Archiwa tagu: poezja

Świat idzie do przodu? (Ha, ha, ha – zachichotał czart )

Ech, dusza podskakuje z radości, bo wiosna, bo budzi się życie. I chociaż nie pozwalam obrzydliwemu wirusowi zawładnąć moimi myślami (ignoruję go przez większą część dnia), jak nie on, to inne gorzkie myśli zawsze znajdują jakąś furteczkę…

Ręce na klawiaturze wystukiwały zdanie: świat idzie do przodu… i nagle usłyszałam diabelski śmiech: – Ha, ha, ha – kpił bez słów jakiś czart.
Zgodzić się, albo się nie zgodzić (z diabelską kpiną)? Oto jest pytanie.
Przeżytych kształtów żaden cud nie wróci do istnienia – twierdził XIX-wieczny poeta. – Trzeba z żywymi naprzód iść – zachęcał dalej.
– Ależ, panie Adamie – mam ochotę odpowiedzieć. – Na nic zdały się pana rady! W uwiędłych laurów liść, z uporem stroimy głowę, bo choć zmienia się nasz język i sposób pisania, a technika (to ho-ho!) na łeb, na szyję leci do przodu – ludzie inni tylko ciut-ciut. Nie uwierzyłby pan, panie Adamie, ale to, co uznał pan za niemożliwe jest możliwe. Potrafimy powstrzymać myśli w biegu, a nawet na dłużej w y ł ą c z y ć myślenie. I nie stoi za tym ani ogień, ani miecz. I może słusznie zachichotał czart ze słów o świecie, co to idzie do przodu?  Bo ten świat to przede wszystkim my ludzie, prawda? Ludzie pozostający daleko w tyle za martwymi przedmiotami – coraz mądrzejszymi, coraz doskonalszymi, paradoksalnie będącymi wymysłem ludzkiego umysłu.

– Co by mi pan odpowiedział, panie Adamie? ©

wiosna kwitnąca gałązka

asnyk daremne żale

To i owo (zawirusowana wiosna i poezja…)

Jestem ostatnio bardzo zajęta. Piszę, piszę i piszę… (Moja klawiatura dzielnie to znosi, palce trochę marudzą.) Zrobiłam sobie przerwę, żeby wpaść tu na chwilkę i życzyć uśmiechu. Myślę, że szczególnie teraz bardzo jest on potrzebny.

Nie śledzę wszystkich doniesień o szalejącym wirusie, ale cierpnie mi skóra, jak słyszę, że zdarzają się ucieczki ze szpitali, czy nieprzestrzeganie kwarantanny, a pogoda pewnie coraz mocniej zacznie kusić do wyjścia, bo pani Wiosna oficjalnie już jest. Oby zwyciężył rozsądek.

Wyjątkowo paskudny jest ten wirus, bo nawet jak nie dosięga ludzkiego ciała, fatalnie działa na psychikę. Stara się zająć sobą myśli i dlatego nie można mu się poddawać. Odrywam się więc od złych wieści.

kwiaty fioletowe

Dziś pierwszy dzień wiosny i Dzień Poezji, która od czasu do czasu jest moim gościem.  W ubiegłym roku napisałam z tej okazji (przekornie) o najgorszym poecie („W cieniu siostry„), wspominałam też kiedyś o poecie – absolwencie uniwersytetu złoczyńców. W tym roku zapowiedziałam ten dzień jakiś czas temu („Różne są rodzaje skąpców, każdemu odsłonię oblicze„). Dziś też zapraszam na kilka poetyckich słów.

„Wiosna” Heinrich Heine

Pod białem usiadłszy drzewem,
Słyszysz z dala wiatrów wycie,
Widzisz jak nieme obłoki
Ubrały się w chmur okrycie.

I wszystko w okół zamarło:
Las, łąka jak wzrok doścignie;
W koło zima, w tobie zima,
Nawet serce twoje stygnie.

I nagle spada na ciebie
Z góry płat za płatkiem biały;
Z żalem myślisz, że się szronem
Tak gałęzie osypały.

Poznajesz, to nie szron wcale,
Aż cię przestrach zdjął radosny:
Spada na cię i okrywa
Wonne, białe kwiecie wiosny.

Błogi czarze! oto zima
Zmienia się w porę majową,
Śnieg zamienia się na kwiaty,
Twe serce kocha na nowo.

Różne są rodzaje skąpców, każdemu odsłonię oblicze

Humorzasty miesiąc marzec zwraca uwagę na literaturę już od pierwszego dnia (w kalendarzu nietypowych świąt to Międzynarodowy Dzień Przytulania Bibliotekarza). Za chwileczkę jest Dzień Pisarza, o którym już tu wspominałam, a pod koniec miesiąca świętuje Poezja – mniej lubiana, niż jej siostra Proza, ale też piękna i posiadająca nie mniejszą siłę wywoływania całej gamy emocji. I chyba nie może być inaczej, skoro opiekują się nią córki samego Zeusa. Muzy nie ganią swej podopiecznej za brak powagi od czasu do czasu. Przyklaskują, jak wywoła uśmiech na twarzach ziemskich istot.

