w 1874 roku, tuż po jego śmierci.

Virgiliusowi Calori i piosence poświęciłam trochę miejsca, chociaż nie ma nic wspólnego z tym, o czym będzie dalej. Skojarzenie z nim nasunęło mi się przed obejrzeniem filmu „Ojciec Wirgiliusz”, z Cary’m Grant’em w roli głównej (na pewno nazwisko Grant wyjaśnia, że ja znowu zawędrowałam do starego kina).  Film jest komedią (z baletem nie ma nic wspólnego). Rzecz dzieje się w czasie II Wojny Światowej. Tytułowy ojciec Wirgiliusz to pseudonim Walter’a Eckland’a (głównego bohatera), który nie do końca z własnej woli, został wojskowym obserwatorem na małej wysepce; miała być bezludna, stało się inaczej…

5

Nie będę zdradzać więcej treści, niewątpliwie nie jest bardzo skomplikowana, ale zasłużyła sobie na Oscara (statuetkę przyznano za scenariusz, w 1965 r.).  Film nagrodzono też Złotym Globem w 1965 r., w kategorii „Najlepsza komedia”. Zeskanowałam i zamieściłam w tekście kilka scen z filmu.

1

Polecam od czasu do czasu powrót do obrazów z przeszłości, które chyba odchodzą w zapomnienie, chociaż są łatwo dostępne online, w bezpłatnych ofertach. Gdyby okazało się, że kogoś skusiłam… poproszę o wrażenia. A może ktoś już oglądał?

„Father Goose” („Ojciec Wirgiliusz” – polski tytuł) – scenariusz: Peter Stone, Frank Tarloff;  reżyseria: Ralph Nelson; w rolach głównych wystąpili: Cary Grant, Leslie Caron, Trevor Howard.

3

4

2

W starym kinie

Wszystko się dziwnie plecie / Na tym tu biednym świecie; / A kto by chciał rozumem wszystkiego dochodzić, / I zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić.

Może więc najwyższy czas przestać się dziwić i dziwić, że tak lub siak się dzieje, że ten czy ów, to lub owo… (to, że najwyższy czas przestać, odnosi się oczywiście tylko do mnie i tego, co tu ostatnio napisałam o możliwej szkodliwości myślenia i chronicznym stanie, który mnie dopadł).  W ramach terapii zgromadziłam zapasik starych filmów i postanowiłam przy okazji dać klawiaturze trochę spokoju od klikania i więcej czasu wolnego mojemu czytnikowi. Obejrzałam już co nieco i mam bardzo miłe odczucia. Nie po raz pierwszy wpada mi do głowy myśl, że bez wulgaryzmów zamiast przecinków czy bez dominacji krwawych scen, można zbudować napięcie, można przykuć widza do ekranu (i nie, żebym się znowu dziwiła, to tylko, ot takie sobie, stwierdzenie). Nie zawsze stare kino mnie zachwyca, czasem gra aktorów wydaje się nienaturalna, przerysowana, a efekty wypadają marnie (chociaż ja je usprawiedliwiam: w końcu możliwości techniczne nie są porównywalne).

Na pewno zechcę jeszcze kiedyś obejrzeć lekką, nieskomplikowana komedię „Powiew luksusu” z Doris Day; to świetny film na odstresowanie się.

filmPo raz pierwszy widziałam dramat obyczajowy „Marty” z 1955 roku, i bardzo mi się podobał (film, scenariusz, reżysera i grającego tytułową rolę Ernesta Borgnine doceniono na gali Oscarów). Bohaterem jest stary kawaler swatany przez wszystkich wokół; gdy spotyka dziewczynę, która budzi w nim radość i wiarę w siebie, wszyscy próbują go zniechęcić do ewentualnego związku…

„Ziarnka piasku” to film wojenny z 1966 roku. Rzecz dzieje się w okresie międzywojennym w komunistycznych Chinach, na statku należącym do armii amerykańskiej, pływającym po rzece Jangcy. Nowy mechanik (Steve McQueen) mówi „nie” niektórym obowiązującym tu zasadom…

„W upalną noc” – kryminał z 1967 roku z Sidneyem Poitier w roli głównej, który znalazł się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze. W niewielkim mieście na południu Stanów miał spędzić kilka godzin, czekając na pociąg. Podejrzany o dokonanie zbrodni i aresztowany, okazał się być najlepszym specjalistą od rozwiązywania kryminalnych zagadek…

Takie oto tematyczne misz-masz zafundowałam sobie od piątku. Wiele starych tytułów jest dostępnych online, jeśli więc mogę je polecić – robię to. Zasługują na odkurzenie.

