Archiwa tagu: poezja

Zakochać się w żywiole

Ktoś zapytał mnie, gdzie radziłabym pojechać na urlop z dziećmi i w których miejscach bałkańska plaża łagodnie zanurza się w morzu. Niestety, szeroki pas złotego piasku powoli niknący w wodzie, czasem gwałtownie opada w dół i nie gwarantuje bezpieczeństwa. Morze ma swoje tajemnice, często oszukuje patrzących na jego powierzchnię, niezaprzyjaźnionych z nim, nierozumiejących jego zachowań.

W każdym miejscu, w którym wpływa do niego rzeka toczy się odwieczna walka.  Ona chce zachować swoją tożsamość, morze mówi: – Nie. Ich wody zderzają się ze sobą gwałtownie, wirują w szalonym tempie. Na polu bitwy pozostają wyrwy i głębokie jamy, niekiedy z wąskimi otworami. Dzieje się to wszystko blisko brzegu. Rzeka nie kapituluje, rozlewa się na boki, mając nadzieję na zwycięstwo. Wojna toczy się na długich, nawet kilkudziesięciometrowych odcinkach.

Morze ma naturę wojownika. Wewnętrzne boje zajmują mu niemało czasu. Nie obce mu też okrucieństwo. Martwa fala Morza Czarnego zabiera ofiary – ludzi, którzy dali się zwieść pozornemu spokojowi, a potem próbowali walczyć z niepokonanym żywiołem; niemających świadomości, że bywa on łaskawy dla tych, którzy mu się poddają. Nawet świętemu Mikołajowi, władcy wielkiej wody, nie udało się jej utemperować.

Nad morzem urodził się i wychowywał mój Mąż. Nauczył się je szanować. Próbował wyjaśnić mi, jak je zrozumieć. Przemawia ono szumem fal, ich kształtem opowiada o tym, co ukrywa we wnętrzu, czasem ostrzega zmieniającym się kolorem wody, bywa przyjazne, ale też potrafi być bardzo kapryśne i łatwo wpada w złość. Pomimo tak wielu wad, można się bezgranicznie zakochać w morzu, a nawet podziwiać jego siłę w chwilach gniewu.

Gapiliśmy się na nie wiosną, latem, jesienią, zimą, wszędzie tam, gdzie mogliśmy być sam na sam – tylko my i morze. Nie wiem dlaczego tak często pobudza ono do refleksji. Umysł podpowiada pytania, jakby oczekiwał odpowiedzi od tego olbrzyma, który nie pozwala zapominać o swej wielkości, który budzi respekt, nawet, gdy się uśmiecha.

PICT02971

Przy okazji zadawania falom pytań, wiersz Heinricha Heine’go.

Nad brzegiem morza, w skał zimnych cieniu,
Młodzian oblicze przysłania…
Z piersią wezbraną, z myślą w zwątpieniu
Zadaje falom pytania…

Pieniste fale! Wy dzieci morza
Ulżyjcie duszy mej męce!
Wyrwijcie myśl mą z zwątpień bezdroża,
Zbudźcie marzenia dziecięce...

Dajcie odpowiedź pytaniom moim,
Starym — jak wieczność bez końca…
W które swe myśli rozpaczne zbroim,
By wzlecieć do prawdy słońca.

Czymże jest człowiek? Czym jego życie?
Skąd przyszedł na świat? Gdzie dąży?
Kto ma mieszkanie w nieba błękicie?
Dla czego wszechświat tak krąży?

I szumią fale i wicher wieje
I zastęp chmur w dal ucieka…
Śmieją się gwiazdy — księżyc się śmieje…
A głupiec czeka i — czeka…

Chciałabym dodać jeszcze kilka słów, już nie na temat morza, a niemieckiego poety, którego zacytowałam. Heinrich Heine, pochodził z żydowskiej rodziny, urodził się pod koniec XVIII, zmarł w połowie XIX wieku.  Jego twórczość wzbudzała kontrowersje za życia i po śmierci (zakazywano nawet publikowania jego twórczości). Heine powiedział kiedyś: – Tam, gdzie pali się książki, na końcu także ludzi palić będą. Niestety, taka sytuacja zdarzyła się i to w ojczyźnie poety. Czy te słowa nie brzmią dziś jak spełniona  przepowiednia?

