Archiwa tagu: podróże

O świętych wężach i jeziorze w jaskini

wążDrodzy Goście! Mam tu z boczku listę wpisów najczęściej czytanych w ostatnich kilku dniach. Jakimś „cudem” moje spotkanie z jadowitym gadem od wielu miesięcy jest w tym spisie prawie non-stop. Nie sądzę, że stali bywalcy tej strony nie znają tej historii (jest tam także krótki film), myślę, że zaglądają do niej nowi Goście. Jest ona cytatem z niewydanej książki, kontynuacji „W bałkańskim kociołku”, a więc tymczasem zapraszam do „kociołka”. Już dodałam tę informację w wymienionym wpisie („Święte węże czyli…)), plus link do fragmentów „kociołka”.

Myślę, że urywki tekstu mogą zadecydować, czy sięgnąć (lub nie) po książkę (zależy mi, żeby trafiała ona do osób lubiących gatunek literacki, do którego ją przypisano, dlatego nie wszystkich namawiam do jej przeczytania, każdy ma inny gust czytelniczy, ja sama nie każdą tematyką jestem zainteresowana). Osoby chcące znać opinie o „kociołku”, znajdą je u mnie, pod cytatami i na stronie Wydawnictwa (są dodawane w aktualnościach); jest tam m.in. recenzja audio prezentowana w programach radiowych (TU można ją odsłuchać ze strony Wydawnictwa).

Na zakończenie fragmencik mojej książki (nie był dotychczas publikowany) i kilka słów z jednej z ostatnich recenzji.

Äĺâĺňŕřęŕ ďĺůĺđŕ

Entuzjastycznie zareagowałam na pomysł zwiedzenia jaskini z podziemnym jeziorem. (…) Kozią ścieżką (tak się tu mówi o bardzo stromych górskich dróżkach) i bujającym się mostem linowym doszliśmy do wejścia. Tu czekał na nas „jaskiniowy” strój. (…) Kiedy panowie przewodnicy byli w połowie standardowego instruktażu przed wejściem, przyznam, że obudziły się we mnie poważne wątpliwości. – Ja tu poczekam – miałam na końcu języka. (…) W jaskiniach zachwycam się tym, co widzę, ale kiedy jestem w podziemnym świecie, zawsze w jakimś momencie wstrząsa mną dreszcz niepokoju. „Pobrodzę, popływam, posiedzę, poleżę…” – pocieszałam się w myślach, bo już wiedziałam, że są miejsca, gdzie skalny sufit jest w niewielkiej odległości od tafli wody. Mała łódka (ponton) przepłynie tędy, ale jej pasażerowie muszą pozostać w pozycji leżącej, przyklejeni do dna. Liny nad głowami pomagają posuwać się do przodu…

by zyc wolniej2Jestem bardzo wdzięczna wszystkim, którzy wspominają o „kociołku”, włączają się w promocję. Książkę poleca m.in. portal literacki Sztukater.pl: Jak dobrze trafić przypadkowo na genialną powieść reportażowo – podróżniczą, taką, która opowiada o świecie prosto i klarownie, a jednocześnie ciekawie i pasjonująco. (…) Co tak naprawdę urzekło mnie w tej pozycji? Przede wszystkim chyba wątki autobiograficzne, które z pełną szczerością oddały początkową niemożność poradzenia sobie autorki w nowej, bułgarskiej rzeczywistości. Miłość jednak, w tym konkretnym przypadku, uratowała wszystko i stała się iskierką, która…    (tu znajduje się cały tekst)

Reklamy

Pomiędzy Europą i Orientem

Czytałam kiedyś wywiad w bułgarskiej gazecie z Bułgarką mieszkającą w Polsce. Odpowiadając na jedno z pytań powiedziała, że dla Bułgara jedno-narodowość polskiego społeczeństwa  jest egzotyką. I nie dziwię się temu stwierdzeniu, bo ja, pytana o Bałkany na początku wymieniam różnorodność etniczną i kulturową. Dziś chciałabym zabrać Was (na chwilkę) do przeszłości.

autor zdj. Karastoyanov XIX-XXw Bul.Księżna Maria Luiza, meczet Banya Bashi
Sofia. Bulwar Księżnej Marii Luizy – meczet Banya Bashi. Autor zdjęcia żył na przełomie XIX – XX wieku; wykonał je przed 1906 rokiem.

Na zawsze pozostaną na Bałkanach nutki Orientu, który królował tu przez 500 lat i był dobrze zauważalny jeszcze na przełomie XIX i XX wieku. Polski podróżnik opisał w 1882 roku swoje wrażenia z pobytu w Księstwie Bułgarii, powstałym zaledwie cztery lata wcześniej.

