Archiwa tagu: polityka

Wszystko wre i kipi, aż iskry lecą spod piór dziennikarskich

rys 1880 r

Pozostaję w przedwyborczym klimacie świata retro. Dziś zapraszam do roku 1904. Myślę, że temat „wybory” nie może być obojętny, niezależnie od stopnia zaangażowania w bieżące wydarzenia polityczne (jeśli oczywiście lubi się samemu decydować o sobie (czy są tacy, którzy nie lubią?)). Temat ważny, ale to nie znaczy, że nie wypada spojrzeć na niego z przymrużeniem oka. Z satyry, jak z bajki, morał często wynika…

fałszywie i głośno

dwie strony 1904 r

Kandydatowi na posła!
Stasiu, daj buzi, dzielny z Ciebie chłopak,
gdy nie wszyscy mogą mieć los na usługi,
tobie życie nigdy nie idzie na opak,
bo Ty sobie radzisz jak Salomon drugi.
Zawsześ uśmiechnięty i dla wszystkich słodki,
choć na bożym świecie różnie różnym bywa,
Ty mój — Ty, Stasiu, masz sekretne środki,
za pomocą których spływasz jak oliwa.
Dla popularności, gdy Cię chęć przenika
wynurzenia myśli, zrodzonych w Twej głowie,
często wkraczasz nawet w progi rzemieślnika,
a wszędzie krzywd masz temat i to, co się zowie.
Słowem, mając czoło, sprytu nie-troszeczkę,
chocieś ni pobożny, ni też niedowiarek,
postawiwszy Bogu zapaloną świeczkę,
diabłu zaraz potem zapalasz ogarek.
Dobrze robisz, Stasiu! serce Twe kołacze,
niech się zawsze rządzi zasadami swemi,
bo to jest rzecz znana, że kto zręcznie skacze,
ten umie wysoko wznieść się na tej ziemi.
Zbutwiałe przesądy, niewiele dziś warte,
rozum jednak ciągle podnosi się w cenie
i nie jeden gotów postawić na kartę,
w polityce ograne już mocno sumienie.
Basuj więc Staśku, gdy jesteś w potrzebie,
za niewielką pracę masz chleba po uszy,
gdy tymczasem inny, zdolniejszy od Ciebie
za swój dziwny upór, jak pustelnik suszy.

O! tak, wszystkim basuj, ogniotrwałej kasie, basuj szlachcicowi, co swą tarczę ceni, basuj każdej sprawie, która jest na czasie, basuj za kawałkiem wyborczej pieczeni;
Niech Cię spokój duszy, wcale już nie nęci, i nie zważaj na to mój poczciwy chłopie, że za Twoje niby jak najlepsze chęci, wyborcy Tobą gardzą, a diabeł Cię kopie.

za kim głosuje

Ach, wybory! Co? Wybory! Wszystko wre i kipi, aż iskry lecą spod piór dziennikarskich, a plakaciarze robią majątki, a to wszystko dlatego, że wybiera lud, wybiera społeczeństwo. – Dobrze! Ale w mieście jakoś całkiem cicho. Japońska cywilizacja zaczyna coraz więcej i silniej zaglądać do nas, skutkiem czego, każdy cywilizowany człowiek uważa wybory za szopę, za hecę i nikt z ludzi kulturalnych nie bierze na serio awantury robionej pod hasłem zysku, pomocy dla kraju, dźwignięcia przemysłu krajowego, urządzenia kanałów i innych balonów bez steru moralnego. Kiedy człowiek przypatruje się tym przedwyborczym zgromadzeniom, to doprawdy, przypomina mu się grono plotkarek pseudo inteligentnych, które umieją znaleźć ton w wywyższaniu siebie w skrajnym egoizmie i bezwarunkowym chwaleniu czynów, które zależą przeważnie od brawury językowej, a których esencją jest tylko frazes, a mową plagiat literacki.
I na takie zgromadzenia chodzą nasze: świeczniki, nasi luminarze społeczeństwa i słuchają bajd wygłaszanych przez kandydatów, zależnych czynami i zapatrywaniami już na pierwszy rzut oka. Bo i prosto rzecz biorąc, kto śmiałby twierdzić, że taki X. albo i Y. nie są tylko pionkami w ręce wielkiej, czy oni są w stanie cośkolwiek zrobić?
Śmieszne jest to twierdzenie i jeżeli tu może być jakowa myśl lub sens w dzisiejszych wyborach, to już wybrać by należało człowieka bezwarunkowo wolnego od władzy nad sobą, człowieka, który może powiedzieć prawdę w oczy i nie liczyć się z niczym, a już najmniej z tymi, którym ma być wyższą instancją.
Dlatego do tej chwili biorąc moje pisanie tylko poważnie, P. mógłby być tym człowiekiem, tym posłem, ale cóż, kiedy on widzi, że walka z ogólnym ogłupieniem i niepojmowaniem stanu rzeczy jest za trudną — jeszcze bowiem wciąż dziś szuka się wyborcy, a nie szuka człowieka.