***

Wszystkie teksty publikowane na tej stronie są chronione prawem autorskim. Moje morskie rozważania znajdą się w książce „Bałkański kalendarzyk” – kontynuacji „W bałkańskim kociołku”.

 

Zgaduj-zgadula: co chodzi mi po głowie?

Rozśmieszyła mnie dziś informacja na Facebooku: pisarz dał wskazówki uczennicy piszącej pracę na temat jego książki; miała odpowiedzieć na pytanie: co autor miał na myśli?; nauczycielka oceniła tekst na 3, z uzasadnieniem „autor nie to miał na myśli”.  Okazało się, że to mem, nie istnieje pisarz, którego nazwisko wymieniono. Pomyślałam jednak, że bardzo jest prawdopodobne, że taka sytuacja mogła mieć miejsce. Nie wiem dlaczego pojawia się takie pytanie (chyba nadal zdarza się je zadawać w szkołach?). Moim zdaniem powinno ono padać podczas rozmowy z autorem,  bo tylko on wie, co chciał powiedzieć. Każdy odbiorca ma prawo inaczej odbierać wiersz, książkę, obraz czy rzeźbę.

Bywałam na wielu wystawach, ale chyba największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa Władysława Hasiora, znajdowały się tam głównie asamblaże, niektóre na zawsze pozostały mi w pamięci. Może nawet nie stałoby się tak, gdybym zadręczała się pytaniem: co artysta miał na myśli? Na pewno wtrąciłaby się też rozterka. Snułabym rozważania na temat: Co ja powinnam myśleć? Czy to samo, co twórca, którego próbuję rozgryźć? Może w natłoku krążących po głowie myśli o myślach, zginęłyby moje własne odczucia?

Może narzucanie interpretacji sztuki (także w niektórych recenzjach) psuje i trochę wypacza jej odbiór? Może jednak nie mam racji?

***

Autoreklama 🙂

Znacznie niższe ceny mojej książki (nawet o kilkanaście zł) są w księgarniach internetowych (niektóre oferują odbiór osobisty). Egzemplarz zamówiony on-line w promocji na stronie EMPiKu można odebrać w wybranym salonie (kupiony „z marszu” w tym samym salonie może być droższy). To dotyczy oczywiście wszystkich pozycji w księgarniach, nie tylko mojego „kociołka”. A ponieważ nastał czas na kupowanie prezentów, polecam tę formę.

święta śnieg

Zatwardziały grzesznik, którego ani piekło kar, ani czyściec aresztu poprawić nie mogą

Zawsze lubiłam słuchać rodzinnych opowieści o tym, jak wyglądało kiedyś życie. Po latach zdarza mi się żałować, że zadawałam zbyt mało pytań. Znamy daty i wydarzenia historyczne, ale ginie wśród nich codzienność, proza życia, ludzkie charaktery i ludzkie odczucia…

Czy jesteście, Państwo, ciekawi kto jest tym niereformowalnym człowiekiem, tytułowym zatwardziałym grzesznikiem? Już odpowiadam: – Warszawski dorożkarz w roku 1880.

W 1880 dorożkarz

I jeszcze jedna ciekawostka (mam nadzieję, że to nie tylko moja opinia? 😉 ). Wiele osób czytających mojego „kociołka” (ostatnią książkę) zwraca uwagę na „obowiązujące” na Bałkanach tempo życia, do którego ja przywykłam (ma naprawdę wiele zalet), a gdy zdarza mi się o tym zapomnieć, nawet na chwilkę, mój Mąż (nieodrodne dziecko Bałkanów) nie waha się przypomnieć. Okazuje się, że maksyma Festina lente – spiesz się powoli – obowiązywała także w Polsce. No może nie wszystkich, na pewno „omnibusiarzy” w roku 1880. „Arki Noego” (tak Warszawiacy nazywali swoje omnibusy) odbywały kursy „z powagą, której podobieństwo chyba tylko w koloniście niemieckim, z fajką za pługiem chodzącym, odnaleźć by można. Komu pilno, ten do warszawskiego omnibusa nie siada; zabierają w nim miejsca ci tylko, którzy wiele chodzić nie mogą, albo też, znużeni kilkogodzinną bieganiną, pragną wypocząć.”