Wprawdzie do Międzynarodowego Dnia Poezji pozostało jeszcze dwa tygodnie, ale niech wie siostra Prozy, że o niej pamiętam (chociaż spędzam z nią mniej czasu, niż z Prozą).

białe kwiaty m

Poezja niepoważna z roku 1886

Prawie Heine

białe kwiaty m

Chwilka z poezją Jantka z Bugaja

czyli Antoniego Kucharczyka (1874-1944) ludowego poety (urodził się on w przysiółku nazywanym Bugaj i stąd jeden z używanych pseudonimów literackich brzmi Jantek z Bugaja).

Skąpcy

Różne są rodzaje skąpców.
Parę ich wyliczę
i każdemu z tych rodzajów
odsłonię oblicze.

Dusigrosz to skąpiec,
który za korony
zaprzedałby piekłu duszę
swych dzieci i żony.
A w piekle gdyby dano
wór pieniędzy w ręce,
sprzedałby się w drugie piekło
ku większej udręce.

Sknera aby jak najwięcej
mieć w kupie pieniędzy,
żyje w biedzie, w niedostatku.
Żyje w ciągłej nędzy,
choć pieniędzy taką ilość
przez skąpstwo uzbiera
by wyżywił powiat cały.
Sam z głodu umiera.

Kutwa zaś, to by się zgodził
za sztukę halerza
wybrać inwentarz dziadowi
z głowy i kołnierza.
A jakby mu drugi halerz
dopłacił w nagrodę,
cały rok by swoim kosztem
żywił ową trzodę.

Liczykrupa, jak wskazuje
ten tytuł zdrobniały,
to już skąpiec nad skąpcami.
Przez żywot swój cały
krupy liczy, z nosa zjada
i kropki nad „i” nie da.
Ma już krocie, a narzeka,
że z nim wielka bieda.

Skurczy łapa – bardzo liczny
ten rodzaj u ludzi.
W nim ból, męka, nędza, łzy płaczu
litości nie wzbudzi.
On z rozkoszą tej sierocie,
co z głodu umiera,
ostatni kęs chleba od ust,
z chciwością wydziera.

Wiosna

Po smutnej zimie, przyszła nam wiosna,
Młoda, rozkoszna, błoga, radosna,
W całym swym blasku i majestacie,
W swojej nadobnej, zielonej szacie.
W promieniach słońca powietrze drżące,
Wonią, czystością, rozkoszą tchnące,
Wszystko się cieszy w tej lubej wiośnie,
I już nie smutno, jakoś radośnie.
Nad bujnym łanem ojczystej niwy,
Śpiewa i śpiewa skowronek tkliwy
W zielonym gaju, lesie, dąbrowie,
Rozgłośnie koncert nucą ptaszkowie.
Po wonnych łąkach, barwne motyle
Tańczą wśród kwiatów — i pszczółek tyle
Jedna przed drugą skrzętnie się zwija,
Słodycze z miodnych kwiatów wypija.
O, wy! co w wiośnie życia żyjecie,
Jak te stubarwne na łąkach kwiecie,
O, wy dziewice i wy młodzieńcy,
Pokąd młodości wiosna was wieńczy,
Szczerze, z zapałem pracuj, o młodzi,
Bo jesień nigdy tego nie zrodzi,
Czego wiosenna pora nie wsiała,
A wiosna życia tak krótkotrwała.

białe kwiaty m

A przecież kot, proszę pana, to postać powszechnie znana

Jeszcze Dionizos nie przestał się uśmiechać do świętujących zakochanych w winie, jeszcze Afrodyta nie zdążyła odpocząć po piątkowej opiece nad sercami przepełnionymi miłością, a ja już o kolejnym święcie. 17 lutego na przytulania, głaskania i łakocie oczekują koty.  Wszystkie piękne, wszystkie poruszające się z niezwykłą gracją i delikatnością. Na małe, baraszkujące kociątka można patrzeć bez końca.

1907-10 koty zabawa

Niesłusznie przypięto im łatkę „nie przywiązują się do człowieka”, bo potrafią kochać mocno, tak, jak każda żywa istota. A to, że mają charakterek, to już inna sprawa…

Kto mieszkał z kotem, ten zna sytuację, kto kota nie zna – może nie uwierzy, ale na ogół – kot zawsze ma rację i jeśli bije, to ci się należy – pisał Franciszek Klimek, wielki miłośnik kotów.