Z którejkolwiek zresztą strony wjeżdża się do Bulgaryi, łatwo zauważyć, że Dunaj tworzy naturalną granicę pomiędzy Zachodem i Wschodem. Jakby pod dotknięciem czarodziejskiej różczki znika zachodnia kultura, a zjawiają się inni ludzie, miasta, wsie i domy. Wszędzie tu widać, że jeszcze do niedawna panami na tych szerokich i urodzajnych ziemiach byli azyatyccy despoci, którzy potrafili przez tyle setek lat nie dopuścić zachodniej kultury do swych posiadłości.

Sofia stycz.1878r
Sofia – styczeń 1878 rok.

Bułgarzy szybko zmieniali opisany krajobraz i nasz podróżnik zauważył to w Sofii.

Teraźniejsza Sofia składa się z dwu części: tureckiej i europejskiej. W tureckiej stoją do dzisiejszego dnia stare, własnej konstrukcyi domy, wystawione z drzewa i niedopalonej cegły. Ulice w tej dzielnicy są ciasne, na niektórych może się zaledwie zmieścić jeden wóz. Za lat kilka ta stara część miasta, gdzie dzisiaj koncentruje się cały handel, zmieni się do niepoznania. W europejskiej części są piękne wille z ogrodami, a ulice dosyć równe i szerokie. Tam mieszczą się wszystkie ministerya, wyższe urzędy cywilne i wojskowe, część tę zamieszkuje też inteligencya i kupcy. Oprócz tego jest dużo pięknych willi, należących do osób prywatnych.

Sofia 1886rok
Sofia 1886 rok.

Niewątpliwie współczesnemu turyście, który nie „zanurzy się” w klimacie Bałkanów trudniej dostrzec różnorodność. W 1878 roku zlepek narodowości było łatwiej zauważyć między innymi dzięki strojom. Jeszcze raz oddaję głos polskiemu podróżnikowi.

Wszędzie po sklepach, w kawiarniach i.t.p. można słyszeć rozmawiających rozmaitemi językami; język bułgarski, rozumie się, przeważa, lecz bardzo często słyszymy słowa tureckie, greckie, niemieckie, francuskie, włoskie, rumuńskie, ruskie i inne. Nieopodal za miastem mieszkają w oddzielnej gminie muzułmańscy Cyganie: są oni nieodstępnym elementem każdego większego miasta na bałkańskim półwyspie. Handel spoczywa po największej części w rękach hiszpańskich żydów, (tak zwanych Spatuoli), Bułgarów, austryackich żydów, rumuńskich żydów Cyncarów (pochodzą z Macedonii— język ich jest mieszanina rumuńskiego i innych języków — jest to naród chytry; oni trzymają w całej Bulgaryi „chany” (karczmy)), Persów, Ormian i innych narodowości. Najwięcej znajduje się tu handlów kolonialnych, galanteryjnych i kawiarni, w których to ostatnich można dostać li-tylko czarnej tureckiej kawy.

Sofia 1906 rok
W Sofii w 1906 roku.

Hiszpańscy Żydzi, o których mowa powyżej, byli uciekinierami z Hiszpanii i Portugalii, osiedlającymi się w Bułgarii w XVI wieku, ale to nie o nich chcę opowiedzieć. Autor tekstu wymienia Cyncarów i określa ich mianem „żydów”, ale odnosi się to zapewne do ich zmysłu handlowego i gromadzenia oszczędności. Do dziś mówiąc o Cyncarach używa się w Bułgarii synonimów słowa „skąpiec”, choć Georgi Barbolov, autor książek przybliżających historię tej nacji, zapewnia, że nie są oni chytrusami. Rzeczywiście byli właścicielami wielu chanów, zajmowali się handlem, organizowali kupieckie karawany i zajmowali się też lichwiarstwem. O ich pochodzeniu jest wiele czasem sprzecznych hipotez; według jednej są potomkami Rzymian i plemion Traków zamieszkujących teren obecnej Macedonii (z przekazów wynika, że Aleksandra Macedońskiego uważali za swego władcę); według innej hipotezy są potomkami Rzymian. Wielu Cyncarów mieszkało w dużym kiedyś mieście Moskopole; od 1744 roku mieściła się tu Nowa Akademia – mówi się, że była to jedyna, wyższa chrześcijańska uczelnia w Imperium Osmańskim (Cyncarowie są wyznawcami prawosławia). W drugiej połowie XVIII wieku, jeden z tutejszych dygnitarzy nie zgodził się wydać córki za Ali Janinskiego (tureckiego paszę), który zemścił się niszcząc miasto (dziś wieś na terenie Albanii). Pierwsze kolonie Cyncarów w Sofii i w Plovdiv pojawiły się w środku XIX wieku. Polski podróżnik skojarzył ich język z rumuńskim, być może dlatego, że ma on wiele wspólnego z włoskim, a dużo słów brzmi jak włoskie. Borbolov twierdzi, że język Cyncarów jest dialektem języka rzymskiego wywodzącego się z łaciny.