W 1880 omnibus m

P.S. Na obrazie nad tytułem – Warszawa w 1873 roku; widok z wieży kościoła Ewangelicko – Augsburskiego przy ulicy Królewskiej. Teksty na zdjęciach są z 1880 roku.

Padło tu dziś słowo „dorożka”, z którym ja mam zawsze to samo skojarzenie. Gdziebym nie była, jeśli widzę dorożkę, natychmiast odzywają się w mojej głowie słowa: zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz, zaczarowany koń… Nie mogłam sobie odmówić zamieszczenia wiersza Gałczyńskiego, choć jego dorożka pojawiła się w Krakowie, a nie w Warszawie.

zaczarowana dorożka-side

W starym kinie

Wszystko się dziwnie plecie / Na tym tu biednym świecie; / A kto by chciał rozumem wszystkiego dochodzić, / I zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić.

Może więc najwyższy czas przestać się dziwić i dziwić, że tak lub siak się dzieje, że ten czy ów, to lub owo… (to, że najwyższy czas przestać, odnosi się oczywiście tylko do mnie i tego, co tu ostatnio napisałam o możliwej szkodliwości myślenia i chronicznym stanie, który mnie dopadł).  W ramach terapii zgromadziłam zapasik starych filmów i postanowiłam przy okazji dać klawiaturze trochę spokoju od klikania i więcej czasu wolnego mojemu czytnikowi. Obejrzałam już co nieco i mam bardzo miłe odczucia. Nie po raz pierwszy wpada mi do głowy myśl, że bez wulgaryzmów zamiast przecinków czy bez dominacji krwawych scen, można zbudować napięcie, można przykuć widza do ekranu (i nie, żebym się znowu dziwiła, to tylko, ot takie sobie, stwierdzenie). Nie zawsze stare kino mnie zachwyca, czasem gra aktorów wydaje się nienaturalna, przerysowana, a efekty wypadają marnie (chociaż ja je usprawiedliwiam: w końcu możliwości techniczne nie są porównywalne).

Na pewno zechcę jeszcze kiedyś obejrzeć lekką, nieskomplikowana komedię „Powiew luksusu” z Doris Day; to świetny film na odstresowanie się.

filmPo raz pierwszy widziałam dramat obyczajowy „Marty” z 1955 roku, i bardzo mi się podobał (film, scenariusz, reżysera i grającego tytułową rolę Ernesta Borgnine doceniono na gali Oscarów). Bohaterem jest stary kawaler swatany przez wszystkich wokół; gdy spotyka dziewczynę, która budzi w nim radość i wiarę w siebie, wszyscy próbują go zniechęcić do ewentualnego związku…

„Ziarnka piasku” to film wojenny z 1966 roku. Rzecz dzieje się w okresie międzywojennym w komunistycznych Chinach, na statku należącym do armii amerykańskiej, pływającym po rzece Jangcy. Nowy mechanik (Steve McQueen) mówi „nie” niektórym obowiązującym tu zasadom…

„W upalną noc” – kryminał z 1967 roku z Sidneyem Poitier w roli głównej, który znalazł się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze. W niewielkim mieście na południu Stanów miał spędzić kilka godzin, czekając na pociąg. Podejrzany o dokonanie zbrodni i aresztowany, okazał się być najlepszym specjalistą od rozwiązywania kryminalnych zagadek…

Takie oto tematyczne misz-masz zafundowałam sobie od piątku. Wiele starych tytułów jest dostępnych online, jeśli więc mogę je polecić – robię to. Zasługują na odkurzenie.