ryc 1904r

Wracam na chwilkę do teraźniejszości. Kampania przedwyborcza trwa. W szranki stanęli politycy i komentatorzy. Bombardują się nawzajem słowami. Huk wybuchów zagłusza myśli w niejednej głowie… Może to przewidziany efekt? A gdyby tak autor zacytowanych wyżej słów przeniósł się w czasie, o 115 lat do przodu? Gdyby znalazł się w październiku 2019 roku? Chyba nie byłby zaskoczony?

I pytanie z roku 1904

pytanie 1904r

Reklamy

Kariera detektywa Noska

To i owo piszę na tej stronie, czasem wklejam fragmenty moich książek; dla urozmaicenia postanowiłam od czasu do czasu zaserwować historyjki nie przeze mnie napisane. O karierze pewnego detektywa napisał prawie 100 lat temu anonimowy literat.

detektyw HugoUkończywszy szkołę im. Sherlocka Holmesa i trzyletnią praktykę w Scotland Yardzie, detektyw Hugo Nosek wrócił do kraju, aby się poświęcić praktyce prywatnej. Już w dwa miesiące potem otrzymał doskonałą posadę w Domu Towarowym. Żywo zabrał się do dzieła. Przeszedł się po gmachu raz i drugi, zajrzał do piwnic, przypatrzył ekspedientom i pięknie wyondulowanym bóstwom, obsługującym klientelę, porachował wchodzących i wychodzących, gdzieś zatelefonował, coś zapisał w notesiku i w kilka godzin po objęciu posterunku, meldował: – Wykryłem niesłychaną grandę. Cała ta firma, to stek afer. Klientom sprzedaje się towar wybrakowany, jako pierwszy sort. Operuje się fałszywymi wekslami. Trzy najładniejsze ekspedientki są w niedopuszczalnie zażyłych stosunkach z szefem sprzedaży i co dzień każda wynosi sztukę materiału, którą…
– Frajer – parsknął śmiechem główny detektyw – toś pan miał co wykrywać! Przecież to wszyscy wiedzą… A najlepiej dyrektor naczelny…
Hugo Nosek otworzył usta i oczy, zamilkł, podrapał się w wygolony podbródek i… nazajutrz zmienił posadę. Nawet dobrze zrobił, bo ta druga posada, w kartelu pułapek na jeże (najnowszy patent, z automatycznym dzwonkiem i licznikiem) była o wiele lepiej płatna. Toteż Hugo Nosek z zapałem wziął się do pracy i już na drugi dzień złożył wizytę prezesowi rady nadzorczej.
– Przykro mi, panie prezesie – mówił – ale niech się pan przygotuje na złą nowinę…
– Co się stało? – przestraszył się prezes.
– Musi pan cały kartel zamknąć do kryminału. Wszystkie bilanse za ostatnie ośm lat fałszywe. Pozycje „długi zagraniczne“ są fikcyjne. Służą tylko do wywożenia zysków zagranicę. To samo pozycje opłat za licencje od rzekomo zagranicznego patentu na liczniki do pułapek. Patent jest własnością dyrektora naczelnego, tylko zarejestrowany w Berlinie. Po-zatem tantiemy…
– Myślałem, że naprawdę coś złego – odetchnął prezes – jak pan może mnie niepokoić! Przecież pan wie, że mam astmę!
– Jak to nic strasznego? – zdziwił się detektyw – to nic strasznego, że cały kartel…
