Archiwa tagu: książki

Magazyn przyjemnych wiadomości

Jesteśmy zarzucani informacjami, ale nie mamy nigdy gwarancji, że jakaś wiadomość nie zepsuje dobrego humoru. Sytuację mogłyby uratować media gromadzące wyłącznie dobre wiadomości, można by po nie sięgać wtedy, kiedy nie chcemy pozbywać się uśmiechu (oczywiście najlepiej, żeby nie trzeba było dokonywać podziałów, żeby wszystkie niusy były pozytywne, ale to, niestety, fantasmagoria).

A ponieważ chyba zbyt często bujam w obłokach i fantazjuję, szybko dodaję, że ktoś już wpadł na ten pomysł i magazyn przyjemnych wiadomości (skierowany głównie do pań) pojawił się na początku XIX wieku.

Prywatny, podręczny magazyn przyjemnych wiadomości mam i ja. Pogrzebałam, znalazłam i przekazuję.

Lube Czytelniczki i Czytelnicy! Tuż, tuż Światowy Dzień Powolności. Hasło „Festina lente” (spiesz się powoli) powinno być na wszystkich ustach 25 lutego. Taki styl życia jest dobrze znany mieszkańcom południa Europy i niewątpliwie ma bardzo wiele zalet. Wiem, że nie jest łatwo, ot tak, przeskoczyć na inne tempo. Jak już znalazłam się w bałkańskim świecie u boku Męża (nieodrodnego dziecka Bałkanów), odkryłam, że można, i że naprawdę warto, bo w biegu trudno dostrzec wiele, a nawet jak się człowiek na chwilkę zatrzyma, zadyszka nie pozwala odetchnąć pełną piersią. Tempo „Festina lente” służy też chyba większości decyzji. ©

Nie mogło tu dziś zabraknąć żółwi, bo w ich główkach łacińska maksyma tkwi od urodzenia, spieszą się powoli, chociaż każdy, kto się z nimi spotkał w ich naturalnym środowisku, wie, że potrafią naprawdę szybko biegać. ©

Życzę Państwu znalezienia czasu na delektowanie się chwilami.

Fragmenty mojej ostatniej książki „W bałkańskim kociołku”

by zyć wolniej wyd bernardinum

25 – Światowy Dzień Powolności

 

Hulaj dusza, prawa nie ma?

Stoi tu u mnie z boczku (z prawej strony) dziewczynka trzymająca znak STOP. Rzetelna z niej osóbka, ma za zadanie zwrócić na coś uwagę i tkwi na stanowisku non-stop. Może dlatego, że jest mała, nie każdy ją zauważa i czasem nawet całe moje teksty wędrują stopdalej w świat – bez mojej zgody. Niektórzy zapominają, że „przypadki chodzą po ludziach” i że mogę trafić na plagiat ja lub moi Czytelnicy (zdarzyło się tak nie raz), i że istnieją programy antyplagiatowe, wykrywające to niestety powszechne zjawisko (nie przestaje być plagiatem ukradziony tekst, w którym dokonano drobnych zmian).

Internet jest przestrzenią publiczną, ale to nie znaczy, że wszystko, co w niej jest należy do wszystkich. Pominę kradzieże książek, które dotykają mnie i innych autorów, pominę kradzieże tekstów (kopiowanie i upublicznianie bez podania autorstwa i źródła), a powiem kilka słów o fragmentach. Chyba nie każdy zdaje sobie sprawę, że istnieje tak zwane prawo cytatu i ono określa jasno, że można posłużyć się fragmentem tekstu Iksińskiego, jeśli będzie stanowił on cząstkę wypowiedzi (cytat zawsze pełni funkcję pomocniczą, nie może być kluczową częścią tekstu). Niedopuszczalne jest stworzenie i opublikowanie składanki zawierającej fragmencik artykułu z gazety X, z portalu Y, z wpisu blogera Z i dodanie jednego, dwóch lub trzech zdań od siebie.

Obowiązkiem jest podawanie autorstwa i źródła, a jeśli to źródło znajduje się w internecie, musi to być link – napisanie „źródło internet” nie jest spełnieniem tego wymogu. Źródłem jest miejsce, w którym sam autor opublikował konkretną treść. Portale społecznościowe umożliwiają udostępnianie postów, ale to nie znaczy, że wpis Kowalskiego z Facebook’a można skopiować i wkleić na swoim blogu. Można natomiast skorzystać z opcji „osadź na swojej stronie” – taki wariant oferuje Facebook i YouTube.