Sofia Joseph Oberbauer (1853–1926)
Sofia. Autorem obrazu jest Joseph Oberbauer (1853–1926)

W tekście, który tu publikuję zdradzam troszkę  treści „Bałkańskiego kalendarzyka”, który jest w pewnym sensie kontynuacją „Bałkańskiego kociołka„. Obok moich wspomnień są miejsca i ludzie – zlepek narodowości mieszkający na kolorowym Półwyspie, i zawsze troszkę historii, od której nie umiem się oderwać. Jakieś fragmenty „Bałkańskiego kalendarzyka” już publikowałam – znajdują się one TU. W książce nie jest możliwe zamieszczenie dużej ilości nagromadzonych przeze mnie zdjęć i obrazów z dawnych czasów. Mam nadzieję, że rzut okiem na fotografie, które dziś „wkleiłam” przybliży trochę minioną epokę. (Na ostatnim zdjęciu (już nie archiwalnym, a zrobionym przeze mnie) jest Bujuk dżamija (meczet) z 1451 roku (początek budowy), w którym obecnie mieści się Muzeum Archeologiczne.)

Sofia (meczet) 1906 rok 2
Sofia w 1906 roku.
Turecka armia maszerująca w kierunku Sofii maj 1788
Turecka armia maszerująca w kierunku Sofii – maj 1788
Sofia Konak 1879 rok
1879 rok. Sofia – konak (tak nazywa się w Bułgarii budynki, w których urzędowała administracja w czasach Imperium Osmańskiego).
meczet w Sofii
Według tureckiego podróżnika Evlii Chelebi’ego, żyjącego w XVII wieku, najpiękniejszym meczetem Sofii jest meczet Banya Bashi (Bania Baszi). Zaprojektował go i zbudował w 1566-67 roku Sinan – architekt sułtana Sulejmana. Meczet (dżamija w jęz. bułgarskim) istnieje i działa do dziś.
PICT0037 (Bujuk dżamija)
Sofia – Bujuk dżamija

Dwie strony barykady

239Ac Plovdiv,1892r. International_Fair
1892 rok. Plovdiv

W niedzielę Bułgaria miała swoje Święto Niepodległości odzyskanej na dobre w 1908 roku, po ponad 500 latach niewoli. 22 września powiedziano głośne „nie” Imperium Osmańskiemu. A przy okazji tego święta zadźwięczały mi w uszach słowa Einsteina: Wszyscy z nas, którym leży na sercu pokój oraz zwycięstwo rozumu i sprawiedliwości, muszą sobie dobitnie zdawać sprawę z tego, jak znikomy wpływ mają rozum i szczera dobra wola na to, co dzieje się w sferze politycznej. Smutne, prawda?

1892 rok. Plovdiv

Podczas kilku lat konania Imperium Osmańskiego politycy państw europejskich wielokrotnie, palcem na mapie wyznaczali bałkańskie granice. Ludzi, jak kukiełki, przestawiano z miejsca na miejsce. Najmniej mieli do powiedzenia zainteresowani, zamieszkujący Półwysep Bałkański. Sułtana wspierali swoimi decyzjami Brytyjczycy. To oni przyczynili się do tego, że po zaledwie kilku miesiącach od ustalenia granic Bułgarii międzynarodowym traktatem (podpisanym w 1878 r. po zwycięstwie Rosji nad Turkami), ponownie państwo zostało podzielone (odcięto Wschodnią Rumelię, Trację) i oddane „pod troskliwą opiekę” osmańskiemu władcy. Najwyraźniej turecka granica na Dunaju była na rękę politykom. Akceptowali sułtana, obawiali się wpływów cara, nie brali pod uwagę dążeń Bułgarów, Serbów, Macedończyków, Greków.

Wąwóz XIX wiek

XIX wiek. Na pograniczu podzielonej Bułgarii (między Rumelią i Księstwem Bułgarii)

W Bułgarii wielką „sławę” zapewnił sobie brytyjski konsul Stanisław Graham Bower Saint Clair. Tak się zaangażował w tłumienie chęci odzyskania wolności, że wstąpił do armii sułtana.  W 1878 roku, wtedy kiedy powstawało Księstwo Bułgarii, wzywał do walki Turków mieszkających w Rodopach i zorganizował powstanie, od jego nazwiska nazywane w Bułgarii „Senklerowo wastanie”.  Wycofującym się, przegranym sułtańskim żołnierzom kazał doszczętnie spalić Sofię, na szczęście, jego rozkaz nie został wykonany.  Stanisław Saint Clair (syn Polki) miał w rodzinie wuja walczącego u boku Napoleona, który przecież dla wielu Polaków był nadzieją na odzyskanie wolności. Podobno Stanisław rozumiał potrzebę niepodległości państwa polskiego. Dlaczego tak uparcie nie dawał szansy  innym narodom?