– A w ogóle nie wsadzaj pan nosa w nie swoje sprawy, jeżeli pan nie chce stracić tak dobrze płatnej posady!… Hugo Nosek wyszedł bez pożegnania i nazajutrz znów był bezrobotny. Nie tracąc jednak nadziei w to, że ostatecznie taki talent i tyle wykształcenia nie zmarnują się w kraju, energicznie zaczął szukać zajęcia. W tydzień potem objął stanowisko dyskretnego obserwatora w „Urzędzie Zakupów Szpagatu”, a w dziewięć dni składał raport naczelnikowi.
– Starszy referent Kuśmidrowicz…
– Co Kuśmidrowicz? – spytał groźnie naczelnik. Detektyw stropił się na chwilę. Pamiętając poprzednie doświadczenia, rzekł ostrożnie.
– Ma pewne grzeszki na sumieniu…
– Co takiego? Kuśmidrowicz? Nieprawda! Z taką protekcją, jaką ma Kuśmidrowicz…
Hugo Nosek chrząknął i zmienił temat.
– Referent Pieczonka…
– Pieczonka jest szwagrem Bandziołkiewicza! – warknął szef.
– Hm… Młodszy referent Mandel…
– Należy do związku, ostrzegam pana!
– To w takim razie, moje uszanowanie!
Po dwu tygodniach Hugo Nosek wywiesił na drzwiach tabliczkę „Prywatny Kartel Zakupów Szpagatu” i zaczął robić interesy wedle zaobserwowanych osobiście zwyczajów. Z początku szło mu nawet nieźle, ale krótko, bo już w trzy tygodnie po uruchomieniu interesu siedział w kryminale. Gdy go obrońca (radca prawny kartelu pułapek na jeże), spytał, co mu właściwie do łba strzeliło puszczać się na brudne afery, strapiony detektyw odparł:
– Myślałem, że tu taki zwyczaj… że to wolno… wszyscy to samo robili…
– No tak – skrzywił się adwokat – ale przecież pan nie masz żadnych stosunków. Przecież zaledwie miesiąc, jak pan jesteś w kraju. Pan nie wiesz, że zasadniczo u nas kantów robić nie wolno.
– A co mi grozi? – spytał lękliwie Hugo Nosek.
– Jakieś pięć, sześć lat.
– Co?!!! – wrzasnął przerażony detektyw – za głupi kant sześć lat?!!!
– Rozumie się. Pan musisz być ukarany.
– Za co?!
– Dla przykładu, panie. Mówiłem już panu, że u nas ZASADNICZO nie wolno robić żadnych kantów…

czyste ręce

Bardzo jestem ciekawa, czy zainteresowała Was kariera detektywa? Miałam chęć zapytać na wstępie, czy domyślacie się kiedy została napisana, odpowiedź byłaby łatwa, czy trudna?

Nie ma i nic nowego nie będzie pod słońcem. W obracającym się bez przerwy kole wciąż migają nam te same szprychy – powiedział Arthur Conan Doyle. Dla mnie brzmi to trochę pesymistycznie. Wprawdzie na powtarzalność jesteśmy „skazani”, zawsze po zimie będzie wiosna, a po nocy – dzień… ale może nadgryzione przez ząb czasu szprychy w obracającym się kole, choćby z nudów, od czasu do czasu, warto wymienić?

waga

Na wszelki wypadek 😉 przypominam, że pozostaję w klimacie satyry politycznej z lat trzydziestych XX wieku. Mam nadzieję, że nie nudzę?

  rzekła lipa 1937

nawzajem

polityk

A ja tak sobie marzę…

fraszka 4

Korzystanie z utartych schematów to oczywiście nic złego, ale czy nie myślicie, że efekty stają się przewidywalne i w związku z tym pachną nudą? A ja tak sobie marzę, żeby trochę urozmaicić to i owo, wyskoczyć z mundurka…