Muszę dodać, że chociaż krucho jest ze znajomością przepisów, o których wspomniałam wielu ludzi wykorzystuje cytaty zgodnie z prawem autorskim. W wielu miejscach, między innymi, są moje słowa, fragmenty moich książek z podaniem tytułu i autorstwa i takie sytuacje na pewno są miłe dla każdego autora.

domena publicznaWolno rozpowszechniać i zmieniać to, co znajduje się w domenie publicznej – mylonej niekiedy z przestrzenią publiczną. Do domeny publicznej trafiają wszystkie dzieła (książki, teksty, obrazy), jak minie 70 lat od śmierci autora (można je udostępniać w całości i zmieniać w dowolny sposób).

domena publiczna2
Znak domeny publicznej (wolno rozpowszechniać, zmieniać)

Zdarza się, że ludzie żyjący przenoszą swoje prace do domeny publicznej, dotyczy to między innymi zdjęć i grafik, które można pobierać i udostępniać bez uznania autorstwa czy informacji o źródle (jest to zwykle napisane gdzieś obok lub pracy towarzyszy odpowiednie oznakowanie). Jest kilka wariantów wykorzystywania cudzych prac, dobrze jest wcześniej upewniać się na jakiej zasadzie (ile, komu, gdzie) możemy coś udostępnić. Napisałam o tym wszystkim, bo wiem, że czasem nieświadomie popełniamy błędy, warto więc propagować niektóre informacje, dzielić się nimi z innymi.

Ignorantia legis non excusat

Nieznajomość prawa nie jest usprawiedliwieniem

zastrzeżone
Znak: wszelkie prawa zastrzeżone

Prawo cytatu w Prawie Autorskim:

Artykuł 29: Wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki rozpowszechnionych utworów oraz rozpowszechnione utwory plastyczne, utwory fotograficzne lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym celami cytatu, takimi jak wyjaśnianie, polemika, analiza krytyczna lub naukowa, nauczanie lub prawami gatunku twórczości.
Z Wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie z dnia 18 września 2003 roku (sygn. akt: VI ACa 23/03): „stosowanie tzw. prawa cytatu nie dotyczy tylko działalności literackiej, (…) instytucja ta jest stosowana na szeroką skalę również w Internecie”.

Szlachcic i cesarz (nie jest to tytuł bajki)

Bolesław ChrobryW dzień Nowego Roku 1025 arcybiskup gnieźnieński Hipolit namaścił Bolesława I na króla Polski i włożył na skronie jego koronę złotą, wykonaną przez mistrzów złotników w Wenedzie na wyspie Wolinie. Ubranego w szaty koronacyjne króla, prowadzili biskupi z duchowieństwem ze zamku na Lednickiem jeziorze do katedry w Gnieźnie i tutaj podczas mszy św. odbywały się przepisane ceremonje. Najstarszy z biskupów prosił Arcybiskupa o dokonanie koronacji. Po krótkiej przemowie do króla namaścił arcybiskup Bolesławowi I ręce, piersi i łopatki balsamem, aby Bóg dał mu siłę i moc do obrony granic kraju. Następnie przypasał mu szczerbiec z Kijowa, którym wykonał Chrobry cięcia w powietrzu na cztery strony świata, co oznaczało gotowość do obrony państwa. Następnie poświęcił koronę i włożył ją na skronie Bolesława I, zaprowadził go na tron przygotowany, a gdy król usiadł, włożył mu arcybiskup pierścień złoty na palec, zamiast berła wręczył mu do prawej ręki włócznię św. Maurycego, otrzymaną od cesarza Ottona III, do lewej ręki dał mu złote jabłko, a na czole złożył pocałunek pokoju. Teraz przedstawił arcybiskup zgromadzonemu narodowi króla, jako Pomazańca bożego, mającego łaskę z nieba, którego poddani powinni czcić i słuchać.

Opis koronacji pierwszego króla Polski znalazł się na wstępie, bo chcę dziś powiedzieć troszkę o literkach i słowach z królowaniem powiązanych. Obawiam się, że temat nie jest najciekawszy, ale  mam nadzieję, że  kogoś zainteresuje.

Nie wiem jak to się dzieje, że niektóre pojęcia kojarzą się w Polsce przede wszystkim z Rosją. Tak jest z alfabetem (cyrylicą), który wymyślono na południu Europy, zaczęto go używać na terenie Bułgarii i dużo czasu minęło zanim zapożyczyli go Rosjanie (w miedzy czasie cyrylicę zmieniano, obecnie różnią się: alfabet bułgarski i rosyjski, inaczej czyta się też niektóre litery; inna jest także gramatyka, w języku bułgarskim nie ma bezokolicznika, tak jak w niemieckim stosuje się rodzajnik).

Podobnie jest ze słowem „bojar”. Wywodzi się ono od słowa „boljarin” z języka starobułgarskiego (tym mianem określano szlachtę). Zapożyczone z Bułgarii przez Rosjan, w jakimś momencie zmieniło brzmienie na „bojar”. W Bułgarii boljarin pozostał boljarinem, ale w polskich publikacjach (wydawałoby się poważnych) spotkałam się nie raz z określaniem bułgarskich szlachciców rosyjskim mianem „bojar”. Nie bardzo rozumiem dlaczego, jakby nie było można użyć polskiego słowa „szlachcic” (lub oryginalnego bułgarskiego).

Ostatnio „zderzyłam się” też ze słowem „car” (czyli cesarz), pochodzącym ze starobułgarskiego. Po raz pierwszy w Europie używał tego tytułu bułgarski książę Simeon Wielki (rządził w latach 893-927, był pierwszym carem Bułgarii). Później „carami” byli też monarchowie w Serbii. Pierwszy car-cesarz w Rosji przyjął tytuł w 1543 roku, a wiec trochę czasu minęło.