1913 anonim 3 kotki

Żeby człowiek nie myślał, że jest doskonały
i żeby nie miał złudzeń, że się z Bogiem zbratał,
że wszystkie mu zwierzęta będą się kłaniały
i uznają, że właśnie on jest panem świata –
żeby więc człowiek nie wpadł w samouwielbienie,
by poznał jak ułomna jest z niego istota,
Bóg dał mu przykazania, rozum i sumienie,
a gdy to nie pomogło, wtedy stworzył KOTA. (Franciszek Klimek)

1907-10 koty w szkole

Z głową kota jest przedstawiana egipska bogini Bastet. W książce „W bałkańskim kociołku” opisałam ciągle żywą w Bułgarii, intrygującą historię,  związaną z Bastet i pewnym zagadkowym miejscem. Jest chętnie odwiedzane, a uważni obserwatorzy dostrzegają na skałach wpatrzone w nich kocie oczy…

W XVI wieku powstała bajka „Kot w butach”. Kolejni autorzy tworzyli na jej wątkach, snuli historię sprytnego kota i pewnie nie działoby się tak, gdyby jej główny bohater nie cieszył się sympatią. Jednym z autorów piszących o przygodach kota mówiącego ludzkim głosem, był Konstanty Krumłowski (1872-1938r.) – poniżej okładka jego książeczki i dwa obrazy z wnętrza.

17 luty – Światowy Dzień Kota

Po 1907 roku (prawdopodobnie w przedziale do 1915 roku) powstała seria pocztówek z kotkami. Niestety, autor (a może autorzy) cukierkowych obrazów pozostali anonimowi. Kilka z nich zamieściłam w tekście powyżej i poniżej.

Pozostaje mi już tylko życzyć wszystkim kotkom wspaniałych ludzkich przyjaciół i pięknego życia, a w kocim języku brzmi to: miau… miau.. mrrrau… miaauu… i tak dalej.

1913 r kotki grające Anonim

1913 anonim kotki

1913 anonim kotki z pat

A przecież kot, proszę pana,  
To postać powszechnie znana, 
To pożyteczna istota. 
(Jan Brzechwa, fragment wiersza "Kot")

Bachus, Amor i smak życia

Pisałam tu ostatnio, że luty to miesiąc miłości, dziś dodaję: na Bałkanach to także miesiąc wina i święto Dionizosa nazywanego też Bachusem. Kult Dionizosa urodził się w Bułgarii, Trakowie (przodkowie dzisiejszych mieszkańców tego kraju) budowali swojemu bogowi liczne świątynie. A stało się tak za sprawą Orfeusza (także Traka, urodzonego w bułgarskich Rodopach). Ten mityczny poeta, grą na lirze poruszający ludzkie serca, rośliny, a nawet skały, namawiał do czczenia Dionizosa, żeby zapewnić nieśmiertelność duszy.

sercu ludzkiemu

Pogodny Dionizos, skory do zabawy, bardzo spodobał się Grekom, jego popularność rosła i rosła, aż w końcu stał się nie mniej sławny, niż inni greccy bogowie. Dionizos uczył śmiertelników uprawy winnic i robienia najdoskonalszego wina, dzięki czemu na zawsze pozostał patronem winorośli. Przyszli winiarze nawet dziś składają przysięgę bogowi radości, przyrzekają przestrzegać starych reguł przy produkcji napoju bogów.

kto szałwię z rutą

Dionizosowi zawsze towarzyszył radosny orszak satyrów i bachantek. Co pewien czas zwoływał on swych czcicieli na polany rozścielone na górskich stokach. Przy blasku pochodni wiły się taneczne korowody, muzyka rozbrzmiewała do białego rana, wtórował jej śmiech uczestników szalonej zabawy.

Bachusowe świętowanie Henryk Siemiradzki (1890)

Amora chyba nie trzeba przedstawiać? Mały chłopiec z łukiem zawieszonym na ramieniu, od czasu do czasu płata bogom i ludziom figle. Jego strzały zawsze trafiają prosto w serce. Ugodzona „ofiara”  na zawsze staje się niewolnikiem wielkiej miłości.

Amor (William Ryland XVIII w)

I Dionizos, i Amor mają na Bałkanach swoje święto 14 lutego (pisałam już o tym jak obchodzi się ten dzień w Bułgarii i jakie rytuały są z nim związane). Myślę, że pasują do siebie te dwie postacie, nie wątpił w to też anonimowy, XIX-wieczny poeta.

Gdyby nie to – gdyby nie tak –
Nie Bachus, nie Amor mały,
Na mą duszę!
Przez wiek cały
Nie znałbyś, co życia smak.
Ale piękne dziewczę ścisnąć,
Wiwat! – krzyknąć. – Toast chlisnąć…
To i to – i tak i tak
W krótkim życiu sprawia smak.
(1832 rok)

Sentencje łacińskie w tekście zdobiły ściany jednej sali warszawskiej winiarni „Bachus” istniejącej od 1848 roku. Autorem XVIII-wiecznej grafiki ze strzelającym Amorem jest William Ryland. Bachusowe świętowanie Henryka Siemiradzkiego powstało prawdopodobnie w 1890 roku.