W walkach toczących się na terenie Bułgarii w latach 1877-78 politycy postawili po jednej stronie barykady armię sułtana, a w niej Stanisława i innych Polaków, znajdujących się także w jego najbliższym otoczeniu,   a po drugiej stronie żołnierzy cara, Bułgarów marzących o wolności i TYSIĄCE*** Polaków, z których setki ginęły z ręki… no właśnie, z czyjej ręki? Niewykluczone, że i z ręki rodaka. (***Dane odnośnie liczby Polaków uczestniczących w walkach nie są jednoznaczne; niektórzy twierdzą, że było ich 35000, inni, że około 50000; zginęło najprawdopodobniej ok. 8000-10000 Polaków; w czasie tej wojny oddziały pod dowództwem polskiego generała Rodziszewskiego razem z bułgarską czetą (oddziałem) kapitana Petko Wojwody (przez całe życie walczącego z tureckim najeźdźcą) stanęły naprzeciw Stanisława Saint Clair i jego ludzi).

Polityczne decyzje i wojny najbardziej krzywdzą ludzi niestojących na świecznikach, stanowiących większość. Garstka decyduje o ich losach. Garstka potrafi skrzywdzić, garstka potrafi podzielić.

1912-1913r-First_Balkan_War8 - Kopia
1912 rok. Podczas wojny bałkańskiej

P.S. Po zwycięskiej wojnie (po pokonaniu Imperium Osmańskiego), car Rosji miał nadzieję, że Bałkany staną się jego strefą wpływów. Nie udało mu się osiągnąć celu. Dość szybko i skutecznie Bułgarii udało się pozbyć chętnych „do pomocy” w rządzeniu, w nowo powstałym państwie.

Na zdjęciu nad tytułem: Burgas 1893 r.

1912-1913r-First_Balkan_War11
1912 rok. Podczas wojny bałkańskiej
1912-1913r-First_Balkan_War13
1912 rok. Podczas wojny bałkańskiej
241 Sofia przed 1930r
Sofia – przed 1930 r.

okł.png-szPRa O niektórych faktach historycznych napisałam w ostatniej książce „W bałkańskim kociołku”. Tu znajdują się cytaty z książki.

Źródełko Radości

Istnieje źródełko, z którego ja czerpię garściami. Nazywam je Źródełkiem Radości. Płynie w moim kierunku od Czytelników. Niesie miłe słowa i obrazy. Ostatnio są one związane z podróżą jednego egzemplarza mojego „kociołka”.  Od czerwca wędruje od domu do domu i z przyjemnością pozuje do zdjęć (cztery są poniżej), a ja patrząc na nie czuję się trochę tak, jakbym mu towarzyszyła.  Z całych sił trzymam kciuki, żeby nie zawiódł oczekiwań (nie tylko Uczestników Book Tour). Opisana podróż jest relacjonowana w mediach społecznościowych przez kolejne osoby, pomyślałam jednak, że i tu napiszę o niej kilka słów. Zauważyłam, że wielu ludzi korzysta z tej innej, ale ciekawej formy czytelnictwa.

Na koniec wieści z mojego podwórka „dwa” słowa do wszystkich Czytelników i Gości tej strony: Bardzo się cieszę, że jesteście 🙂  Miłego dnia!

kronika foto2a

„W bałkańskim kociołku” – fragmenty, recenzje, opinie

Radość delfina

Film, który zamieściłam poniżej zobaczyłam dziś w bułgarskich mediach. W pobliżu wyspy Procida, w Zatoce Neapolitańskiej mały delfin zaplątał się w sieci. Rybakom udało się go uwolnić. Wdzięczna mama skakała z radości i ten moment został zapisany.  Czy nie piękne podziękowanie?

(Ponieważ niektóre, zamieszczone  filmy znikają, na wszelki wypadek Tu link do tego samego video na You Tube.)

Delfinom (tym żyjącym w Morzu Czarnym) i moim spotkaniom z nimi poświęciłam trochę miejsca „W bałkańskim kociołku”. Fragmenty książki znajdują się TU. A skoro o „kociołku” mowa, zauważyłam, że moja najnowsza książka trafiła do bardzo wielu bibliotek i ciągle ich przybywa. Warszawa, Kraków, Swarzędz, Raszyn, Michałowice, Dęblin, Ryki to tylko niektóre. Polecam, jeśli ktoś ma chęć zajrzeć do bałkańskiego kociołka.

delf.butlon

Wakacyjna przygoda małego urwisa

Lato trwa, pomyślałam więc, że to dobry moment na wakacyjne wspomnienie, tym razem nie moje. Wiąże się ono z sytuacją, w której najmniejsza zwłoka nie wchodziła w rachubę. Super pilną wiadomość należało przekazać natychmiast… (Tę historię opisałam w „Bałkańskim kalendarzyku” (tytuł roboczy), będącym w pewnym sensie kontynuacją „kociołka” i jest ona związana także z moim wspomnieniem.)

figa
Figa

W bałkański pejzaż wpisuje się dom Dziadków mojego męża, oddalony od Morza Egejskiego o zaledwie godzinę jazdy samochodem. Otaczają go kąpiące się w słońcu winnice, położone na górskich stokach. Prowadzi do niego stroma uliczka, z innymi domami wychylającymi się zza kamiennych płotów.