*****

P.S. Cytat na wstępie jest z pieśni Jana Kochanowskiego „Nic na świecie statecznego”.

nic na świecie Kochanowski

Absurdalna, ale prawdziwa historia

Ostatnio ograniczam sobie emocje, które mogłoby wywołać na przykład przeczytanie książki czy obejrzenie filmu pokazującego brutalność. Nie bez wahania zdecydowałam się na obejrzenie  „Sztokholmu”, obrazu opowiadającego o słynnym napadzie na bank, kojarzonym z pojęciem „syndrom sztokholmski”, używanym przez psychologów całego świata. Skusiłam się, bo byłam ciekawa dlaczego właśnie ta historia spowodowała stworzenie nowego terminu, stosowanego  w odniesieniu już nie tylko do zakładników czy ofiar porwania, ale też do ofiar przemocy domowej. Nie znałam szczegółów historii, która wydarzyła się w stolicy Szwecji w 1973 roku i przyznam, że byłam zaskoczona. Dwaj rabusie nieudacznicy różnią się, moim zdaniem, od wyobrażenia o dokonujących napadów. Nie chcę zdradzać szczegółów, bo może ktoś ma ten film przed sobą, a więc ograniczę się do kilku słów. Budzi zdumienie ich niestandardowe zachowanie, niewątpliwie wynikające z cech charakteru (mówię to w kontekście znanych mi, opisanych podobnych sytuacji)… Na wstępie pojawia się na ekranie jedno zdanie: Na podstawie absurdalnej, ale prawdziwej historii. Czy rzeczywiście była absurdalna? Myślę, że tak, momentami nawet śmieszna. Po obejrzeniu zastanawiałam się, czy termin „syndrom sztokholmski” w wielu przypadkach jest słusznie stosowany.

Film „Sztokholm” miał światową premierę w 2018 roku; w roli głównej wystąpił Ethan Hawke.

P.S. Gdyby ktoś chciał wiedzieć o co poprosiłabym Złotą Rybkę, TU jest odpowiedź 😉

delfin

Scenariusz i reżyseria: ŻYCIE

Otaczający świat kształtują ludzkie wybory (niektórych nie zrozumiem nigdy), ale przecież zdarza się, że finisz biegu wydarzeń, wydawałoby się przewidywalny, okazuje się zaskoczeniem.  Są takie historie, które przypominają, że nadziei nie warto się pozbywać, czego by nie dotyczyła: małej czy dużej sprawy, naszego życia czy tego, co dzieje się wokół i wbrew pozorom ma na nie wpływ. Od czasu do czasu wracam do opowieści, której bohaterem jest Sixto Rodriguez – Amerykanin mający meksykańskie korzenie. Gdyby na podstawie jego życia nakręcono film fabularny wielu ludzi pomyślałoby o fabule: naciągana, to nie mogłoby wydarzyć się naprawdę. A jednak… pod koniec XX wieku, w dobie telefonów, zdolny muzyk żył w ubóstwie na jednym kontynencie, nie wiedząc, że na innym jest wielką gwiazdą. Miliony ludzi na świecie poznali go dzięki oskarowemu filmowi dokumentalnemu z 2012 roku, pokazującemu jak przypadek zmienił jego egzystencję. Ta wzruszająca historia przypomina, że nawet wtedy, gdy wydaje się, że nic się nie zmieni, wszystko może się zdarzyć. Polecam ją każdemu.

Życie potrafi pisać zaskakujące scenariusze…

„Sugar Man” to tytuł piosenki i filmu dokumentalnego, o którym wspomniałam (muzyka, tekst i wykonanie: Sixto Rodriguez).

Cukrowy człowieku, spotkałem fałszywego przyjaciela na pustej, zakurzonej drodze. Straciłem serce, a gdy je odnalazłem zmieniło się w martwy, czarny węgiel.

***

„I wonder” (piosenka z 1970 r.)  – Zastanawiam się nad miłością, której nie możesz znaleźć i zastanawiam się nad swoją samotnością. Zastanawiam się nad przyjaciółmi, którzy nimi nie są. Zastanawiam się… Zastanawiam się nad łzami w oczach dzieci i zastanawiam się nad żołnierzem, który umiera. Zastanawiam się, czy ta nienawiść się skończy...