Zakochać się w żywiole

Ktoś zapytał mnie, gdzie radziłabym pojechać na urlop z dziećmi i w których miejscach bałkańska plaża łagodnie zanurza się w morzu. Niestety, szeroki pas złotego piasku powoli niknący w wodzie, czasem gwałtownie opada w dół i nie gwarantuje bezpieczeństwa. Morze ma swoje tajemnice, często oszukuje patrzących na jego powierzchnię, niezaprzyjaźnionych z nim, nierozumiejących jego zachowań.

W każdym miejscu, w którym wpływa do niego rzeka toczy się odwieczna walka.  Ona chce zachować swoją tożsamość, morze mówi: – Nie. Ich wody zderzają się ze sobą gwałtownie, wirują w szalonym tempie. Na polu bitwy pozostają wyrwy i głębokie jamy, niekiedy z wąskimi otworami. Dzieje się to wszystko blisko brzegu. Rzeka nie kapituluje, rozlewa się na boki, mając nadzieję na zwycięstwo. Wojna toczy się na długich, nawet kilkudziesięciometrowych odcinkach.

Morze ma naturę wojownika. Wewnętrzne boje zajmują mu niemało czasu. Nie obce mu też okrucieństwo. Martwa fala Morza Czarnego zabiera ofiary – ludzi, którzy dali się zwieść pozornemu spokojowi, a potem próbowali walczyć z niepokonanym żywiołem; niemających świadomości, że bywa on łaskawy dla tych, którzy mu się poddają. Nawet świętemu Mikołajowi, władcy wielkiej wody, nie udało się jej utemperować.

Nad morzem urodził się i wychowywał mój Mąż. Nauczył się je szanować. Próbował wyjaśnić mi, jak je zrozumieć. Przemawia ono szumem fal, ich kształtem opowiada o tym, co ukrywa we wnętrzu, czasem ostrzega zmieniającym się kolorem wody, bywa przyjazne, ale też potrafi być bardzo kapryśne i łatwo wpada w złość. Pomimo tak wielu wad, można się bezgranicznie zakochać w morzu, a nawet podziwiać jego siłę w chwilach gniewu.

Gapiliśmy się na nie wiosną, latem, jesienią, zimą, wszędzie tam, gdzie mogliśmy być sam na sam – tylko my i morze. Nie wiem dlaczego tak często pobudza ono do refleksji. Umysł podpowiada pytania, jakby oczekiwał odpowiedzi od tego olbrzyma, który nie pozwala zapominać o swej wielkości, który budzi respekt, nawet, gdy się uśmiecha.

PICT02971

Przy okazji zadawania falom pytań, wiersz Heinricha Heine’go.

Nad brzegiem morza, w skał zimnych cieniu,
Młodzian oblicze przysłania…
Z piersią wezbraną, z myślą w zwątpieniu
Zadaje falom pytania…

Pieniste fale! Wy dzieci morza
Ulżyjcie duszy mej męce!
Wyrwijcie myśl mą z zwątpień bezdroża,
Zbudźcie marzenia dziecięce...

Dajcie odpowiedź pytaniom moim,
Starym — jak wieczność bez końca…
W które swe myśli rozpaczne zbroim,
By wzlecieć do prawdy słońca.

Czymże jest człowiek? Czym jego życie?
Skąd przyszedł na świat? Gdzie dąży?
Kto ma mieszkanie w nieba błękicie?
Dla czego wszechświat tak krąży?

I szumią fale i wicher wieje
I zastęp chmur w dal ucieka…
Śmieją się gwiazdy — księżyc się śmieje…
A głupiec czeka i — czeka…

Chciałabym dodać jeszcze kilka słów, już nie na temat morza, a niemieckiego poety, którego zacytowałam. Heinrich Heine, pochodził z żydowskiej rodziny, urodził się pod koniec XVIII, zmarł w połowie XIX wieku.  Jego twórczość wzbudzała kontrowersje za życia i po śmierci (zakazywano nawet publikowania jego twórczości). Heine powiedział kiedyś: – Tam, gdzie pali się książki, na końcu także ludzi palić będą. Niestety, taka sytuacja zdarzyła się i to w ojczyźnie poety. Czy te słowa nie brzmią dziś jak spełniona  przepowiednia?

***

Wszystkie teksty publikowane na tej stronie są chronione prawem autorskim. Moje morskie rozważania znajdą się w książce „Bałkański kalendarzyk” – kontynuacji „W bałkańskim kociołku”.

 

Zgaduj-zgadula: co chodzi mi po głowie?