Sądzę, że nikogo nie muszę przekonywać, że od wieków politycy stosują te same sztuczki. A jakby tak ich zaskoczyć? (Moment chyba odpowiedni?) Jakby tak nie dać się skusić obiecankami-cacankami. Jakby tak zaopatrzyć się w fakty i rzucać w nich tymi faktami, gdzie się da. Wyobrażam sobie… Stoi taki Iksiński na wiecu i krzyczy: – Gruszki będziecie zbierać z wierzby! – To nierealne! – prostują zgodnie słuchający. – Dam wam to, i to, i tamto! – Żeby nam dać, musisz dostać od nas! – odpowiada ktoś. Mówcy pot spływa z czoła. – A tak lubili bajki – myśli. Gubi się… nerwowo zerka na schemat, a tam nic… brak planu B. Nadchodzi w końcu dzień wyborów i kolejna niespodzianka. Kolejki przy urnach. Frekwencja 90-procentowa…

Zapraszam na przedwyborczy, satyryczny przegląd prasy z pierwszego trzydziestolecia XX wieku

fraszka 3
***verba veritatis – słowa prawdy

fraszka 2

fraszka 1

******

obiecanki więcej czynów

******

kelner a członek komisji

Ciąg dalszy nastąpi (oczywiście z przymrużeniem oka)

z przymrużeniem

 

 

Ali Baba objeżdża Polskę

Ali Baby sztuczki
MAGIK: – A teraz pokażę szanownej publiczności największą sztukę: Z tej oto próżnej skrzynki wyjmować będę różne rzeczy, które nigdy w niej nie były… PAN X: – Stop!! Zamawiam u pana tysiąc takich skrzynek na urny wyborcze!

Ali Baba objeżdżał Polskę przedwojenną, prawie wiek minął od tego czasu, a gorzki humor przedwyborczy chyba nadal aktualny. I dziś (tuż, tuż przed oddaniem głosu) wielu ludzi nie jest zdecydowanych na kogo zagłosować i ciągle wielu ulega kampanijnym obiecankom. Z jaką łatwością przyjmują do wiadomości, że 2+2=5. Czy to skutek przedwyborczej amnezji czy bezkrytyczna wiara w słowa? Nie pamiętają, że stojący na scenie nie są debiutantami? A może z plakatów, które pojawiają się co krok wydobywają się tajemnicze fluidy, powodujące, że fakty zacierają się w pamięci, a całokształt przestaje mieć znaczenie?

po wiecu sala nabita
– Widział pan, jak sala była nabita? – Tak, w butelkę!… (humor z lat 30-tych XX wieku)

******

wilcze obietnice
Satyra z lat 30-tych XX wieku
A kuku
Satyra z lat 30-tych XX wieku

******

Aby iść naprzód, trzeba umieć korzystać z doświadczeń przeszłości, a chcąc to czynić, należy mieć o niej dokładne pojęcie. (G. Orwell „Rok 1984”)

******

Dwie strony barykady

239Ac Plovdiv,1892r. International_Fair
1892 rok. Plovdiv

W niedzielę Bułgaria miała swoje Święto Niepodległości odzyskanej na dobre w 1908 roku, po ponad 500 latach niewoli. 22 września powiedziano głośne „nie” Imperium Osmańskiemu. A przy okazji tego święta zadźwięczały mi w uszach słowa Einsteina: Wszyscy z nas, którym leży na sercu pokój oraz zwycięstwo rozumu i sprawiedliwości, muszą sobie dobitnie zdawać sprawę z tego, jak znikomy wpływ mają rozum i szczera dobra wola na to, co dzieje się w sferze politycznej. Smutne, prawda?

1892 rok. Plovdiv

Podczas kilku lat konania Imperium Osmańskiego politycy państw europejskich wielokrotnie, palcem na mapie wyznaczali bałkańskie granice. Ludzi, jak kukiełki, przestawiano z miejsca na miejsce. Najmniej mieli do powiedzenia zainteresowani, zamieszkujący Półwysep Bałkański. Sułtana wspierali swoimi decyzjami Brytyjczycy. To oni przyczynili się do tego, że po zaledwie kilku miesiącach od ustalenia granic Bułgarii międzynarodowym traktatem (podpisanym w 1878 r. po zwycięstwie Rosji nad Turkami), ponownie państwo zostało podzielone (odcięto Wschodnią Rumelię, Trację) i oddane „pod troskliwą opiekę” osmańskiemu władcy. Najwyraźniej turecka granica na Dunaju była na rękę politykom. Akceptowali sułtana, obawiali się wpływów cara, nie brali pod uwagę dążeń Bułgarów, Serbów, Macedończyków, Greków.