***

Sixto Rodriguez urodził się w 1942 roku. W latach sześćdziesiątych XX wieku występował w nocnych klubach Detroit. Grał i śpiewał piosenki, do których sam pisał muzykę i teksty. Miał 25 lat gdy nagrał pierwszą płytę. Wróżono mu wielką karierę, porównywano go do Boba Dylana. Nadzieje pozostały niespełnione. Pięć lat nie przyniosły spodziewanego sukcesu (w 1971 r. powstał ostatni album). Muzyk zdecydował się zarabiać na chleb fizyczną pracą na budowach. Swoje kolejne pięć minut miał w Australii, gdzie doceniono jego talent i gdzie koncertował w 1979 roku. W latach dziewięćdziesiątych dowiedział się, że jest wielką gwiazdą – legendą w RPA…

Uczeń diabła

Od zawsze w moim domu była muzyka na żywo. Po Rodzicach pozostały mi nuty, na które mogę tylko patrzeć, bo niestety, nie odziedziczyłam po nich talentów muzycznych, ale dzięki nim muzyka stała się ważną częścią mojego życia.

Kiedy byłam małą dziewczynką nie znosiłam brzmienia skrzypiec i byłam szczęśliwa, że nie ma ich w moim domu. Musiało minąć kilkanaście lat, żebym odkryła magię w „bolesnych jękach” (tak myślałam o dźwiękach wydawanych przez ten instrument).  Nie stałam się fanatyczną wielbicielką skrzypiec, ale nie raz poruszały mnie do łez.

Napisałam o tym w związku z filmem o Paganinim, który w tym tygodniu obejrzałam po raz kolejny (po kilkuletniej przerwie) i który wywołał te same uczucia. I nie mam na myśli wyłącznie życia wspaniałego skrzypka i kompozytora (wrażliwy geniusz pozbawiony smaku prawdziwego dzieciństwa podzielił los podobnych sobie, nie do końca umiejących odnaleźć się w realnym świecie). Chciałam przede wszystkim powiedzieć kilka słów o muzyce, której w tym obrazie nie mogło zabraknąć.

NiccoloPaganini
Niccolo Paganini

Paganini (1782-1840) potrafił wydobyć ze skrzypiec zaskakujące dźwięki. Nie przerywał koncertu, gdy pękały struny (słynna stała się jego gra na jednej strunie), Uznano, że jest uczniem samego diabła. Z tego powodu kościół katolicki odmówił mu pochówku na poświęconej ziemi. Przez wiele lat syn wirtuoza walczył o cofnięcie anatemy. W 1853 roku, po złożeniu w ofierze ponad miliona złotych franków odprawiono mszę, podczas której odpuszczono grzechy Paganiniemu. Jednak dokument zezwalający na pogrzeb wydano w 1896 roku.

Po śmierci Niccolo Paganiniego Liszt oświadczył: Bez wahania wypowiadam przekonanie: drugi Paganini już się więcej nie pojawi. Ta przepowiednia się spełniła.

W encyklopedii z 1875 roku napisano o Paganinim: Gra jego demonicznej potęgi, stanowi epokę w technicznym postępie gry na skrzypcach.

Może się mylę, ale mam wrażenie, że w filmach biograficznych rzadko zdarza się  powierzyć rolę geniusza innemu geniuszowi w tej samej dziedzinie, a tu właśnie tak się stało. Niccolo Paganiniego zagrał David Garrett, wspaniały skrzypek grający od czwartego roku życia (tak jak Mistrz, w którego się wcielił). Wydaje się, że instrument jest jego częścią. Gra z niewymuszoną lekkością, bawi się muzyką, Zdarzało mi się widzieć artystów wykonujących te same utwory i miałam wrażenie, że nie dotrwają do końca, padną z wyczerpania (tyle sił i napięcia wkładali w grę, że sama czułam się zmęczona). Garrett jest ich przeciwieństwem.

Znalazłam dwa fragmenty z filmu („Paganini: Uczeń diabła”; film niemiecko-włoski z 2013 roku). Może ktoś się skusi posłuchać niezwykłej muzyki (tak ja ją odbieram).

  1. Scena w tawernie kończy się grą na jednej strunie.
  2. „Capriccio Nr. 24” – jeden z popularniejszych utworów Paganiniego. Mam wrażenie, że w tej muzycznej opowieści zmieściła się cała gama uczuć towarzysząca człowiekowi w życiu. Są chwile beztroski i szczęścia, i pojawiający się nagle zgrzyt, zło wywołujące dreszcz, szaleństwo i łzawe nutki smutku, a po nich powrót radości…

***

***

 

Przyjaciel kot, przyjaciel delfin

Z delfinami miałam przyjemność spotykać się twarzą w twarz (dosłownie). Wymieniałam uśmiechy z tymi żyjącymi na wolności w Morzu Czarnym i z mieszkańcami warneńskiego delfinarium. W moich wspomnieniach (w książce „W bałkańskim kociołku”) jest o tym kilka słów.