Rozśmieszyła mnie dziś informacja na Facebooku: pisarz dał wskazówki uczennicy piszącej pracę na temat jego książki; miała odpowiedzieć na pytanie: co autor miał na myśli?; nauczycielka oceniła tekst na 3, z uzasadnieniem „autor nie to miał na myśli”.  Okazało się, że to mem, nie istnieje pisarz, którego nazwisko wymieniono. Pomyślałam jednak, że bardzo jest prawdopodobne, że taka sytuacja mogła mieć miejsce. Nie wiem dlaczego pojawia się takie pytanie (chyba nadal zdarza się je zadawać w szkołach?). Moim zdaniem powinno ono padać podczas rozmowy z autorem,  bo tylko on wie, co chciał powiedzieć. Każdy odbiorca ma prawo inaczej odbierać wiersz, książkę, obraz czy rzeźbę.

Bywałam na wielu wystawach, ale chyba największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa Władysława Hasiora, znajdowały się tam głównie asamblaże, niektóre na zawsze pozostały mi w pamięci. Może nawet nie stałoby się tak, gdybym zadręczała się pytaniem: co artysta miał na myśli? Na pewno wtrąciłaby się też rozterka. Snułabym rozważania na temat: Co ja powinnam myśleć? Czy to samo, co twórca, którego próbuję rozgryźć? Może w natłoku krążących po głowie myśli o myślach, zginęłyby moje własne odczucia?

Może narzucanie interpretacji sztuki (także w niektórych recenzjach) psuje i trochę wypacza jej odbiór? Może jednak nie mam racji?

***

Autoreklama 🙂

Znacznie niższe ceny mojej książki (nawet o kilkanaście zł) są w księgarniach internetowych (niektóre oferują odbiór osobisty). Egzemplarz zamówiony on-line w promocji na stronie EMPiKu można odebrać w wybranym salonie (kupiony „z marszu” w tym samym salonie może być droższy). To dotyczy oczywiście wszystkich pozycji w księgarniach, nie tylko mojego „kociołka”. A ponieważ nastał czas na kupowanie prezentów, polecam tę formę.

święta śnieg

Zatwardziały grzesznik, którego ani piekło kar, ani czyściec aresztu poprawić nie mogą

Zawsze lubiłam słuchać rodzinnych opowieści o tym, jak wyglądało kiedyś życie. Po latach zdarza mi się żałować, że zadawałam zbyt mało pytań. Znamy daty i wydarzenia historyczne, ale ginie wśród nich codzienność, proza życia, ludzkie charaktery i ludzkie odczucia…

Czy jesteście, Państwo, ciekawi kto jest tym niereformowalnym człowiekiem, tytułowym zatwardziałym grzesznikiem? Już odpowiadam: – Warszawski dorożkarz w roku 1880.

W 1880 dorożkarz

I jeszcze jedna ciekawostka (mam nadzieję, że to nie tylko moja opinia? 😉 ). Wiele osób czytających mojego „kociołka” (ostatnią książkę) zwraca uwagę na „obowiązujące” na Bałkanach tempo życia, do którego ja przywykłam (ma naprawdę wiele zalet), a gdy zdarza mi się o tym zapomnieć, nawet na chwilkę, mój Mąż (nieodrodne dziecko Bałkanów) nie waha się przypomnieć. Okazuje się, że maksyma Festina lente – spiesz się powoli – obowiązywała także w Polsce. No może nie wszystkich, na pewno „omnibusiarzy” w roku 1880. „Arki Noego” (tak Warszawiacy nazywali swoje omnibusy) odbywały kursy „z powagą, której podobieństwo chyba tylko w koloniście niemieckim, z fajką za pługiem chodzącym, odnaleźć by można. Komu pilno, ten do warszawskiego omnibusa nie siada; zabierają w nim miejsca ci tylko, którzy wiele chodzić nie mogą, albo też, znużeni kilkogodzinną bieganiną, pragną wypocząć.”

W 1880 omnibus m

P.S. Na obrazie nad tytułem – Warszawa w 1873 roku; widok z wieży kościoła Ewangelicko – Augsburskiego przy ulicy Królewskiej. Teksty na zdjęciach są z 1880 roku.

Padło tu dziś słowo „dorożka”, z którym ja mam zawsze to samo skojarzenie. Gdziebym nie była, jeśli widzę dorożkę, natychmiast odzywają się w mojej głowie słowa: zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz, zaczarowany koń… Nie mogłam sobie odmówić zamieszczenia wiersza Gałczyńskiego, choć jego dorożka pojawiła się w Krakowie, a nie w Warszawie.

zaczarowana dorożka-side

W starym kinie

Wszystko się dziwnie plecie / Na tym tu biednym świecie; / A kto by chciał rozumem wszystkiego dochodzić, / I zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić.