*****

P.S. Cytat na wstępie jest z pieśni Jana Kochanowskiego „Nic na świecie statecznego”.

nic na świecie Kochanowski

Absolwent uniwersytetu złoczyńców

muzyUciekam czasem od nie zawsze kolorowej rzeczywistości. Byłam ostatnio na wycieczce w świecie, nad którym czuwa Erato z kitarą w ręce, Euterpe z piszczałkami w dłoniach i jej piękna siostra Kaliope. Spędziłam trochę czasu z poetą w trzydziestym życia lecie, hańbą do syta napojonym. Jego życie mogłoby być intrygującym scenariuszem filmu kryminalnego. W czasach studenckich rozrywki zajmowały go bardziej niż nauka, był duszą towarzystwa. Miał szansę na zrobienie kariery, zajęcie dobrego stanowiska, ale pociągało go inne życie. Stał się członkiem złodziejskiej szajki, mającej na koncie także zabójstwa. Poecie dopisywało szczęście, bo chociaż trafiał do więzienia kilka razy, zawsze wychodził z niego przed czasem z powodu amnestii lub czyjegoś wstawiennictwa. Ostatni wyrok – karę śmierci – zamieniono mu na 10-letnie wygnanie. A wszystko to działo się w XV wieku, we Francji. Poeta rzezimieszek nazywał się Francois Villon.

Myślę, że poezja się nie starzeje i często aktualne jest spojrzenie, nawet sprzed pięciu wieków, na pewne cechy odradzające się w kolejnych pokoleniach, bo ludzkie charaktery są niezmienne. Wiem, że poezja pozostaje w cieniu siostry prozy (szczególnie ta napisana archaicznym językiem), ale może jednak ktoś skusi się i przeczyta fragmenty wierszy Villona. Żałuję bardzo, że nie znalazłam w polskim tłumaczeniu jednej ballady poety, która mnie poruszyła.

Zatytułowałam ten tekst „Absolwent uniwersytetu złoczyńców”, bo Francois był studentem paryskiej uczelni i nie był tam jedynym czarnym charakterem w owym czasie; według Mollanda Uniwersytet „krył w swoim łonie najniebezpieczniejszych złoczyńców: tych, którym niejaka kultura umysłowa dawała zarazem więcej środków czynienia złego i więcej środków drwienia ze Sprawiedliwości. Władza duchowna uwalniała prawie zawsze winnych. Ażeby sądy kryminalne prefektury Paryża mogły na nich położyć rękę, trzeba było recydywy po recydywie, trzeba było, aby ich uznano jako wyzutych z przywileju kleryków. Sytuacja tak uprzywilejowana ściągała do Uniwersytetu mnóstwo nicponiów, zrujnowanych i pogrążonych w rozpuście szlacheckich synów, którym, dla uzyskania charakteru studenta, wystarczało wpisać się na lekcje jednego z nauczycieli.” Dziś sposób funkcjonowania uniwersytetu wydaje się zadziwiający, prawda?

Charles_d'Orléans

A teraz oddaję głos poecie opowiadającemu o swoim romansie.

Gdyby ta, której’m niegdyś służył, / Z wiernego serca, szczerej woli, / Przez którą tylem męki użył / I wycierpiałem moc złej doli, / Gdyby mi zrazu rzekła szczerze, / Co mniema (ani słychu o tem!) / Ha! byłbym może te więcierze / Przedarł, i nie lazł już z powrotem.

Co bądź jej jeno kładłem w uszy, / Zawżdy powolnie mnie słuchała / — Zgodę czy pośmiech mając w duszy / Co więcej, nieraz mnie cirpiała, / Iżbym się przywarł do niej ciasno / I w ślepka patrzał promieniste / I prawił swoje… Wiem dziś jasno, / Że to szalbierstwo było czyste.