Wąwóz XIX wiek

XIX wiek. Na pograniczu podzielonej Bułgarii (między Rumelią i Księstwem Bułgarii)

W Bułgarii wielką „sławę” zapewnił sobie brytyjski konsul Stanisław Graham Bower Saint Clair. Tak się zaangażował w tłumienie chęci odzyskania wolności, że wstąpił do armii sułtana.  W 1878 roku, wtedy kiedy powstawało Księstwo Bułgarii, wzywał do walki Turków mieszkających w Rodopach i zorganizował powstanie, od jego nazwiska nazywane w Bułgarii „Senklerowo wastanie”.  Wycofującym się, przegranym sułtańskim żołnierzom kazał doszczętnie spalić Sofię, na szczęście, jego rozkaz nie został wykonany.  Stanisław Saint Clair (syn Polki) miał w rodzinie wuja walczącego u boku Napoleona, który przecież dla wielu Polaków był nadzieją na odzyskanie wolności. Podobno Stanisław rozumiał potrzebę niepodległości państwa polskiego. Dlaczego tak uparcie nie dawał szansy  innym narodom?

W walkach toczących się na terenie Bułgarii w latach 1877-78 politycy postawili po jednej stronie barykady armię sułtana, a w niej Stanisława i innych Polaków, znajdujących się także w jego najbliższym otoczeniu,   a po drugiej stronie żołnierzy cara, Bułgarów marzących o wolności i TYSIĄCE*** Polaków, z których setki ginęły z ręki… no właśnie, z czyjej ręki? Niewykluczone, że i z ręki rodaka. (***Dane odnośnie liczby Polaków uczestniczących w walkach nie są jednoznaczne; niektórzy twierdzą, że było ich 35000, inni, że około 50000; zginęło najprawdopodobniej ok. 8000-10000 Polaków; w czasie tej wojny oddziały pod dowództwem polskiego generała Rodziszewskiego razem z bułgarską czetą (oddziałem) kapitana Petko Wojwody (przez całe życie walczącego z tureckim najeźdźcą) stanęły naprzeciw Stanisława Saint Clair i jego ludzi).

Polityczne decyzje i wojny najbardziej krzywdzą ludzi niestojących na świecznikach, stanowiących większość. Garstka decyduje o ich losach. Garstka potrafi skrzywdzić, garstka potrafi podzielić.

1912-1913r-First_Balkan_War8 - Kopia
1912 rok. Podczas wojny bałkańskiej

P.S. Po zwycięskiej wojnie (po pokonaniu Imperium Osmańskiego), car Rosji miał nadzieję, że Bałkany staną się jego strefą wpływów. Nie udało mu się osiągnąć celu. Dość szybko i skutecznie Bułgarii udało się pozbyć chętnych „do pomocy” w rządzeniu, w nowo powstałym państwie.

Na zdjęciu nad tytułem: Burgas 1893 r.

1912-1913r-First_Balkan_War11
1912 rok. Podczas wojny bałkańskiej
1912-1913r-First_Balkan_War13
1912 rok. Podczas wojny bałkańskiej
241 Sofia przed 1930r
Sofia – przed 1930 r.

okł.png-szPRa O niektórych faktach historycznych napisałam w ostatniej książce „W bałkańskim kociołku”. Tu znajdują się cytaty z książki.

Za przykładem panującego

Patria nostra in magno periculo est (Ojczyzna nasza jest w wielkim niebezpieczeństwie) – powiedział do swoich żołnierzy rzymski wódz, z którego mowy znam na pamięć spory  fragment i pewnie wyrecytowałabym go półprzytomna, obudzona w środku nocy. Zawdzięczam to mojej Pani profesor od łaciny mówiącej zawsze cichym głosem, posiadającej umiejętność egzekwowania tego i owego, ukrytą pod łagodnością narysowaną na twarzy. I chociaż pamięć z czasem staje się zawodna, niektóre łacińskie maksymy nagle pojawiają się w głowie.