Te ogromne ssaki są bardzo ufne i zaprzyjaźniają się nie tylko z ludźmi.  Na filmie (poniżej) delfiny wymieniają się gestami sympatii z kotkiem. Gdy patrzę na nich,  uśmiech wskakuje na twarz. 🙂 (jeśli film się nie wyświetla tu jest link)

***

Wspominałam wczoraj (przy okazji tańczących kelnerów) o porządkach na facebook’owym  profilu (właśnie tam pokazałam kiedyś kotka i delfiny).  Będę kontynuować przenoszenie niektórych filmów. Dziś mam dla Was jeszcze jeden z warneńskiego delfinarium. Mam ich bardzo, bardzo wiele (nie tylko z delfinami i nie tylko z delfinarium), ale niestety,  nie mają one zadowalającej jakości (jestem antytalentem w tej dziedzinie). Gdyby jednak ktoś chciał zobaczyć delfiny śpiewające, tańczące walca i grające w piłkę, zapraszam. 🙂

Aale kino!

– Fajny film wczoraj widziałem.

– Momenty były?

– Nooo!

Tymi słowami (dawno temu) zaczynała się rozmowa o obejrzanym filmie w satyrycznej audycji „60 minut na godzinę” (a później w „Powtórce z rozrywki”) . Ja też fajny film widziałam ostatnio i powiem o nim kilka słów, tyle że na poważnie. Mocno trzymałam kciuki, żeby zdobył Oscara i udało się. Mojemu faworytowi przyznano trzy statuetki (najlepszy film, najlepszy aktor drugoplanowy Mahershala Ali, najlepszy scenariusz oryginalny B. Currie, N. Vallelonga, P. Farrelly).

Film „Green Book” opowiada prawdziwą historię z życia znanego, czarnoskórego muzyka Dona Shirley’a i Tony’ego Lip’a. Wspólnie (pracodawca i jego kierowca) wyruszają na tournee po Stanach Zjednoczonych. Rzecz dzieje się w latach sześćdziesiątych XX wieku, w czasach, w których biali widzowie z południa kraju zachwycali się umiejętnościami artysty, stali w kolejce po bilety na jego koncerty, ale nie wyobrażali sobie, że mogliby jeść z nim przy tym samym stole. Główni bohaterowie różnią się kolorem skóry, wyznaniem, wykształceniem, manierami, sposobem bycia. Wydaje się, że będzie im trudno dotrwać do końca wspólnej podróży. Życie napisało jednak inny scenariusz. Powoli nawiązuje się między nimi nić sympatii.  Dzięki wzajemnej tolerancji rodzi się wspaniała przyjaźń. I chociaż akcja filmu osadzona jest tak dawno temu, pewne problemy i uprzedzenia są aktualne. Mam nawet wrażenie, że rośnie brak sympatii dla innych, obcych czy niewierzących w tego samego Boga. Niektórzy zapominają, że odczucia ludzi są podobne, że należy oceniać jednostki, bo dobrzy i źli, mądrzy i głupcy są w każdym narodzie, w każdej rasie i kulturze. Może łatwiej zrozumieć tę prawdę ludziom żyjącym w wielonarodowościowych społeczeństwach. Może potrafią ją dostrzec ci, którzy w człowieku widzą człowieka, rozumieją, że ludzkie istoty nie są identyczne i że pomimo różnic, wzajemnie możemy sobie wiele podarować.

„Green Book” nie jest niszowym ani skomplikowanym dramatem psychologicznym. Pokazana historia nie jest monotonna. Myślę, że w filmie nie zmarnowano ani sekundy. Bardzo polecam go każdemu. Mahershal Ali i  Viggo Mortensen odegrali swoje role rewelacyjnie.

The_Negro_Motorist_Green_Book

Tytułowa książka „Green Book” (na zdj. wydanie z 1940 r.) informowała o wyznaczonych miejscach (restauracje, hotele), do których mógł wejść człowiek czarnoskóry.

Po premierze filmu, brat Dona Shirley’a oświadczył, że nie używał on słowa „przyjaciel” w odniesieniu do Tony’ego. Faktem jest, że panowie: Don i Tony do końca życia utrzymywali ze sobą kontakt (obydwaj zmarli w 2013 roku).  W latach siedemdziesiątych Tony Lip (Frank Anthony Vallelonga) został aktorem. Zaczynał od epizodycznych ról (debiutował w słynnym „Ojcu chrzestnym” Coppoli). Jego syn Nick jest aktorem, reżyserem i producentem, no i oczywiście scenarzystą, z Oscarami za film o ojcu.