Cesarzy żyjących we współczesnym świecie na palcach można zliczyć. Jednym z nich jest bułgarski Simeon II von Sachsen-Coburg z dynastii Koburgów, który pozostaje cesarzem Bułgarów, bo nie zrzekł się tytułu i kilka słów jest o nim w mojej ostatniej książce.

W bałkańskim kociołku

Stara ropucha, co zamęt zasiała

Baśnie dzieją się często w fikcyjnej rzeczywistości. I chociaż przenoszą czytelnika do świata fantazji, są mocno związane z realnym życiem. Wynika z nich zawsze jakaś prawda, czasem zapomniana, czasem bliska. Nie szkodzi jej, że jest dobrze znana. – Właśnie tak jest – myśli wiele osób i uśmiecha się do morału, może dlatego, że potwierdza ich poglądy, a może dlatego, że miło czuć się nieodosobnionym w jakichś rozważaniach.

Zatrzymałam się chwilkę przy Ezopie, bo uważam, że fascynująca jest historia jego twórczości. Przez ponad 2000 lat na wątkach z jego bajek tworzyli kolejni pisarze i poeci, tacy jak grecki Babrios, żyjący w starożytności, czy francuski La Fontaine z bliższych czasów. Pomysły, które urodziły się w głowie niewolnika Ezopa okazały się nieśmiertelne. Czy to nie jest niezwykłe?

Napisałam kiedyś trochę historyjek na motywach ezopowych bajek. Jedną już zamieściłam, dziś kolejna, może odświeżę je i jeszcze jakaś się tu pojawi.

***

W dużym stawie mieszkały żabie rodziny. Zebrały się pewnego dnia i uradziły, że wybiorą spośród siebie kilka najmądrzejszych, żeby dbały o porządek. Cztery szanowane ropuchy dostały najwięcej głosów. Natychmiast zaangażowały się w poprawę życia żabiej społeczności.  Starały się popełniać jak najmniej błędów, robiły swoje, nie czyniąc przy tym wiele hałasu wokół siebie. Wierzyły w żabią mądrość i nie chciały ograniczać żabiego życia restrykcyjnymi prawami. Pewnego dnia jedna stara ropucha rzadko wychodząca z domu, pojawiła się na jarmarku.

żaba zła– Ech, źle wybraliśmy – zaskrzeczała. – Kradzieże się nasiliły, zbrodni coraz więcej, prawo nie może być takie łagodne.

– Tak, tak – przytakiwali niektórzy. W wielu żabich głowach pojawił się niepokój. Poglądy starej ropuchy rozprzestrzeniały się, ale mało kto zastanawiał się nad nimi głębiej. – Co robić? – powtarzano coraz częściej.

Gorzej i gorzej działo się w żabiej społeczności, aż w końcu zapanował chaos.

– Obejmij rządy – prosiły żaby starą ropuchę, ale ta odmawiała. – Nasze państwo powinno być królestwem – twierdziła. – Niech największy z bogów podaruje nam władcę na jakiego zasługujemy.

Nie myśląc wcale, obaliły żaby swój rząd i wysłały delegację do Jowisza.  – Panie nasz, przyślij nam króla, który zapanuje nad bezprawiem – prosili wysłannicy.

– Wracajcie i czekajcie – polecił Jowisz, który jak to bóg, słyszał wszystko i wiedział, że w słowach starej ropuchy nie ma ani krzty prawdy, a sianie zamętu sprawia jej przyjemność.

żaba przerażonaPewnej nocy, wielki huk i plusk postawił na nogi całą społeczność. – Oto wasz król! – krzyknął bóg, zrzuciwszy do stawu wielki kamień. Musiało minąć trochę czasu, żeby żaby odważyły się zbliżyć do swego nowego władcy. – Ależ nie takiego  króla oczekiwaliśmy. Ten głaz jest niezdolny wymierzać sprawiedliwość! – skrzeczała stara ropucha. – Daj nam panie kogoś prawdziwego! – krzyczały żaby.

Usłyszał Jowisz te słowa i zamyślił się nad nimi. Szybko znalazł kandydata na króla żabiego państwa. – Traci swobodę, kto godzi się mieć pięść nad głową – rzekł i zesłał na ziemię bociana.