Ad exemplum principis (Za przykładem panującego) – mawiali Rzymianie i te słowa przez wieki przyjęło się odnosić do ludzi, którym brak indywidualnych przekonań, bezmyślnie naśladujących sposób życia, myślenia, postępowania osób wysoko postawionych czy imponujących na przykład bogactwem.

Podróżni opowiadają, że świta dworska obowiązaną jest stosować się we wszystkim do sułtana: jeżeli on kaszlnie lub kichnie, obecni muszą kasłać lub kichać; jeżeli z konia spadnie, wszyscy z koni spaść powinni.

Te zachowania opisane w dziewiętnastowiecznej relacji z czasów Imperium Osmańskiego, należą do skrajnych, ale… Ad exemplum principis – myślę, gdy obserwuję współczesną rzeczywistość. Wielu ludzi chełpiących się przynależnością do elity mentor(polityków, dziennikarzy, biznesmenów) „organizuje” powtarzające się zbyt często pokazy braku taktu, braku kultury bycia i braku umiejętności posługiwania się językiem literackim. Pewnie nie razi to tych, dla których kiepskie maniery i wulgaryzmy, co kilka słów, wydają się być na porządku dziennym, ale… może właśnie dla nich elity powinny być pozytywnym wzorem? Żenujący poziom niektórych osób publicznych skłania do smutnych refleksji. Nie mam wątpliwości, że znajdują oni ślepych naśladowców, którzy odkąd istnieje ludzkość byli, są i będą, i niestety, jakość „śmietanki” przekłada się na ich jakość. Czy aż tak spadły wymagania? Zastanawiam się dlaczego niemała grupa ludzi na przykład głosując na polityków w wyborach, nie zwraca uwagi na ich poziom intelektualny i osobistą kulturę. Skąd niechęć niektórych do porównywania „faktów” z faktami?…

No cóż… Ad feliciora tempora! Do lepszych czasów! – powiem na koniec.

Dyzma, koło historii i nos polityka

W jednym z dziewiętnastowiecznych teatrów paryskich był aktor, który uważał, że wygląd nosa jest ściśle związany z charakterem człowieka. Każdej odgrywanej postaci tworzył więc inny kształt nosa przy pomocy wosku. Doszedł w tym rzeźbieniu do perfekcji, przewyższając umiejętnością najlepszych charakteryzatorów.  Gdyby temu aktorowi przyszło grać rolę polityka,  zapewne wosku potrzebowałby bardzo dużo – napisał jeden z ówcześnie żyjących dziennikarzy. I chociaż niemało czasu minęło, dziś można by powiedzieć to samo. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że odgrywając postać współczesnego polityka, aktor miałby problem z udźwignięciem niejednego nosa.

nos

Cytowałam kiedyś fragment artykułu napisanego w 1939 roku, w tygodniku literacko-społecznym, dziś go przypomnę.

Zwykłą  rzeczy koleją przyszłe pokolenia inaczej będą patrzały na naszą epokę niż my sami. (…) Gdyby urządzić ankietę, która z książek najtrafniej i w najbardziej syntetycznym skrócie  ujmuje naszą epokę, powinna ona wskazać „Karierę Nikodema Dyzmy” Tadeusza Dołęgi – Mostowicza. (…) Uświadomiliśmy sobie, że przeżywana przez nas epoka odbudowy państwa wymaga wyhodowania i wysunięcia na czoło specjalnego typu socjologicznego. Niestety, w większości wypadków pobłądziliśmy. Braliśmy intryganctwo za dzielność, chamstwo – za energię, nikczemność – za trzeźwość postępowania, biurokratyzm – za zmysł organizacyjny i lekkomyślność – za umiejętność powzięcia decyzji…

Wszyscy znają powiedzenie „człowiek uczy się na błędach”. Czy na pewno, skoro historia kołem się toczy?

Z sąsiadem za pan brat? Da się?