Wszytko umiała przeinaczyć;/ Mamiła mnie, niby przez czary: / Zanim człek zdołał się obaczyć, / Z mąki zrobiła popiół szary; / Na żużel rzekła, że to ziarno, / Na czapkę, że to hełm błyszczący, / I tak zwodziła mową marną, / Zwodniczem słowem rzucający…

Na niebo, że to misa z cyny, / Na obłok, że cielęca skóra, / Na ranek, że to wieczór siny, / Na głąb kapusty, że to góra; / Na stary fuzel, że moszcz młody, / Na świnię, że to młyn powietrzny, / Na powróz, że to włosek z brody, / Na mnicha, że to rycerz grzeczny…

Tak moje oto miłowanie / Odmienne było i zdradliwe; / Nikt tu się ponoś nie ostanie, /By zwinny był jak śrybło żywe: / Każdy, ścirpiawszy kaźń nieznośną, / Na końcu będzie tak zwiedziony / Jak ja, co wszędy zwą mnie głośno: / Miłośnik z hańbą przepędzony.

***

VillonPomimo tego, że Villon wyprzedził swoją epokę, przez „chwilę” przygasła jego sława, „odżył” dopiero w XIX wieku. Tadeusz Boy-Żeleński, który przetłumaczył wiersze Villona (zachowując archaiczny język), nazywa go pierwszym poetą Francji. Francois urodził się w 1431 r., w biednej rodzinie, wykształcenie zawdzięcza swojemu kuzynowi i opiekunowi – kanonikowi Wilhelmowi Villon. Nieznana jest data jego śmierci. Zniknął po 1463 r.

Poeta zrozumiał po latach, że droga, którą kroczył nie była właściwa.  Wiem to, iż, gdybym był studiował / W płochej młodości lata prędkie, / I w obyczaju zacnym chował, / Dom miałbym i posłanie miętkie. / Ale cóż? Gnałem precz od szkoły, / Na lichej pędząc czas zabawie… / Kiedy to piszę dziś, na poły / Omal że serca wnet nie skrwawię…

Gdybym znał, iż publicznej sprawie / Może się to by na co przydać, / Jak mi Bóg miły, byłbym prawie / Sam siebie gotów na śmierć wydać.

 

W cieniu siostry

Te dwie siostry zna każdy. Pierwsza to Proza, drugiej nadano melodyjnie brzmiące imię Poezja. I chociaż obie są sławne, Poezja pozostaje w cieniu. Na pewno będzie o niej głośniej 21 marca. Z okazji swojego święta, gdzieniegdzie pojawi się w blasku fleszy, a następnego dnia powróci na miejsce u boku dominującej siostry Prozy.

Święto poezji to także święto jej twórców.  Myślę, że mówi się tego dnia o tych najwybitniejszych,  Ja zdecydowałam się przekornie wspomnieć o Angliku William’ie Topaz’ie McGonagall’u, który pewnego dnia doznał olśnienia.

– Najbardziej wstrząsającym wypadkiem mojego życia był czas, gdym przed sobą odkrył, żem jest poeta, a działo się to w 1877 roku… W kojącym świetle lipcowego słońca, gdy drzewa i kwiaty w całej swojej kwiecistości byli ubrane – opowiadał o tej ważnej chwili.

William, przekonany o swej wielkości, miał ambicje być nadwornym poetą. MacLean musi być szalony, / Co przez każdego jest widziane. / Inaczej nie próbowałby zastrzelić / Naszej królowej ukochanej – napisał po zamachu na Victorię.

McGonagall niedoceniony przez współczesnych, zyskał wielką sławę po śmierci. Niewątpliwie nie byłby dumny z jej powodu, gdyby wiedział, że uznano go za… najgorszego w historii poetę anglojęzycznego. Znajdują się jednak czytelnicy chętni poznać przeciwieństwo mistrzostwa, a więc wydaje się jego tomiki, a rękopisy osiągały dość wysokie ceny na aukcjach. Ze sławy Williama korzysta czasem Dundee, szkockie miasto, z którego pochodził.

poezja

Pomyślałam, że dopełnieniem mojego niepoetyckiego wpisu o poezji będzie wiersz „Poeta” Bolesława Leśmiana, opowiadający o tym, jak to w życiu twórców bywa.