P.S. Rozmowy o filmach („Para-męt pikczers, czyli kulisy srebrnego ekranu”) to fragment audycji radiowej „60 minut na godzinę”, o której wspomniałam na wstępie. Chyba można ją zaliczyć do klasyki. W internecie jest wiele jej fragmentów.

ABC… czyli o tym jak Herkules Poirot przestał być sobą

Ten pan zdobył moją sympatię dawno temu (pomimo próżności, której było w nim niemało odkąd go poznałam). „Drobny, niski, miał bardzo dziwaczną powierzchowność. Niewiele wyższy niż pięć stóp i cztery cale, nosił się z niepospolitą godnością. Jajowatą głowę przechylał na bok i nosił długie, sztywno sterczące wąsy w iście wojskowym stylu. Schludność jego ubioru graniczyła z niepodobieństwem; sądzę, że pyłek na rękawie sprawiłby małemu Belgowi więcej bólu niż rana zadana pociskiem karabinowym.  Ale ten niepokaźny, cudaczny elegant, który utykał teraz wyraźnie na prawą nogę był w swoim czasie asem policji belgijskiej. Jako detektyw uchodził za gwiazdę pierwszej wielkości i niejednokrotnie wykrywał zbrodnie sensacyjne i na pozór nie do wykrycia.” A nazywał się Herkules Poirot.

Nie mogłam sobie odmówić obejrzenia mojej sympatii w filmie „ABC” (a właściwie w miniserialu trwającym około 3 godz.), którego nie można nazwać ekranizacją, bo bardzo odbiega od treści książki Agaty Christie. Nie pojawia się w nim postać Hastingsa, który towarzyszył przyjacielowi podczas rozwiązywania tej konkretnej kryminalnej zagadki. Uśmiercono inspektora Jappa, w książce prowadzącego śledztwo w sprawie serii morderstw dokonywanych w miejscach, których nazwy zaczynają się  od kolejnych liter alfabetu, a ofiarami są osoby noszące imię i nazwisko także zaczynające się na A, potem B itd. W filmie powierzono sprawę młodemu policjantowi, bardzo aroganckiemu, na wstępie traktującego Poirota z wielką, mocno przerysowaną pogardą. Z przykrością patrzyłam jak mały Belg znosi poniżenia w samotności. Malkovich, odtwórca roli Herkulesa, stworzył (moim zdaniem) postać nieprzekonującą, a przede wszystkim nieprzypominającą detektywa scharakteryzowanego przez mistrzynię kryminału. Nie było w nim też słynnej elegancji i godności Herkulesa, którego  Hastings, po powrocie ze swego rancza w Ameryce Południowej, zastał w świetnej kondycji, z ciągle czarnymi włosami (w książce Poirot zdradził przyjacielowi tajemnicę koloru włosów; używał środka przywracającego im naturalną barwę i nie była to farba; wspomniałam o włosach w związku z żenującą sceną w filmie).

Oczywiście każdy scenarzysta ma prawo stworzenia własnego dzieła opartego na wybranym wątku powieści innego pisarza, ale „poprawianie” Agaty Christie nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Mam takie odczucie, że są autorzy, którzy stworzyli w swoich książkach bardzo charakterystyczne osobowości i przywiązanie czytelnika sprawia, że nie akceptuje radykalnych zmian. Nie razi mnie delikatne zniekształcanie fabuły lub jej rozwinięcie w filmie, jednak w tym przypadku mocno przesadzono. Z trudem dotrwałam do końca.

Czy też macie swoich ulubionych bohaterów książek, których w ekranizacji chcielibyście pozostawić takimi, jacy są (stworzeni w wyobraźni autora powieści)?

poirot***

Herkules pozostał legendarną postacią. Poirota regularnie ćwiczącego swoje szare komórki, pisarka uśmierciła w ostatniej książce o przygodach detektywa, opublikowanej w 1975 roku. Wtedy, kiedy odszedł na dobre New York Times na pierwszej stronie poinformował: „Herkules Poirot nie żyje”.

***

Brytyjski miniserial „ABC” (The ABC Murders) powstał w 2018 roku. Reżyser: Alex Gabassi. Scenariusz: Sarah Phelps. Miłośnikom Poirota i Agaty Christie zdecydowanie nie polecam.

Cytat w tekście jest z pierwszej książki o Herkulesie Poirot („Tajemnicza historia w Styles”).