Zdecydowałam się dziś odnieść do zdania jakie padło w najnowszej opinii o mojej książce, ale zanim to zrobię muszę podziękować za ciepłe słowa „przyfruwające” od Czytelników i za zaangażowanie w promocję mojego papierowego dziecka. Uśmiech wraca jak widzę, że kolejne osoby polecają „kociołka”.

kosharite3Autorka strony „Recenzje Agi” napisała, że „to książka, która inspiruje do tego, by żyć wolniej i degustować chwile” (to zdanie znalazło się na okładce). W mediach społecznościowych Aga – Agnieszka Krizel – kilka dni temu opublikowała i zwróciła uwagę na wybrany przez siebie, ten oto fragment z mojej książki, mający związek ze zdaniem, które chcę skomentować. „Znajdujące się w bałkańskim kociołku różne grupy etniczne, różne kultury i religie mieszały się ze sobą przez kolejne stulecia. Ludzie posiadają pewne wspólne cechy, chociaż dzielą się na wiele grup posiadających odrębne obyczaje. Przez wieki nauczyli się żyć wspólnie. Nauczyli się szanować inność sąsiada pochodzącego z tej samej wsi czy miasta. Mają wiedzę o skomplikowanej historii swojego kawałka świata i mają świadomość, że jedna mała iskra może tu spowodować wielki pożar.

***

ludzie

Autorka najnowszej opinii o książce, na stronie „Nietoperz czyta i ogląda” napisała: „To, co poza pięknem przyrody najbardziej zapadło mi w pamięć w opowieści o Bułgarii, to różnorodność, wymieszana w „bałkańskim kociołku”: muzułmanie i chrześcijanie żyjący obok siebie, Turcy, Bułgarzy, Serbowie, Macedończycy i Grecy, ciągle popadający w spory, a jednak nie mogący bez siebie wzajemnie żyć. Da się? Da się! Patrząc z perspektywy Polski, która próbuje stać się krajem homogenicznym, kulturowo, narodowo i religijnie, Bałkany w tym kontekście powinny być dla nas przykładem.

Zgadzam się ze smutną prawdą o zmieniającej się rzeczywistości. Myślę, że Bałkany rzeczywiście mogą być przykładem umiejętności współżycia. Na pytanie: – Da się? odpowiedziałabym zdecydowanie: – Tak! Ktoś może zapytałby w tym momencie: – A bałkańskie wojny? – Tak. Były, bo ten zlepek rodzi także zagrożenie. Tak jak wspomniałam wystarczy jedna iskra i ci, którzy znają historię Bałkanów wiedzą, że zdarzały się pożary w tej części Europy i znajdowali się tacy, którzy chcieli je wywołać (nie przestaje kusić posiadanie wpływu na tę strefę). Dzielono państwa i bliskich sobie ludzi, a nawet rodziny. Doświadczenia Bałkanów pokazują, że można żyć w zgodzie z sąsiadem, ale trzeba strzec się manipulacji (tych z zewnątrz i tych rodzących się wewnątrz), trzeba być tolerancyjnym i umieć patrzeć na świat oczami innych ludzi. „Jakim szaleństwem jest oczekiwanie, by inny człowiek żył zgodnie ze standardami i normami, które zostały zaprogramowane w Tobie przez Twoje środowisko i Twoją rodzinę.” – powiedział Anthony de Mello i warto te słowa przypominać.

***

Zacytuję jeszcze fragment z tej samej opinii o książce. Cały tekst znajduje się na stronie „Nietoperz czyta i ogląda” i w „Kurierze Rzeszowskim„. Autorce recenzji bardzo dziękuję za miłe słowa i polecanie książki w mediach społecznościowych i księgarniach.

okł.jpg-szPR
Fragmenty książki są TU.

„W Bałkańskim kociołku” to książka głównie podróżnicza, choć i bardzo osobista, bo oparta na własnych przeżyciach, miejscach i rzeczach, które autorka widziała i słyszała. (…) W kociołku mieszają się ludzie i tradycje, religie i niełatwa historia. Bułgaria, tak mało u nas znana, a tak pełna niepowtarzalnych miejsc i legend, a także, a może przede wszystkim (?), romantyzmu. Zanim odwiedzicie ten kraj, bo wierzę, że jednak odwiedzicie, przeczytajcie książkę „W bałkańskim kociołku”, książkę napisaną z miłości do męża i kraju jego pochodzenia, kraju, w którym krzyżuje się Europa, zachodnia Azja, a nawet Afryka. Życzę sobie i Wam, byście mogli i mogły równie mocno jak autorka, pokochać drugiego człowieka, i chcieć poznać miejsca, z których się on czy ona wywodzi. 

jakim-szalec584stwem-jest.png

 

 

Czy eurosceptycy cierpią na amnezję?