Może więc najwyższy czas przestać się dziwić i dziwić, że tak lub siak się dzieje, że ten czy ów, to lub owo… (to, że najwyższy czas przestać, odnosi się oczywiście tylko do mnie i tego, co tu ostatnio napisałam o możliwej szkodliwości myślenia i chronicznym stanie, który mnie dopadł).  W ramach terapii zgromadziłam zapasik starych filmów i postanowiłam przy okazji dać klawiaturze trochę spokoju od klikania i więcej czasu wolnego mojemu czytnikowi. Obejrzałam już co nieco i mam bardzo miłe odczucia. Nie po raz pierwszy wpada mi do głowy myśl, że bez wulgaryzmów zamiast przecinków czy bez dominacji krwawych scen, można zbudować napięcie, można przykuć widza do ekranu (i nie, żebym się znowu dziwiła, to tylko, ot takie sobie, stwierdzenie). Nie zawsze stare kino mnie zachwyca, czasem gra aktorów wydaje się nienaturalna, przerysowana, a efekty wypadają marnie (chociaż ja je usprawiedliwiam: w końcu możliwości techniczne nie są porównywalne).

Na pewno zechcę jeszcze kiedyś obejrzeć lekką, nieskomplikowana komedię „Powiew luksusu” z Doris Day; to świetny film na odstresowanie się.

filmPo raz pierwszy widziałam dramat obyczajowy „Marty” z 1955 roku, i bardzo mi się podobał (film, scenariusz, reżysera i grającego tytułową rolę Ernesta Borgnine doceniono na gali Oscarów). Bohaterem jest stary kawaler swatany przez wszystkich wokół; gdy spotyka dziewczynę, która budzi w nim radość i wiarę w siebie, wszyscy próbują go zniechęcić do ewentualnego związku…

„Ziarnka piasku” to film wojenny z 1966 roku. Rzecz dzieje się w okresie międzywojennym w komunistycznych Chinach, na statku należącym do armii amerykańskiej, pływającym po rzece Jangcy. Nowy mechanik (Steve McQueen) mówi „nie” niektórym obowiązującym tu zasadom…

„W upalną noc” – kryminał z 1967 roku z Sidneyem Poitier w roli głównej, który znalazł się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze. W niewielkim mieście na południu Stanów miał spędzić kilka godzin, czekając na pociąg. Podejrzany o dokonanie zbrodni i aresztowany, okazał się być najlepszym specjalistą od rozwiązywania kryminalnych zagadek…

Takie oto tematyczne misz-masz zafundowałam sobie od piątku. Wiele starych tytułów jest dostępnych online, jeśli więc mogę je polecić – robię to. Zasługują na odkurzenie.

*****

P.S. Cytat na wstępie jest z pieśni Jana Kochanowskiego „Nic na świecie statecznego”.

nic na świecie Kochanowski

Absolwent uniwersytetu złoczyńców

muzyByłam ostatnio na wycieczce w świecie, nad którym czuwa Erato z kitarą w ręce, Euterpe z piszczałkami w dłoniach i jej piękna siostra Kaliope. Spędziłam trochę czasu z poetą w trzydziestym życia lecie, hańbą do syta napojonym. Jego życie mogłoby być intrygującym scenariuszem filmu kryminalnego. W czasach studenckich rozrywki zajmowały go bardziej niż nauka, był duszą towarzystwa. Miał szansę na zrobienie kariery, zajęcie dobrego stanowiska, ale pociągało go inne życie. Stał się członkiem złodziejskiej szajki, mającej na koncie także zabójstwa. Poecie dopisywało szczęście, bo chociaż trafiał do więzienia kilka razy, zawsze wychodził z niego przed czasem z powodu amnestii lub czyjegoś wstawiennictwa. Ostatni wyrok – karę śmierci – zamieniono mu na 10-letnie wygnanie. A wszystko to działo się w XV wieku, we Francji. Poeta rzezimieszek nazywał się Francois Villon.

Myślę, że poezja się nie starzeje i często aktualne jest spojrzenie, nawet sprzed pięciu wieków, na pewne cechy odradzające się w kolejnych pokoleniach, bo ludzkie charaktery są niezmienne. Wiem, że nie cieszy się wielką sympatią poezja napisana archaicznym językiem, ale może jednak ktoś skusi się i przeczyta fragmenty wierszy Villona. Żałuję bardzo, że nie znalazłam w polskim tłumaczeniu jednej ballady poety, która mnie poruszyła.

Zatytułowałam ten tekst „Absolwent uniwersytetu złoczyńców”, bo Francois był studentem paryskiej uczelni i nie był tam jedynym czarnym charakterem w owym czasie; według Mollanda Uniwersytet „krył w swoim łonie najniebezpieczniejszych złoczyńców: tych, którym niejaka kultura umysłowa dawała zarazem więcej środków czynienia złego i więcej środków drwienia ze Sprawiedliwości. Zostawali klerykami (studentami Uniwersytetu), bo władza duchowna uwalniała prawie zawsze winnych. Ażeby sądy kryminalne prefektury Paryża mogły na nich położyć rękę, trzeba było recydywy po recydywie, trzeba było, aby ich uznano jako wyzutych z przywileju kleryków. Sytuacja tak uprzywilejowana ściągała do Uniwersytetu mnóstwo nicponiów, zrujnowanych i pogrążonych w rozpuście szlacheckich synów, którym, dla uzyskania charakteru studenta, wystarczało wpisać się na lekcje jednego z nauczycieli.” Dziś sposób funkcjonowania uniwersytetu wydaje się zadziwiający, prawda?