Historię rodzinnej posiadłości znałam z opowiadań. Kiedy byłam tu po raz pierwszy zatrzymałam się na chwilkę w miejscu, w którym przed laty stał kilkuletni chłopiec. Podekscytowany i lekko zdyszany biegiem, zadarł głowę do góry.

– Babciu! Dziadku! – krzyknął zniecierpliwiony.

mel1Nie rozumiał dlaczego nikt nie wyjrzał przez okno. Nikt nie zwrócił na niego uwagi, a przecież sprawa wymagała pośpiechu! Nie było chwili do stracenia! Niewiele myśląc mały urwis schylił się po leżący pod jego stopami kamień. Podniósł do góry rękę i żeby mieć pewność, że trafi w okno olbrzymiego domu, zamachnął się z całych sił, krzycząc jednocześnie: – Ryby! Przywieźli ryby do sklepu!

Dźwięk pękającego szkła podkreślił ważność wiadomości…

Dzieckiem, któremu kamień zrobił psikusa (miał tylko odbić się od szyby) był mój mąż. Z przyjemnością spędzał tu wakacje, ale brakowało mu owoców morza, które u siebie miał na co dzień.

„Stara baba z dziadowskiego kraju” (to podobno ja)

Moi drodzy Czytelnicy, jak myślicie, dla kogo jest moja najnowsza książka? Czy sądzicie, że kupi ją ktoś, kto świetnie „zna” Bułgarię i uważa, że to: (cytuję) „dziadowski, schamiały, zacofany” kraj? Ja nie wątpię, że autor tych słów nie zdecyduje się na przeczytanie mojego „kociołka”, bo i po co, skoro wie lepiej. Ale to nie powód, żeby nie wypowiedzieć się na temat książki i mnie – autorki (nie miałam pojęcia, jak wiele można się dowiedzieć na swój temat od obcej, nieznanej osoby, której nie widziało się na własne oczy). Zdecydowałam się zacytować to i owo. Poniższe słowa skopiowałam ze strony księgarni Merlin, podkreślam: pisownia została zachowana.

Słabizna. Tytuł powiniwn brzmieć w Bałkańskim kufelku niech autorka siedzi sobie w tej dziadowskiej schamiałej zacofanej Bułgariii nie pisze głupich książek dla polakuw traktując ich jak idiotów którzy wydadzą 27zł na opowieści dziwnej treści.

DNO. Wypociny starej baby która pojechała na Bałkany i opisuje swoje obserwacja i wciska głupoty które nie mają miejsca .”

A żeby utwierdzić ludzi w przekonaniu, że jak jest gdzieś dobre słowo o „kociołku” to na pewno ja je powiedziałam, dodano: „Taka prawda. Nietoperz to autorka książki.” – tu muszę wyjaśnić, że Nietoperz to Pani, która na tej samej stronie księgarni oceniła moją książkę pozytywnie (5/5), prowadzi stronę internetową poświęconą literaturze, nie przypisuje sobie autorstwa „kociołka” i która już zgłosiła, gdzie trzeba zacytowane słowa. A ponieważ „nie ma tego złego…”. Dzięki tej sytuacji miałam okazję usłyszeć głos sympatycznej Pani z „Nietoperzowego Świata” i odbyć z nią miłą rozmowę. Mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się osobiście.

merlin 31.07

Pewnie bym o tym wszystkim nie pisała, gdyby nie fakt, że ta negatywna kampania trwa już co najmniej od trzech tygodni. Niektórzy z czytających wiedzą, że zaczęło się to w dniu, w którym Polka – właścicielka mieszkania w Bułgarii (w Pomorie), oferująca usługę w krótkich ogłoszeniach na polskim portalu OLX, trafiła na negatywną opinię turysty wyrażoną o niej na mojej stronie.  W odpowiedzi poinformowałam Pana, gdzie może złożyć skargę i jakie są jego prawa (nie wiem, czy turysta tam się zgłosił, ale nawet jeśli to zrobił, czy Waszym zdaniem to niewłaściwe?). Tylko tyle i aż tyle spowodowało, że posypały się groźby i cała seria wulgaryzmów, które do dziś nie przestały nadchodzić. Wynajmująca nie skorzystała z mojej propozycji napisania własnej wersji / wyjaśnienia. Nie uznaje ludzkich praw do wyrażania opinii. Ja uznaję wolność wypowiedzi i komentarza turysty nie usunęłam (także dlatego, że wyrażał się parlamentarnym językiem), a więc osoba mająca niewątpliwie problem z zachowaniem równowagi emocjonalnej, „działa” niezmordowanie, kampania trwa. Zalewa mnie komentarzami, używając różnych ników. Kilka z nich nawet opublikowałam (ukazują się na moich stronach po zatwierdzeniu), ale autorka je usunęła.