Polityka – temat wzbudzający emocje – nie jest moją pasją, ale nie mogę udawać, że nie istnieje lub jest mi obojętna. Nie mam wątpliwości, że ma bardzo wielki wpływ na życie przeciętnego człowieka i ta myśl wraca od czasu do czasu w różnych sytuacjach, między innymi wtedy, gdy jedziemy samochodem i mijamy europejskie granice. Razem z nią wraca wspomnienie koszmarnej, najgorszej podróży w moim życiu.  Zaczęła się niespodziewanie pewnego jesiennego dnia.

w drodze
Bułgaria

Czekałam na telefon od Rodziców. Wiedziałam, że mój Tata choruje od kilku tygodni. Podniosłam słuchawkę i usłyszałam Jego złamany głos. – Mam nowotwór – powiedział. – Złośliwy. Nieuleczalny. Nic już nie można zrobić.  Nie mieliśmy wątpliwości. Decyzja „jedziemy do Polski” zapadła natychmiast. Kilka godzin później zbliżaliśmy się do bułgarsko-rumuńskiej granicy w Vidin. Nie był to wtedy teren Unii Europejskiej. Nie istniał jeszcze most na Dunaju. Łudziliśmy się, że skoro jest po sezonie nie będzie kolejek. Mieliśmy pecha. Prawie dobę czekaliśmy, żeby wjechać na prom.

Wydawało się nam, że wieki trwają odprawy celne przy wjeździe do Rumunii, potem przy wyjeździe z Rumunii i w kolejnych państwach. Mijaliśmy osiem punktów granicznych, osiem kontroli celnych. Paszporty, pieczątki… powtarzająca się osiem razy ta sama procedura, w każdym miejscu  trwająca godzinę, często dwie, chyba nigdy mniej niż pół godziny. Wcześniej nie zliczałam czasu spędzonego na granicach, a przecież traciliśmy go niemało, zwłaszcza wtedy, gdy celnicy rzetelnie i bez pośpiechu wykonywali swoje obowiązki.

2 rum
Dawno temu, gdzieś w Rumunii

Ta moja najsmutniejsza podróż wydłużyła się do nienaturalnych rozmiarów. Czuję ten straszny stres, który mi towarzyszył.

Od czasu wejścia Polski, Bułgarii i innych państw do Unii Europejskiej, a później przynależności do strefy Schengen pokonujemy tę samą trasę w znacznie krótszym czasie, także dzięki nowym drogom budowanym za unijne pieniądze (nie sposób nie zauważyć ich istnienia podróżując przez Polskę). Nie mam żalu do powracającego, koszmarnego wspomnienia, bo może dzięki niemu doceniam tę zmianę i niewątpliwie zawdzięczam ją politykom i elektoratowi, który zadecydował o ich wyborze.

Nigdy nie zrozumiem trendu zamykania Polski na świat, chęci odizolowania od Unii. Jak można chcieć się cofać, rezygnować z ogromu korzyści? Moja historia na pewno nie jest najlepszym i najważniejszym przykładem dobrodziejstw, bo osób, którym brak granic ułatwia życie jest zdecydowana mniejszość, ale opowiedziałam ją, bo zastanawiam się, czy eurosceptycy cierpią na amnezję?

vidin
Vidin – most na Dunaju łączący Bułgarię i Rumunię (ma prawie 2 km długości). Kiedyś możliwa była tylko przeprawa promowa. Promy kursowały co kilka godzin. Zdarzało się, że sznury samochodów czekały w kolejce, czasem zastygającej w bezruchu. Część środków na budowę pochodzi z bezzwrotnych funduszy Unii Europejskiej. W ciągu 1 tygodnia mostem przejeżdża 17000-24000 pojazdów (w sezonie turystycznym 26000-27000).

okł.jpg-szPRP.S. Może niektórych mieszkańców Warszawy i okolic zainteresuje wiadomość o konkursie przygotowanym przez Informator Stolicy i Wydawnictwo Bernardinum, ogłoszonym TU – na stronie gazety. Nagrodą jest moja książka (tu znajdują się fragmenty).