Charles_d'Orléans

A teraz oddaję głos poecie opowiadającemu o swoim romansie.

Gdyby ta, której’m niegdyś służył, / Z wiernego serca, szczerej woli, / Przez którą tylem męki użył / I wycierpiałem moc złej doli, / Gdyby mi zrazu rzekła szczerze, / Co mniema (ani słychu o tem!) / Ha! byłbym może te więcierze / Przedarł, i nie lazł już z powrotem.

Co bądź jej jeno kładłem w uszy, / Zawżdy powolnie mnie słuchała / — Zgodę czy pośmiech mając w duszy / Co więcej, nieraz mnie cirpiała, / Iżbym się przywarł do niej ciasno / I w ślepka patrzał promieniste / I prawił swoje… Wiem dziś jasno, / Że to szalbierstwo było czyste.

Wszytko umiała przeinaczyć;/ Mamiła mnie, niby przez czary: / Zanim człek zdołał się obaczyć, / Z mąki zrobiła popiół szary; / Na żużel rzekła, że to ziarno, / Na czapkę, że to hełm błyszczący, / I tak zwodziła mową marną, / Zwodniczem słowem rzucający…

Na niebo, że to misa z cyny, / Na obłok, że cielęca skóra, / Na ranek, że to wieczór siny, / Na głąb kapusty, że to góra; / Na stary fuzel, że moszcz młody, / Na świnię, że to młyn powietrzny, / Na powróz, że to włosek z brody, / Na mnicha, że to rycerz grzeczny…

Tak moje oto miłowanie / Odmienne było i zdradliwe; / Nikt tu się ponoś nie ostanie, /By zwinny był jak śrybło żywe: / Każdy, ścirpiawszy kaźń nieznośną, / Na końcu będzie tak zwiedziony / Jak ja, co wszędy zwą mnie głośno: / Miłośnik z hańbą przepędzony.

***

VillonPomimo tego, że Villon wyprzedził swoją epokę, przez „chwilę” przygasła jego sława, „odżył” dopiero w XIX wieku. Tadeusz Boy-Żeleński, który przetłumaczył wiersze Villona (zachowując archaiczny język), nazywa go pierwszym poetą Francji. Francois urodził się w 1431 r., w biednej rodzinie, wykształcenie zawdzięcza swojemu kuzynowi i opiekunowi – kanonikowi Wilhelmowi Villon. Nieznana jest data jego śmierci. Zniknął po 1463 r.

Poeta zrozumiał po latach, że droga, którą kroczył nie była właściwa.  Wiem to, iż, gdybym był studiował / W płochej młodości lata prędkie, / I w obyczaju zacnym chował, / Dom miałbym i posłanie miętkie. / Ale cóż? Gnałem precz od szkoły, / Na lichej pędząc czas zabawie… / Kiedy to piszę dziś, na poły / Omal że serca wnet nie skrwawię…

Gdybym znał, iż publicznej sprawie / Może się to by na co przydać, / Jak mi Bóg miły, byłbym prawie / Sam siebie gotów na śmierć wydać.

 

W cieniu siostry

Te dwie siostry zna każdy. Pierwsza to Proza, drugiej nadano melodyjnie brzmiące imię Poezja. I chociaż obie są sławne, Poezja pozostaje w cieniu. Na pewno będzie o niej głośniej 21 marca. Z okazji swojego święta, gdzieniegdzie pojawi się w blasku fleszy, a następnego dnia powróci na miejsce u boku dominującej siostry Prozy.

Święto poezji to także święto jej twórców.  Myślę, że mówi się tego dnia o tych najwybitniejszych,  Ja zdecydowałam się przekornie wspomnieć o Angliku William’ie Topaz’ie McGonagall’u, który pewnego dnia doznał olśnienia.

– Najbardziej wstrząsającym wypadkiem mojego życia był czas, gdym przed sobą odkrył, żem jest poeta, a działo się to w 1877 roku… W kojącym świetle lipcowego słońca, gdy drzewa i kwiaty w całej swojej kwiecistości byli ubrane – opowiadał o tej ważnej chwili.

William, przekonany o swej wielkości, miał ambicje być nadwornym poetą. MacLean musi być szalony, / Co przez każdego jest widziane. / Inaczej nie próbowałby zastrzelić / Naszej królowej ukochanej – napisał po zamachu na Victorię.