(Skarlet B.I. na motywach bajki Ezopa)

żaba zdziwiona

Magiczne góry, piękna nierządnica i bajkopisarz

Jestem zakochana w Rodopach. Można by pisać o nich w nieskończoność. Nie umiem powstrzymać się, żeby w moich książkach nie wspomnieć o tych górach rzeźbionych i malowanych przez Naturę w stanie wyjątkowego natchnienia artystycznego, leżących na terenie Bułgarii (przeważająca część) i Grecji (mniej niż 20%). W obu krajach oficjalnie nazywa się je żeńskim imieniem: Rodopi. Czasem lubię zagłębiać się w historię pochodzenia niektórych nazw. Myślę, że zawód etymologa jest bardzo ciekawy, podobny do zawodu detektywa. W przypadku Rodopów nikt nie ma pewności. Wiadomo tylko, że góry odziedziczyły imię kobiety. Chyba na zawsze pozostanie tajemnicą kim była. Według legendy bogowie zamienili w nie piękną księżniczkę. Nie są znane powiązania nazwy z postaciami żyjącymi dawno temu. Góry i kobiety noszące to samo imię łączy jedno – niezwykła uroda.

rzeźby natury
Rzeźby Natury w Rodopach

Wizerunek pani z tym dziś już nie używanym imieniem, wybito na antycznych monetach znalezionych w Filipopolis (dawna nazwa bułgarskiego Płowdiw). Inna Rodopa żyła w VI wieku przed naszą erą.  Była Traczynką, a Trakowie zamieszkiwali teren dzisiejszej Bułgarii i część Grecji sięgającą do Morza Egejskiego (tę, w której jest cząstka Rodopów).

Rodopa, podobnie jak Ezop, trafiła do niewoli; ich panem był Jadmos z Samos. Oboje stali się sławni. On z powodu swojej bajkopisarskiej twórczości, ona – z powodu legendarnej urody.  Nie był jej jednak pisany los niewolnicy. Wykupił ją i podarował jej wolność brat Safony, mieszkający nad Nilem. Rodopa  wzięła życie w swoje ręce. Pozostała w Egipcie i sprzedawała swe ciało bogaczom, dzięki czemu szybko dorobiła się wielkiego majątku. Może by nie zapamiętano jej imienia w Europie, gdyby nie pamiątka, którą piękna nierządnica zdecydowała po sobie pozostawić. Za dziesiątą część swoich skarbów kazała wykuć i złożyć w świątyni w Delfach olbrzymie rożna, każde mieszczące całego woła. Dlaczego wybrała Delfy? Może dlatego, że wśród czczonych tam bogów był Dionizos – bóg wina i radości, którego kult przywędrował do Grecji od Traków (z Bułgarii). Przyczyny wyboru świątyni to oczywiście moje domysły, tylko ciut, ciut prawdopodobne, wyłącznie z tego powodu, że Rodopa była Traczynką.

Zagalopowałam się trochę w swojej wędrówce, ale skoro już z magicznych gór doszłam tak daleko, jeszcze na chwilę zostanę w czasach Ezopa. Bajkopisarz pisał swoje opowiastki dla dorosłych. Każda kończyła się jakąś prawdą. Wydają się one oczywiste i na pewno nie przestały być aktualne. Opowiem jedną z jego bajek.

Kłóciły się ze sobą Słońce i Wiatr. – Ja jestem potężniejszy – krzyczał Wiatr. – Mogę więcej – powtarzało Słońce. – Przekonajmy się – zdecydowali zgodnie. – Niech zwycięży ten, kto zmusi wędrowca do zdjęcia okrycia. Popędliwy Wiatr zaczął pierwszy. Niewiele myśląc, znienacka pojawił się przed człowiekiem. Dmuchnął z całej siły. Nie przestając skoczył w bok, potem stanął z tyłu i znowu z przodu. Poły płaszcza unosił do góry, wdzierał się w rękawy, szarpał podszewkę. Wędrowiec przyspieszył kroku, coraz szczelniej otulając się. Postawił kołnierz, zapiął guziki i rękami, z przodu przytrzymywał okrycie. Wiatr ucichł, kiedy zrozumiał, że wyczerpał całą swą energię i nic więcej nie może zrobić. Słońce wychyliło się zza chmur. Delikatnie i niespiesznie ogrzewało człowieka swoimi promieniami, aż ten przysiadł na chwilę, żeby odpocząć i powoli odpiął się, aż w końcu zdjął płaszcz, zapewniając zwycięstwo Słońcu. / Delikatnością w zachowaniu zawsze więcej można zdziałać niż złością. (Skarlet B.I – na podstawie bajki Ezopa)

W bałkańskim kociołku

***

Bardzo mi przykro, że muszę przypominać, że wszystkie moje teksty chroni Prawo Autorskie. Nie wyrażam zgody na kopiowanie i udostępnianie nawet fragmentów, bez zapytania i uzyskania mojej zgody na publikację (przypominam także, że istnieje i obowiązuje Prawo Cytatu, określające zasady wykorzystywania urywków cudzych tekstów).

 

Kamienie milczą…

Kamienne budowle z czasów przed naszą erą wzbudzają we mnie wielki szacunek dla ich architektów i budowniczych. W trackich grobowcach podziwiałam gładkość czasem olbrzymich bloków, ich dopasowanie i oczywiście artyzm tych, którzy ozdabiali ich wnętrze przepięknymi freskami. Krążą legendy o tym, jak wznoszono je bez dostępnych dziś cudów techniki.

malowidło z grobowca syna Seutesa
Fresk w trackim grobowcu w Bułgarii, zbudowanym przed naszą erą

Piramidy egipskie są najpotężniejsze z tych wspaniałych budowli, wznoszonych dla wielkich i bogatych tego świata, opuszczających ziemski padół. Prawda o nich nie do końca jest znana. Ciągle pozostają zagadką. Ponad 4500 lat przetrwała piramida Cheopsa, wysoka na prawie 150 metrów, położona na kwadracie o 230-metrowym boku.

piramida w Gizie (fot. 1862 r.)
Piramida w Gizie (fot. 1862 r.)