Zaroiło się w sadach od tęcz i zawieruch;
Z drogi! - Idzie poeta - niebieski wycieruch!
Zbój obłoczny, co z światem jest - wspak i na noże!
Baczność! - Nic się przed takim uchronić nie może!
Słońce - w cebrze, dal - w szybie, świt - w studni, a zwłaszcza
Wszelkie dziwy zza jarów - prawem snu przywłaszcza.
Rad Boga między żuki wmodlić - do zielnika,
Gdzie się z listem miłosnym sam jelonek styka!...
Świetniejąc łachmanami - tym żwawszy, im golszy -
Nie bez wróżb się uśmiecha do grabu i olszy -
I widziano w dzień biały tego obłąkańca,
Jak wierzbę sponad rzeki porywał do tańca!
A tak zgubnie porywać, mimo drwin i zniewag -
Zdoła tylko z otchłanią sprzysiężony śpiewak.
Żona jego, żegnając swój los znakiem krzyża
Na palcach - pełna lęku do niego się zbliża.
Stoi... Nie śmie przeszkadzać... On słowa nawleka
Na sznur rytmu, a ona płochliwie narzeka
"Giniemy... Córki nasze - w nędzy i rozpaczy...
A wiadomo, że jutro nie będzie inaczej...
Wleczesz nas w nieokreślność... Spójrz - my tu pod płotem
Mrzemy z głodu bez jutra, a ty nie wiesz o tem!" -
Wie i wiedział zawczasu!... I ze łzami w gardle
Wiersz układa pokutnie - złociście - umarle -
Za pan brat ze zmorami... Treść, gdy w rytm się stacza,
Póty w nim się kołysze, aż się przeinacza.
Chętnie łowi treść, w której łzy prawdziwe płoną -
Ale kocha naprawdę tę - przeinaczoną...
I z zachłanną radością mąci mu się głowa,
Gdy ujmie niepochwytność w dwa przyległe słowa!
A słowa się po niebie włóczą i łajdaczą -
I udają, że znaczą coś więcej, niż znaczą!...
I po tym samym niebie - z tamtej ułud strony -
Znawca słowa - Bóg płynie - w poetę wpatrzony.
Widzi jego niezdolność do zarobkowania
I to, że się za snami tak pilnie ugania!
Stwierdza z zgrozą, że w chacie - nędza i zagłada -
A on w szale występnym wiersz śpiewny układa!
I Bóg, wsparty wędrownie o srebrzystą krawędź
Obłoku, co się wzburzył skrzydłami, jak łabędź -
Z łabędzia - do poety, zbłąkanego we śnie -
Uśmiecha się i pięścią grozi jednocześnie!

21.03 Międzynarodowy Dzień Poezji

Kto wie, co drzemie w nas kobietach…

Pięknie, prostymi słowami, można tak wiele napisać – taka była moja pierwsza myśl po przeczytaniu jednego z wierszy Agnieszki Krizel. Bardzo chciałam podzielić się nim  z Wami. Autorka wyraziła zgodę na publikację, chociaż wiersz jest z nowego, jeszcze niepublikowanego tomiku „Lunatycy” (tytuł roboczy).

Zostawiam Was sam na sam z poetką.

***

mówią o mnie – poetka

ale wcale nią nie jestem

 

mówią o mnie – uparta

po prostu twardo stoję przy swoim

 

mówią o mnie – naiwna

racja, bo zawsze dostaję po głowie

 

mówią o mnie – egoistka

właśnie, że nie, przecież podzielę i pomogę

 

mówią o mnie – mała

właśnie, że wzrost jest moją zaletą

 

mówią o mnie – głupia baba

być może, kto wie co drzemie w nas kobietach

 

mówią o mnie – buja w obłokach

czasami, takie życie

 

wreszcie mówią – ona nasza

gdy wyczytują mnie na liście zwycięzców

 

38711326_217275805632285_7677995279940845568_n

MODE – DE – VIE (Moda na życie) to tomik Agnieszki Krizel, o którym napisałam troszkę tu – w poście „Zaglądać motylom w oczy” (tytuł jest cytatem z jednego wierszy). Tomik jest dostępny w wersji papierowej i elektronicznej m.in. w tej księgarni.