Zdecydowała się wypowiadać na temat mojej książki nie tylko w księgarniach. Pod zapowiedzią na stronie „Recenzje Agi” napisała: „Nie warto czytać tej książki ta pani jest bardzo niedobrym i podłym człowiekiem ,ta pani nienawidzi polaków i oczernia ich na swoich blogach.donosi do urzędów na niewinnych ludzi.” (podkreślam, że cytat jest kopią z zachowaną oryginalną pisownią; komentarz usunęła autorka strony, ale jak wiadomo w internecie nic nie ginie, nawet gdy przestaje być widoczne dla większości).

Zastanawiam się, czy opluwającej mnie osobie sprawia przyjemność babranie się w błocie? A może po prostu się nudzi, bo nikt z jej usług nie chce już korzystać? Nie siedziałam w szafie w pokoju żalącego się turysty, więc nie wiem jak było, ale mam już przekonanie, że jakakolwiek kulturalna rozmowa z wynajmującą nie jest możliwa. Reprezentuje żenujący poziom, także intelektualny.

Czy jest lekarstwo na prostactwo, na brak kultury, na arogancję? Czy jest przyzwolenie na takie postępowanie? Czy ci, z których wylewa się jad, nie obawiają się, że w końcu się nim zakrztuszą?

Życzę wszystkim miłego dnia – stara baba z dziadowskiego kraju.

Z sąsiadem za pan brat? Da się?

Zdecydowałam się dziś odnieść do zdania jakie padło w najnowszej opinii o mojej książce, ale zanim to zrobię muszę podziękować za ciepłe słowa „przyfruwające” od Czytelników i za zaangażowanie w promocję mojego papierowego dziecka. Uśmiech wraca jak widzę, że kolejne osoby polecają „kociołka”.

kosharite3Autorka strony „Recenzje Agi” napisała, że „to książka, która inspiruje do tego, by żyć wolniej i degustować chwile” (to zdanie znalazło się na okładce). W mediach społecznościowych Aga – Agnieszka Krizel – kilka dni temu opublikowała i zwróciła uwagę na wybrany przez siebie, ten oto fragment z mojej książki, mający związek ze zdaniem, które chcę skomentować. „Znajdujące się w bałkańskim kociołku różne grupy etniczne, różne kultury i religie mieszały się ze sobą przez kolejne stulecia. Ludzie posiadają pewne wspólne cechy, chociaż dzielą się na wiele grup posiadających odrębne obyczaje. Przez wieki nauczyli się żyć wspólnie. Nauczyli się szanować inność sąsiada pochodzącego z tej samej wsi czy miasta. Mają wiedzę o skomplikowanej historii swojego kawałka świata i mają świadomość, że jedna mała iskra może tu spowodować wielki pożar.

***

ludzie

Autorka najnowszej opinii o książce, na stronie „Nietoperz czyta i ogląda” napisała: „To, co poza pięknem przyrody najbardziej zapadło mi w pamięć w opowieści o Bułgarii, to różnorodność, wymieszana w „bałkańskim kociołku”: muzułmanie i chrześcijanie żyjący obok siebie, Turcy, Bułgarzy, Serbowie, Macedończycy i Grecy, ciągle popadający w spory, a jednak nie mogący bez siebie wzajemnie żyć. Da się? Da się! Patrząc z perspektywy Polski, która próbuje stać się krajem homogenicznym, kulturowo, narodowo i religijnie, Bałkany w tym kontekście powinny być dla nas przykładem.

Zgadzam się ze smutną prawdą o zmieniającej się rzeczywistości. Myślę, że Bałkany rzeczywiście mogą być przykładem umiejętności współżycia. Na pytanie: – Da się? odpowiedziałabym zdecydowanie: – Tak! Ktoś może zapytałby w tym momencie: – A bałkańskie wojny? – Tak. Były, bo ten zlepek rodzi także zagrożenie. Tak jak wspomniałam wystarczy jedna iskra i ci, którzy znają historię Bałkanów wiedzą, że zdarzały się pożary w tej części Europy i znajdowali się tacy, którzy chcieli je wywołać (nie przestaje kusić posiadanie wpływu na tę strefę). Dzielono państwa i bliskich sobie ludzi, a nawet rodziny. Doświadczenia Bałkanów pokazują, że można żyć w zgodzie z sąsiadem, ale trzeba strzec się manipulacji (tych z zewnątrz i tych rodzących się wewnątrz), trzeba być tolerancyjnym i umieć patrzeć na świat oczami innych ludzi. „Jakim szaleństwem jest oczekiwanie, by inny człowiek żył zgodnie ze standardami i normami, które zostały zaprogramowane w Tobie przez Twoje środowisko i Twoją rodzinę.” – powiedział Anthony de Mello i warto te słowa przypominać.