Ponad 2400 lat temu stanął u jej stóp Herodot. Był podróżnikiem ciekawym świata, wsłuchującym się w głosy tubylców opowiadających przekazywane z ust do ust historie. I ja uwielbiam zbierać takie opowieści, chociaż wiem, że bywają ubarwiane przez setki lat, nie da się zmierzyć prawdy, jaka w nich tkwi, ale i tak fascynują, niezależnie od tego, czy jest jej mniej, czy więcej.

O Cheopsie mówiono Herodotowi, że doprowadził Egipt do skrajnej nędzy, a wszystkich ludzi zmusił do pracy dla siebie. O znienawidzonym władcy krążyły legendy. Skąpstwo jego miało być tak wielkie, że własnej córce kazał sprzedawać ciało. Mieszkała w domu publicznym, gromadziła srebrniki i… wielkie kamienie, po jednym od każdego, kto ją odwiedzał. Zbudowała z nich piramidę, „stojącą wśród trzech innych, a przed wielką piramidą„.

Piramida (sarkofag) Mayer, Luigi (ca 1755-1803) Aut wzoru
We wnętrzu piramidy – Luigi Mayer (1755-1803)

Herodot sucho opisał samą piramidę Cheopsa, jej wymiary  i sposób budowy. Zachwyciła go droga, która musiała powstać, żeby wznieść dzieło uznawane w starożytności za cud świata. Szacował, że 10 lat poświęcono na stworzenie szerokiego pasa „z wygładzonego kamienia, w którym są wyrżnięte figury„. Wleczono po nim kamienie potrzebne do budowy piramidy, jego zdaniem powstającej przez kolejne 20 lat.

piramida
Piramida Cheopsa

Lubię u Herodota rzetelność przekazu. „Wolę podać oba sposoby, jak o nich opowiadają” – dodał po opisaniu przenoszenia kamiennych bloków, które „machiny z  krótkich drewien” dźwigały wyżej. (Jedni twierdzili, że stały one na każdym stopniu, inni że machina była jedna i przestawiano ją na wyższy schodek.)

Stare księgi są moimi przyjaciółmi na co dzień, wiele razy trafiałam w nich na domysły związane nie tylko z budową piramid, ale i z ich przeznaczeniem. „Wielka Piramida jest szpichlerzem Prawdy, Nauki, Historii i Proroctw. Jeżeli Wielka Piramida była budowaną pod Boskim nadzorem, aby świadczyła ludziom, to należałoby się spodziewać jakiejś wzmianki w pisanem Słowie Bożem. Prawdopodobnie iż Pan Bóg zamierzył trzymać w tajemnicy zarysy Swego Planu. aż do czasu ostatecznego, o którym ona świadczy. Powinniśmy się spodziewać (co też i jest), że wszelka o niej wzmianka w Piśmie Świętem będzie pod zasłoną, a zrozumiałą dopiero wtedy, gdy nadejdzie czas właściwy.” – pisano w XIX wieku (wspomniane w tekście „pisane Słowo Boże” to chrześcijańska biblia).

Królewski astronom Szkocji, Piazzi Smyth (pełnił tę funkcję od 1844 r.) wierzył, że w piramidzie Cheopsa są ukryte zależności astrologiczne i matematyczne.

Długo jeszcze można by przytaczać przypuszczenia. Niestety, kamienie milczą… może kiedyś dowiemy się jakie kryją tajemnice.

Wielki Sfinks i piramida Cheopsa w Gizie (fot. 1906 r.)
Wielki Sfinks i piramida Cheopsa w Gizie (fot. 1906 r.)

P.S. W tekście zamieściłam stare, czarno-białe fotografie, które często poruszają wyobraźnię, przywracają zagadkowemu miejscu klimat, może trochę zbliżony do tego z dalszej przeszłości.

Trzynastego nawet w grudniu jest wiosna

Piątek trzynastego może być miłym dniem. Na księgarskich półkach trwają przygotowania.  Książki zamierzają chórem witać każdego wchodzącego księgarza. – Wszystkiego naj… naj… naj… – zaszeleszczą kartkami, bo to święto pracowników księgarni (do życzeń dołączam się i ja).

Wielu było znanych księgarzy, ale może tylko jeden uliczny księgarz pozostanie niezapomniany. To chyba dobry moment, żeby go przypomnieć.