McGonagall niedoceniony przez współczesnych, zyskał wielką sławę po śmierci. Niewątpliwie nie byłby dumny z jej powodu, gdyby wiedział, że uznano go za… najgorszego w historii poetę anglojęzycznego. Znajdują się jednak czytelnicy chętni poznać przeciwieństwo mistrzostwa, a więc wydaje się jego tomiki, a rękopisy osiągały dość wysokie ceny na aukcjach. Ze sławy Williama korzysta czasem Dundee, szkockie miasto, z którego pochodził.

poezja

Pomyślałam, że dopełnieniem mojego niepoetyckiego wpisu o poezji będzie wiersz „Poeta” Bolesława Leśmiana, opowiadający o tym, jak to w życiu twórców bywa.

Zaroiło się w sadach od tęcz i zawieruch;
Z drogi! - Idzie poeta - niebieski wycieruch!
Zbój obłoczny, co z światem jest - wspak i na noże!
Baczność! - Nic się przed takim uchronić nie może!
Słońce - w cebrze, dal - w szybie, świt - w studni, a zwłaszcza
Wszelkie dziwy zza jarów - prawem snu przywłaszcza.
Rad Boga między żuki wmodlić - do zielnika,
Gdzie się z listem miłosnym sam jelonek styka!...
Świetniejąc łachmanami - tym żwawszy, im golszy -
Nie bez wróżb się uśmiecha do grabu i olszy -
I widziano w dzień biały tego obłąkańca,
Jak wierzbę sponad rzeki porywał do tańca!
A tak zgubnie porywać, mimo drwin i zniewag -
Zdoła tylko z otchłanią sprzysiężony śpiewak.
Żona jego, żegnając swój los znakiem krzyża
Na palcach - pełna lęku do niego się zbliża.
Stoi... Nie śmie przeszkadzać... On słowa nawleka
Na sznur rytmu, a ona płochliwie narzeka
"Giniemy... Córki nasze - w nędzy i rozpaczy...
A wiadomo, że jutro nie będzie inaczej...
Wleczesz nas w nieokreślność... Spójrz - my tu pod płotem
Mrzemy z głodu bez jutra, a ty nie wiesz o tem!" -
Wie i wiedział zawczasu!... I ze łzami w gardle
Wiersz układa pokutnie - złociście - umarle -
Za pan brat ze zmorami... Treść, gdy w rytm się stacza,
Póty w nim się kołysze, aż się przeinacza.
Chętnie łowi treść, w której łzy prawdziwe płoną -
Ale kocha naprawdę tę - przeinaczoną...
I z zachłanną radością mąci mu się głowa,
Gdy ujmie niepochwytność w dwa przyległe słowa!
A słowa się po niebie włóczą i łajdaczą -
I udają, że znaczą coś więcej, niż znaczą!...
I po tym samym niebie - z tamtej ułud strony -
Znawca słowa - Bóg płynie - w poetę wpatrzony.
Widzi jego niezdolność do zarobkowania
I to, że się za snami tak pilnie ugania!
Stwierdza z zgrozą, że w chacie - nędza i zagłada -
A on w szale występnym wiersz śpiewny układa!
I Bóg, wsparty wędrownie o srebrzystą krawędź
Obłoku, co się wzburzył skrzydłami, jak łabędź -
Z łabędzia - do poety, zbłąkanego we śnie -
Uśmiecha się i pięścią grozi jednocześnie!

21.03 Międzynarodowy Dzień Poezji

Kto wie, co drzemie w nas kobietach…

Pięknie, prostymi słowami, można tak wiele napisać – taka była moja pierwsza myśl po przeczytaniu jednego z wierszy Agnieszki Krizel. Bardzo chciałam podzielić się nim  z Wami. Autorka wyraziła zgodę na publikację, chociaż wiersz jest z nowego, jeszcze niepublikowanego tomiku „Lunatycy” (tytuł roboczy).

Zostawiam Was sam na sam z poetką.

***

mówią o mnie – poetka

ale wcale nią nie jestem

 

mówią o mnie – uparta

po prostu twardo stoję przy swoim

 

mówią o mnie – naiwna

racja, bo zawsze dostaję po głowie

 

mówią o mnie – egoistka

właśnie, że nie, przecież podzielę i pomogę

 

mówią o mnie – mała

właśnie, że wzrost jest moją zaletą

 

mówią o mnie – głupia baba

być może, kto wie co drzemie w nas kobietach

 

mówią o mnie – buja w obłokach

czasami, takie życie

 

wreszcie mówią – ona nasza

gdy wyczytują mnie na liście zwycięzców

 

38711326_217275805632285_7677995279940845568_n

MODE – DE – VIE (Moda na życie) to tomik Agnieszki Krizel, o którym napisałam troszkę tu – w poście „Zaglądać motylom w oczy” (tytuł jest cytatem z jednego wierszy). Tomik jest dostępny w wersji papierowej i elektronicznej m.in. w tej księgarni.