***

Zacytuję jeszcze fragment z tej samej opinii o książce. Cały tekst znajduje się na stronie „Nietoperz czyta i ogląda” i w „Kurierze Rzeszowskim„. Autorce recenzji bardzo dziękuję za miłe słowa i polecanie książki w mediach społecznościowych i księgarniach.

okł.jpg-szPR
Fragmenty książki są TU.

„W Bałkańskim kociołku” to książka głównie podróżnicza, choć i bardzo osobista, bo oparta na własnych przeżyciach, miejscach i rzeczach, które autorka widziała i słyszała. (…) W kociołku mieszają się ludzie i tradycje, religie i niełatwa historia. Bułgaria, tak mało u nas znana, a tak pełna niepowtarzalnych miejsc i legend, a także, a może przede wszystkim (?), romantyzmu. Zanim odwiedzicie ten kraj, bo wierzę, że jednak odwiedzicie, przeczytajcie książkę „W bałkańskim kociołku”, książkę napisaną z miłości do męża i kraju jego pochodzenia, kraju, w którym krzyżuje się Europa, zachodnia Azja, a nawet Afryka. Życzę sobie i Wam, byście mogli i mogły równie mocno jak autorka, pokochać drugiego człowieka, i chcieć poznać miejsca, z których się on czy ona wywodzi. 

jakim-szalec584stwem-jest.png

 

 

Czy eurosceptycy cierpią na amnezję?

Polityka – temat wzbudzający emocje – nie jest moją pasją, ale nie mogę udawać, że nie istnieje lub jest mi obojętna. Nie mam wątpliwości, że ma bardzo wielki wpływ na życie przeciętnego człowieka i ta myśl wraca od czasu do czasu w różnych sytuacjach, między innymi wtedy, gdy jedziemy samochodem i mijamy europejskie granice. Razem z nią wraca wspomnienie koszmarnej, najgorszej podróży w moim życiu.  Zaczęła się niespodziewanie pewnego jesiennego dnia.

w drodze
Bułgaria

Czekałam na telefon od Rodziców. Wiedziałam, że mój Tata choruje od kilku tygodni. Podniosłam słuchawkę i usłyszałam Jego złamany głos. – Mam nowotwór – powiedział. – Złośliwy. Nieuleczalny. Nic już nie można zrobić.  Nie mieliśmy wątpliwości. Decyzja „jedziemy do Polski” zapadła natychmiast. Kilka godzin później zbliżaliśmy się do bułgarsko-rumuńskiej granicy w Vidin. Nie był to wtedy teren Unii Europejskiej. Nie istniał jeszcze most na Dunaju. Łudziliśmy się, że skoro jest po sezonie nie będzie kolejek. Mieliśmy pecha. Prawie dobę czekaliśmy, żeby wjechać na prom.

Wydawało się nam, że wieki trwają odprawy celne przy wjeździe do Rumunii, potem przy wyjeździe z Rumunii i w kolejnych państwach. Mijaliśmy osiem punktów granicznych, osiem kontroli celnych. Paszporty, pieczątki… powtarzająca się osiem razy ta sama procedura, w każdym miejscu  trwająca godzinę, często dwie, chyba nigdy mniej niż pół godziny. Wcześniej nie zliczałam czasu spędzonego na granicach, a przecież traciliśmy go niemało, zwłaszcza wtedy, gdy celnicy rzetelnie i bez pośpiechu wykonywali swoje obowiązki.

2 rum
Dawno temu, gdzieś w Rumunii

Ta moja najsmutniejsza podróż wydłużyła się do nienaturalnych rozmiarów. Czuję ten straszny stres, który mi towarzyszył.

Od czasu wejścia Polski, Bułgarii i innych państw do Unii Europejskiej, a później przynależności do strefy Schengen pokonujemy tę samą trasę w znacznie krótszym czasie, także dzięki nowym drogom budowanym za unijne pieniądze (nie sposób nie zauważyć ich istnienia podróżując przez Polskę). Nie mam żalu do powracającego, koszmarnego wspomnienia, bo może dzięki niemu doceniam tę zmianę i niewątpliwie zawdzięczam ją politykom i elektoratowi, który zadecydował o ich wyborze.