 

Romantyczna wycieczka w Rodopy

 

Sredna Arda2aaa

Dzielę się pięknem, ale czy to, co widzą moje oczy

dla każdego jest widoczne?

 

Czasem mój cień mnie wyprzedza,

wspina się po jakiejś skale i zostaje mi tylko

chwycić go, jak linę ratunkową.

 

Innym razem  jestem pionem dla słońca

i widzę centrum jego  łaskawości.

 

Rzeczy na tym świecie są tak wymyślone,

że w istocie każdy oddaje piękno

ze światłem, które gromadzi w sobie.

 

Autorem wiersza jest Ventsi Staykov – bułgarski poeta, pisarz, fotograf i miłośnik Rodopów – magicznych gór, o których pisałam wiele razy.

Mam wrażenie, że te słowa, które kiedyś przetłumaczyłam, stanowią nierozdzielną całość z pięknymi zdjęciami wykonanymi przez poetę fotografa.

lisicite7aram

Fotografie Rodopów: Ventsi Staykov.

 

Zaglądać motylom w oczy…

 

Zawsze lubiłam poezję i zawsze czytanie tomików zajmuje mi sporo czasu. Dla mnie najpiękniejsze wiersze to te, które zatrzymują, zmuszają do refleksji, nie pozwalają ot, tak, przejść do następnego. Właśnie takie są wiersze Agnieszki. Czuję też, że są mi bardzo bliskie.

Czytając wiersze nie próbuję odpowiedzieć sobie na szkolne pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć ?”, bo sądzę, że powinno ono być zadawane poecie.  Czytelnik może tylko opowiadać o swoich odczuciach. Może sobie wyobrażać jakim człowiekiem jest autor.  Ja zobaczyłam wrażliwą osobę, która w piękny sposób opowiada o sobie, o mnie, o Tobie i wielu ludziach, którzy nie zawsze potrafią ubrać w słowa swoje myśli i odczucia. To poruszająca poezja zrozumiała dla każdego.

38711326_217275805632285_7677995279940845568_n
Mode de vie – Moda na życie

 

Chwile nostalgii zdarzają się w naszym życiu nie raz. Czasem ogarnia nas smutek, bo:

kiedyś po prostu

było

sukienkę założyło

oko podmalowało

namiętnością pachniało

kiedyś było

teraz jest

pająk zawieszony na ścianie

za oknem zmierzch

ciche tykanie zegara

W chwilach radości świat jest piękny. Czy nie jest tak, że chciałoby się wtedy:

zaglądać motylom w oczy

rozmawiać z biedronkami

cykać ze świerszczami

tańczyć na wiatru nosie

Miałam wielki problem, żeby wybrać krótkie cytaty z wierszy Agnieszki, bo w każdym jest „coś”, każdy przyciąga, z wieloma się utożsamiam. Na koniec „Przypadek” –  jeden z moich ulubionych.

jak masz na imię?

Przypadek

a…

to ty…

przypadkiem wskoczyłam do lodowatej wody

przypadkiem płakałam za tobą

przypadkiem mam na imię Julia?

nie Anna

przypadkiem usunąłeś z nieba słońce

przypadkiem wynająłeś chmury by padał deszcz (…)

Każdy z nas powinien od czasu do czasu podarować sobie miłe chwile. Jeśli może Ci je zapewnić poezja, sięgnij po wiersze Agnieszki.  I zrób to nie przypadkiem…

Skarlet

38711326_217275805632285_7677995279940845568_n

MODE – DE – VIE (Moda na życie) Agnieszka Krizel

(tomik jest dostępny w wersji papierowej lub elektronicznej – ebook)