Czy można mieć pretensje do figowca, że nie rodzi czereśni?

Jacy oni są? To pytanie często mi zadawane, najczęściej dotyczy Bułgarów, choć nie różnią się oni od Greków, Macedończyków czy innych nacji żyjących na Bałkanach, a nawet w innych krajach południa Europy. Moja koleżanka Bułgarka powiedziała kiedyś: – Jedynym państwem poza Bałkanami, w którym mogłabym zamieszkać jest Italia, bo Włosi są mentalnie tacy, jak my.

To oczywiście nie oznacza, że nie ma między nami podobieństw, bo wspólne cechy charakteru mają ludzie na całym świecie, ale… Nie mam wątpliwości, że południe to więcej otwartości, bezpośredniości, tolerancji i uśmiechu. Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam tymi słowami. Nie chciałabym, żeby tak się stało. Nie dzielę ludzi na lepszych i gorszych (nie należy tego robić, prawda?). Wierzę, że w każdym człowieku, w każdej społeczności jest coś, co warto „przygarnąć” dla siebie. Trzeba tylko mieć chęć rozejrzeć się wokół.

16 listopada był Dniem Tolerancji (ustanowionym przez UNESCO w 1995 r.). W Polsce zrobiło się dla niej trochę ciasno. Paradoksalnie jest jej więcej w krajach bałkańskich (w każdym społeczeństwo jest wielonarodowościowe, różniące się religią, obyczajami).

Uśpiony intelekt, wybujałe ego, nakazuje niektórym uznawać za słuszne wyłącznie swoje poglądy/opinie i narzucać je innym. Dialog z nimi jest wykluczony. Nie umiem sobie wyobrazić świata, w którym wszyscy są jednakowi, myślą tak samo. O czym moglibyśmy dyskutować?

każdy człowiek wybiera swoją dr

Ponieważ wspomniałam o mentalności Bałkanów – jeszcze kilka słów. Koleje losu zawsze mają na nią wpływ. W mojej ostatniej książce („W bałkańskim kociołku”) jest trochę na ten temat (także o umiejętności oderwania się na chwilę od problemu), ale nie będę dziś siebie cytować. Większość moich Czytelników wie, że lubię „odkrywać” stare dokumenty, relacje, opowiastki. W 1878 – 1880 roku, tuż po tym jak powstało Księstwo Bułgarii, ciągle zależne od sułtana i Imperium Osmańskiego, podróżujący po tamtym regionie Polak bacznie przyglądał się ludziom, którzy nie zakończyli jeszcze walki o niepodległość. W jakimś stopniu odpowiedział na pytanie: Jacy oni są?

W Bułgaryi samej, w łonie wielkiej większości jej mieszkańców, burza polityczna nie wywiera żadnego prawie wrażenia — żadnego widocznego wpływu na codzienny byt ludzi, ani na zewnętrzny widok kraju. Jak dudniły przedtem, tak też i obecnie dudnią ludowe kobzy po okolicach, tak samo gromadzą się mieszkańcy w chwilach swobodnych od pracy, po kawiarniach, by za kieliszkiem mastiki*** pogadać o stanie rzeczy. Wszędzie pomimo politycznych przejść, panuje porządek i nawet dziwnie wśród takich okoliczności działająca na nerwy cisza. Nie ujrzysz i nie posłyszysz nigdzie najlżejszej oznaki zewnętrznego niezadowolnienia. Żadne, ulgę duszy przynoszące zaklęcie lub okrzyk nie wskazują, ażeby tętno narodu biło żywiej w chwilach stanowiących o jego być lub nie być. „Uczestniczyłem w kilku ludowych meetingach — pisze pewien korespondent z Bułgaryi — przy których pałki, drągi i inne tym podobne młodo-narodowe racje bywały w robocie, ale wszystko to odbywało się tak miarowo i statecznie, że między grzmotem a piorunem mogłem nieraz do 15 i 20 minut się doliczyć.” Z drugiej wszelako strony, źleby uczynił widz, gdyby naprawdę i głęboko zaufał tym sielskim pozorom obojętności. Niejedna okoliczność przekonałaby go niebawem, że owa powłoka pokojowa jest tylko maską, pod którą tkwi ponura, nam nawet niezrozumiała zaciętość i zażartość, datująca się od czasów niewoli tureckiej i kryjąca się z objawami żalu lub nadziei przed okiem postronnem, suchem. Dłużej naszej cierpliwości, niż waszej złości — powiadają Bułgarzy — i nie ulega kwestyi, że z formułką tą swoją polityczną zajdą dalej…

***wspomniana mastika, to alkohol anyżowy, w Polsce znany pod nazwą ouzo.

vreme razdelno
Kadr z filmu „Time of Violence” opartego na książce „Vreme razdelno”. Rzecz dzieje się w bułgarskich Rodopach, w czasach Imperium Osmańskiego. Bardzo polecam i książkę, i film. Tu napisałam kilka słów na ten temat: „Sulejman aga, Manol i Karaibrahim czyli czas wyboru„.

magnoliaWprawdzie dopiero na 21 listopada kalendarz nietypowych świąt zapowiada Światowy Dzień Życzliwości i Pozdrowień, ale ja już dziś pozdrawiam wszystkich Państwa i życzę, żebyśmy życzliwością i uśmiechem mieli okazję wymieniać się na co dzień.