Nigdy nie zrozumiem trendu zamykania Polski na świat, chęci odizolowania od Unii. Jak można chcieć się cofać, rezygnować z ogromu korzyści? Moja historia na pewno nie jest najlepszym i najważniejszym przykładem dobrodziejstw, bo osób, którym brak granic ułatwia życie jest zdecydowana mniejszość, ale opowiedziałam ją, bo zastanawiam się, czy eurosceptycy cierpią na amnezję?

vidin
Vidin – most na Dunaju łączący Bułgarię i Rumunię (ma prawie 2 km długości). Kiedyś możliwa była tylko przeprawa promowa. Promy kursowały co kilka godzin. Zdarzało się, że sznury samochodów czekały w kolejce, czasem zastygającej w bezruchu. Część środków na budowę pochodzi z bezzwrotnych funduszy Unii Europejskiej. W ciągu 1 tygodnia mostem przejeżdża 17000-24000 pojazdów (w sezonie turystycznym 26000-27000).

okł.jpg-szPRP.S. Może niektórych mieszkańców Warszawy i okolic zainteresuje wiadomość o konkursie przygotowanym przez Informator Stolicy i Wydawnictwo Bernardinum, ogłoszonym TU – na stronie gazety. Nagrodą jest moja książka (tu znajdują się fragmenty).

W Sopotach na piasku

Lato to moja ulubiona pora roku. To także czas urlopów, krótszych lub dłuższych wyjazdów między innymi nad polskie morze.

Znalazłam kiedyś pocztówkę wykonaną między 1910 – 1914 rokiem pokazującą jak „w Sopotach na piasku” spędzali czas plażowicze.  Stroje nie wydają mi się najwygodniejsze (może tego dnia nie było upalnie?), ale lubię popatrzeć jak to drzewiej bywało.

poczt.Sopot 1910-14

Muszę jeszcze wspomnieć o moim „kociołku”, który nie dotarł wszędzie (jest m.in. w niektórych salonach EMPiKu) i muszę podziękować osobom, które poświęciły chwilkę, żeby ocenić książkę. Pierwsze opinie pojawiły się w Gandalfie. Dziękuję ❤

Gandalf

Fragmenty książki „W bałkańskim kociołku”

Wystrojona, kolorowa wyrusza w świat

Miło zaczął się dla mnie tydzień. I muszę się podzielić radosną wiadomością. Moja książka wystrojona w twardą okładkę i kolorowe wnętrze potrzebuje trochę czasu, żeby dotrzeć do księgarni, ale już jako zapowiedź pojawiła się w niektórych księgarniach internetowych i można ją zamówić w promocyjnej cenie.

Dziś na stronie księgarni Tania Książka – 44,90 zł 27,66 zł

delf.butlon

Opis i fragmenty książki

I chwilka z bałkańską muzyką, moją towarzyszką, obecną na co dzień, także podczas pisania.

Mają dusze

 

feather-608956_960_720Urodziny książki nie zawsze są łatwe. Dla mnie (i chyba każdego autora) książka jest jak dziecko. Dojrzała do wydania budzi obawę, nasuwają się pytania (Jakie będą jej dalsze losy? Co ją spotka, gdy wyruszy w świat? Jak zostanie przyjęta?) O tym, czy i jak długo będzie żyła, zadecydują Czytelnicy.

książki mają dusze2

23 kwietnia wszystkie książki mają swoje święto i myślę, że w pełni  zasługują na posiadanie swojego dnia. Dzięki nim możemy podróżować w czasie i przenosić się do najodleglejszych zakątków świata, po obiedzie możemy wybrać się do Afryki bez obawy, że nie zdążymy wrócić na kolację. Książki powierzają nam sekrety swoich bohaterów. Niektórzy stają się nam bliscy, zaprzyjaźniamy się z nimi, a czasem utożsamiamy. Wzbogacają nasze życie, pobudzają wyobraźnię.

Myślę, że najlepszym sposobem na uczczenie tego dnia jest spędzenie kilku chwil z książką. Może ulubioną? A może nieznaną, czekającą na Czytelnika na bibliotecznej półce?

Wczoraj szukałam czegoś na mojej domowej  półce z książkami i dwie spadły na podłogę: jedna część trylogii Williama Goldinga i powieść Balzaka. Chyba chciały dać do zrozumienia, że warto do nich wrócić. Ten przypadek sprawił, że Dzień Książki spędzę z kuzynką Bietką.

Z okazji święta obdarowałam moje książki kwiatami. Niestety, nowy „kociołek” nie ma jeszcze okładki, ale ponieważ istnieje, też tu jest. 🙂

książki

 

23 kwiecień to także Dzień Praw Autorskich. Warto o nich przypominać, bo powszechne jest ich łamanie.

23.04 Dzień Książki i Praw Autorskich