Patrzcie! ja go wam wskażę: Przyparty do ściany / Stoi Żyd siwobrody, okryty w łachmany, / Oczy krwawe, zamglone, zgrzybiałość na twarzy, / Pod pachą kilka książek. To Nestor księgarzy! / Nie szydźcie z tej postaci! Lat sześćdziesiąt blisko, / Jak zajął przy tej ścianie swoje stanowisko, / I przechodniom zalecał bibułę i szmaty, / Za miedzianą monetę dał złoto oświaty. / Kiedy w słowie Platona, w Horacego nucie / Znajdowano Wielkości i Piękna poczucie, / On sprzedawał łacińską książeczkę, in quarto, / Zabrudzoną z początku, a z końca odartą. / Sprzedał za kilka groszy i w dodatku powie: / – Niech pan czyta szczęśliwie, niech służy na zdrowie.

Księgarza ulicznego uwiecznił w wierszu – gawędzie Ludwik Kondratowicz / Syrokomla (zacytowałam tylko króciutki fragmencik), a na swoim rysunku pokazał go Stanisław Witkiewicz.

Księgarz uliczny - rysunek Stanisława Witkiewicza

13 grudnia – Dzień Księgarza

***

Feralna data jeszcze przed nami (wielu ludzi za taką ją uważa). Dla mnie „13” zawsze była szczęśliwą liczbą. Każdego trzynastego powtarzam za Kasią Sobczyk: Trzynastego nawet w grudniu jest wiosna. Trzynastego każda droga jest prosta. Trzynastego nie liczy się strat. Trzynastego wszystko zdarzyć się może. Trzynastego świat w różowym kolorze… 

Życzę, żeby najbliższy piątek 13-go był dla wszystkich miłym dniem.

 

 

Zakochać się w żywiole

Ktoś zapytał mnie, gdzie radziłabym pojechać na urlop z dziećmi i w których miejscach bałkańska plaża łagodnie zanurza się w morzu. Niestety, szeroki pas złotego piasku powoli niknący w wodzie, czasem gwałtownie opada w dół i nie gwarantuje bezpieczeństwa. Morze ma swoje tajemnice, często oszukuje patrzących na jego powierzchnię, niezaprzyjaźnionych z nim, nierozumiejących jego zachowań.

W każdym miejscu, w którym wpływa do niego rzeka toczy się odwieczna walka.  Ona chce zachować swoją tożsamość, morze mówi: – Nie. Ich wody zderzają się ze sobą gwałtownie, wirują w szalonym tempie. Na polu bitwy pozostają wyrwy i głębokie jamy, niekiedy z wąskimi otworami. Dzieje się to wszystko blisko brzegu. Rzeka nie kapituluje, rozlewa się na boki, mając nadzieję na zwycięstwo. Wojna toczy się na długich, nawet kilkudziesięciometrowych odcinkach.

Morze ma naturę wojownika. Wewnętrzne boje zajmują mu niemało czasu. Nie obce mu też okrucieństwo. Martwa fala Morza Czarnego zabiera ofiary – ludzi, którzy dali się zwieść pozornemu spokojowi, a potem próbowali walczyć z niepokonanym żywiołem; niemających świadomości, że bywa on łaskawy dla tych, którzy mu się poddają. Nawet świętemu Mikołajowi, władcy wielkiej wody, nie udało się jej utemperować.

Nad morzem urodził się i wychowywał mój Mąż. Nauczył się je szanować. Próbował wyjaśnić mi, jak je zrozumieć. Przemawia ono szumem fal, ich kształtem opowiada o tym, co ukrywa we wnętrzu, czasem ostrzega zmieniającym się kolorem wody, bywa przyjazne, ale też potrafi być bardzo kapryśne i łatwo wpada w złość. Pomimo tak wielu wad, można się bezgranicznie zakochać w morzu, a nawet podziwiać jego siłę w chwilach gniewu.

Gapiliśmy się na nie wiosną, latem, jesienią, zimą, wszędzie tam, gdzie mogliśmy być sam na sam – tylko my i morze. Nie wiem dlaczego tak często pobudza ono do refleksji. Umysł podpowiada pytania, jakby oczekiwał odpowiedzi od tego olbrzyma, który nie pozwala zapominać o swej wielkości, który budzi respekt, nawet, gdy się uśmiecha.

PICT02971

Przy okazji zadawania falom pytań, wiersz Heinricha Heine’go.

Nad brzegiem morza, w skał zimnych cieniu,
Młodzian oblicze przysłania…
Z piersią wezbraną, z myślą w zwątpieniu
Zadaje falom pytania…

Pieniste fale! Wy dzieci morza
Ulżyjcie duszy mej męce!
Wyrwijcie myśl mą z zwątpień bezdroża,
Zbudźcie marzenia dziecięce...

Dajcie odpowiedź pytaniom moim,
Starym — jak wieczność bez końca…
W które swe myśli rozpaczne zbroim,
By wzlecieć do prawdy słońca.

Czymże jest człowiek? Czym jego życie?
Skąd przyszedł na świat? Gdzie dąży?
Kto ma mieszkanie w nieba błękicie?
Dla czego wszechświat tak krąży?

I szumią fale i wicher wieje
I zastęp chmur w dal ucieka…
Śmieją się gwiazdy — księżyc się śmieje…
A głupiec czeka i — czeka…

Chciałabym dodać jeszcze kilka słów, już nie na temat morza, a niemieckiego poety, którego zacytowałam. Heinrich Heine, pochodził z żydowskiej rodziny, urodził się pod koniec XVIII, zmarł w połowie XIX wieku.  Jego twórczość wzbudzała kontrowersje za życia i po śmierci (zakazywano nawet publikowania jego twórczości). Heine powiedział kiedyś: – Tam, gdzie pali się książki, na końcu także ludzi palić będą. Niestety, taka sytuacja zdarzyła się i to w ojczyźnie poety. Czy te słowa nie brzmią dziś jak spełniona  przepowiednia?

***

Wszystkie teksty publikowane na tej stronie są chronione prawem autorskim. Moje morskie rozważania znajdą się w książce „Bałkański kalendarzyk” – kontynuacji „W bałkańskim kociołku”.

 

Zgaduj-zgadula: co chodzi mi po głowie?

Rozśmieszyła mnie dziś informacja na Facebooku: pisarz dał wskazówki uczennicy piszącej pracę na temat jego książki; miała odpowiedzieć na pytanie: co autor miał na myśli?; nauczycielka oceniła tekst na 3, z uzasadnieniem „autor nie to miał na myśli”.  Okazało się, że to mem, nie istnieje pisarz, którego nazwisko wymieniono. Pomyślałam jednak, że bardzo jest prawdopodobne, że taka sytuacja mogła mieć miejsce. Nie wiem dlaczego pojawia się takie pytanie (chyba nadal zdarza się je zadawać w szkołach?). Moim zdaniem powinno ono padać podczas rozmowy z autorem,  bo tylko on wie, co chciał powiedzieć. Każdy odbiorca ma prawo inaczej odbierać wiersz, książkę, obraz czy rzeźbę.

Bywałam na wielu wystawach, ale chyba największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa Władysława Hasiora, znajdowały się tam głównie asamblaże, niektóre na zawsze pozostały mi w pamięci. Może nawet nie stałoby się tak, gdybym zadręczała się pytaniem: co artysta miał na myśli? Na pewno wtrąciłaby się też rozterka. Snułabym rozważania na temat: Co ja powinnam myśleć? Czy to samo, co twórca, którego próbuję rozgryźć? Może w natłoku krążących po głowie myśli o myślach, zginęłyby moje własne odczucia?

Może narzucanie interpretacji sztuki (także w niektórych recenzjach) psuje i trochę wypacza jej odbiór? Może jednak nie mam racji?

***

Autoreklama 🙂

Znacznie niższe ceny mojej książki (nawet o kilkanaście zł) są w księgarniach internetowych (niektóre oferują odbiór osobisty). Egzemplarz zamówiony on-line w promocji na stronie EMPiKu można odebrać w wybranym salonie (kupiony „z marszu” w tym samym salonie może być droższy). To dotyczy oczywiście wszystkich pozycji w księgarniach, nie tylko mojego „kociołka”. A ponieważ nastał czas na kupowanie prezentów, polecam tę formę.

święta śnieg

Święty Mikołaj bierze sobie urlop

Co robi na co dzień święty Mikołaj? Strzeże mórz i oceanów, temperuje żywiołowość podwodnych demonów, opiekuje się ludźmi morza i podróżnikami. Czym zajmuje się dziś? Pracuje niestrudzenie. Zbiera zamówienia na prezenty, próbuje ogarnąć natłok obowiązków, spadających na niego w grudniu.  Co będzie robił za dwa dni? Będzie oddawał się wyłącznie przyjemnościom. Przerwa na odpoczynek wskazana jest i w najgorętszych okresach, wie o tym święty Mikołaj i nie przegapi okazji. To tu, to tam zatrzyma się w czasie spaceru, rzuci okiem na bałkańskie stoły. Uśmiechnie się do siedzących przy nich ludzi, uroczyście obchodzących jego święto. Na Bałkanach nie wypada tego dnia nie zjeść potrawy z ryby; musi ona posiadać łuski, które trafią do portfeli i zapewnią finansową stabilność. Rybie ości zostaną zakopane, spalone lub wyrzucone do morza lub rzeki. W Nikułden najczęściej je się zupę (oczywiście rybną) i karpia wypełnionego farszem z orzechami. Ryby w sklepach są wszechobecne przed 6 grudnia, tak jak w Polsce przed Wigilią. „Gotowi na dzień świętego Mikołaja?” – pytają tytuły w mediach.

Najuroczyściej jest nad morzem. W mikołajowy dzień odbywają się uroczyste defilady, parady, msze, procesje, koncerty. Rano przygotowania, a wieczorem…. tak było w bułgarskim Burgas w 2018 roku.

Nikulden 2018

***

A tak było 6 grudnia 2018 roku w Varnie

***

zaciekawia bawi„W bałkańskim kociołku” – Fragmenty książki, recenzje, opinie, informacje o dostępności.

Sport to choroba. Prawda czy fałsz?

Dziś przypadkiem wpadła mi w oczy okładka książki „Sztuka umierania” Andrzeja Sitarka. Siedzący kulturysta trzyma tabliczkę z napisem: Nie narzekaj, bo jutro będzie gorzej. Jeszcze nie wiesz jak może boleć ciało i dusza. W treści prawda o kulturystyce (tak wynika z opisu). Natychmiast zadźwięczało mi w uszach: Sport to zdrowie. Nierzadko ludzie powtarzają to powiedzenie. Czy naprawdę sport to zdrowie? Ruch, ćwiczenia fizyczne na pewno są potrzebne organizmowi, i na pewno pomagają utrzymać dobrą kondycję. Natomiast uprawianie sportu, niekoniecznie dobrze się kończy i nie mam na myśli kontuzji, a regularne treningi.

Według Słownika Języka Polskiego PWN sport to: ćwiczenia i gry mające na celu rozwijanie sprawności fizycznej i dążenie we współzawodnictwie do uzyskania jak najlepszych wyników. Współzawodnictwo to oczywiście nic złego, ale… W jakimś momencie sportowcy zapragnęli pokonywać możliwości ludzkiego organizmu. Bicie rekordów stało się celem uświęcającym środki i konsekwencje.

Sportowcem był mój Mąż. Znał smak stania na podium. Pierwsza liga, masaże, zdrowe diety, częste podróże, dobre hotele – brzmi sympatycznie, prawda? To tylko zewnętrzna warstwa. Pod nią kryją się często wyczerpujące treningi, czasami zastrzyki przeciwbólowe, tuż przed występem w zawodach i wiele wyrzeczeń, bo sportowiec miewa mniej czasu na osobiste życie, niż jego rówieśnicy. Pewnego dnia Mąż został kontuzjowany. Szpital, operacje, sanatoria. Leczenie trwało rok, na wyspecjalizowanych oddziałach, w towarzystwie innych sportowców. Piłkarze, koszykarze, siatkarze, zapaśnicy… zawodnicy z różnych dyscyplin, większość z chorobami powiązanymi z konkretną dyscypliną (z chorobami niespowodowanymi kontuzją).

buty

„Serce sportowca” – takim mianem lekarze nazywają chore serce z określonymi zmianami (nie kojarzy się ze zdrowiem, prawda?). Skutkiem treningów jest m.in. patologiczne kościotworzenie (entezopatia) i astma wysiłkowa. Nie będę wymieniać wszystkich chorób, bo jest ich dużo i na pewno wielu nie znam.

Kilkunastolatkom trenującym piłkę nożną zdarza się nabyć chorobę piszczeli i mieć degeneracyjne zmiany w więzadle rzepki; warunkiem wyleczenia jest rezygnacja z uprawiania sportu. Rodzice nie zawsze mają świadomość, że o tym, czy dziecko może uprawiać sport powinien zadecydować lekarz po przeprowadzeniu szczegółowych badań.

Mam wrażenie, że wielu ludzi wierzy w to, że sport = zdrowie. Wiedzą oczywiście, że zdarzają się fatalne w skutkach kontuzje, ale znaczna część nie wie o chorobach będących skutkiem regularnych treningów, dotykających każdego sportowca. Nie wiem od kiedy istnieje to słynne powiedzenie, ale z dzisiejszą rzeczywistością nie ma nic wspólnego. Ja patrzę na sport z innej perspektywy. Nigdy nie udało mi się zrozumieć. Dręczenie ciała, żeby zadowolić duszę – jaki to ma sens? Trochę spontanicznie napisałam te kilka słów. Może to nie jest ciekawy temat, nawet zastanawiałam się, czy to publikować… skoro jednak wyklikałam mój pogląd na sport, niech się pojawi na stronie.

 

Co poleca miś?

Miękki, puchaty, ciepły. Miło się do niego przytulić… To oczywiście pluszowy miś – bohater dnia. Dziś jego święto. Kochają go przede wszystkim dzieci. W nas, dorosłych, budzi miłe wspomnienia. W Dzień Pluszowego Misia trudno się do nich nie uśmiechać.

miś

Nie przypadkiem znalazł się tu czytający miś. Tak się pluszak zaczytał, że muszę mówić za niego. 😉  I on, i ja, chcemy polecić książki, które przenoszą do ciekawych zakątków świata. Wydawnictwo Bernardinum, które wydało mojego „kociołka”, zawsze ubiera je w piękną, kolorową szatę. W tym samym czasie premierę miała moja książka i „Safari. Zapiski przewodnika karawan” (Paweł Kardasz), a troszkę później „Duchy we śnie. Duchy na jawie” (Grzegorz Kapla). W katalogu Wydawnictwa są także książki Elżbiety Dzikowskiej i Tony’ego Halika. Na pewno niektórzy pamiętają tego wspaniałego podróżnika i gawędziarza z programów TV „Pieprz i wanilia”. O życiu Pana Halika i jego książce „Jeep. Moja wielka przygoda” kilka słów znajduje się TU – na stronie „Monika Olga czyta” (w archiwach P. Moniki znajduje się też recenzja „Safari” i mojej książki). Książki o podróżach, to także książki o życiu, często o innej codzienności. Myślę, że dla sympatyków tego gatunku literackiego to ciekawe propozycje. A może ktoś czytał któryś z wymienionych tytułów?

bernardinum książki