Słowo – niby nic, a może zadziałać jak dobra wróżka

Czy to możliwe? Już nie pamiętam kiedy czekolada tak mnie urzekła, zawróciła mi w głowie. Smak cukierka był nadzwyczajny. Kawka niecodzienna… Wszystko dzięki moim Czytelniczkom. Ze wzruszeniem otwierałam każdą kopertę, a smakowe niespodzianki sprawiły mi wielką przyjemność.

I chociaż często (dzięki mediom społecznościowym) prowadzę „na żywo” pisemne rozmowy z Czytelnikami, słowa napisane odręcznie, gdzieniegdzie dorysowane serduszka ❤ które do mnie dotarły, podarowały poczucie bliskości. Czytałam, czytałam i czytałam… i w końcu jak małe dziecko wybuchnęłam płaczem. Trudno mi nawet o tym pisać. W ostatniej książce jest cząstka mojej duszy. Niezwykle cenna jest każda pamiątka z miejsca, w którym się znalazła.

książka

Wiele ciepła, pięknych życzeń, podziękowań i dobrych myśli zostanie ze mną na zawsze. Podziękuję za nie tam, gdzie się spotykamy (w mediach społecznościowych), ale nie mogłam nie napisać o tym i tu. Jaką wielką magię mają słowa, jak wielką radość można nimi sprawić… jak dobra wróżka potrafią w sekundę szare ubranko dnia zmienić w kolorową szatę.

Życzę Państwu słonecznego, uśmiechniętego weekendu.

W starym kinie

Wszystko się dziwnie plecie / Na tym tu biednym świecie; / A kto by chciał rozumem wszystkiego dochodzić, / I zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić.

Może więc najwyższy czas przestać się dziwić i dziwić, że tak lub siak się dzieje, że ten czy ów, to lub owo… (to, że najwyższy czas przestać, odnosi się oczywiście tylko do mnie i tego, co tu ostatnio napisałam o możliwej szkodliwości myślenia i chronicznym stanie, który mnie dopadł).  W ramach terapii zgromadziłam zapasik starych filmów i postanowiłam przy okazji dać klawiaturze trochę spokoju od klikania i więcej czasu wolnego mojemu czytnikowi. Obejrzałam już co nieco i mam bardzo miłe odczucia. Nie po raz pierwszy wpada mi do głowy myśl, że bez wulgaryzmów zamiast przecinków czy bez dominacji krwawych scen, można zbudować napięcie, można przykuć widza do ekranu (i nie, żebym się znowu dziwiła, to tylko, ot takie sobie, stwierdzenie). Nie zawsze stare kino mnie zachwyca, czasem gra aktorów wydaje się nienaturalna, przerysowana, a efekty wypadają marnie (chociaż ja je usprawiedliwiam: w końcu możliwości techniczne nie są porównywalne).

Na pewno zechcę jeszcze kiedyś obejrzeć lekką, nieskomplikowana komedię „Powiew luksusu” z Doris Day; to świetny film na odstresowanie się.

filmPo raz pierwszy widziałam dramat obyczajowy „Marty” z 1955 roku, i bardzo mi się podobał (film, scenariusz, reżysera i grającego tytułową rolę Ernesta Borgnine doceniono na gali Oscarów). Bohaterem jest stary kawaler swatany przez wszystkich wokół; gdy spotyka dziewczynę, która budzi w nim radość i wiarę w siebie, wszyscy próbują go zniechęcić do ewentualnego związku…

„Ziarnka piasku” to film wojenny z 1966 roku. Rzecz dzieje się w okresie międzywojennym w komunistycznych Chinach, na statku należącym do armii amerykańskiej, pływającym po rzece Jangcy. Nowy mechanik (Steve McQueen) mówi „nie” niektórym obowiązującym tu zasadom…

„W upalną noc” – kryminał z 1967 roku z Sidneyem Poitier w roli głównej, który znalazł się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze. W niewielkim mieście na południu Stanów miał spędzić kilka godzin, czekając na pociąg. Podejrzany o dokonanie zbrodni i aresztowany, okazał się być najlepszym specjalistą od rozwiązywania kryminalnych zagadek…

Takie oto tematyczne misz-masz zafundowałam sobie od piątku. Wiele starych tytułów jest dostępnych online, jeśli więc mogę je polecić – robię to. Zasługują na odkurzenie.

*****

P.S. Cytat na wstępie jest z pieśni Jana Kochanowskiego „Nic na świecie statecznego”.

nic na świecie Kochanowski

Najlepszy sposób na wampira?

Początek listopada chyba wszystkim kojarzy się ze świętem tych, którzy odeszli. Ludzie masowo odwiedzający groby to widok dobrze znany nie tylko mieszkańcom Polski. Zdarzyło mi się w tym czasie być na Węgrzech i nie zauważyłam różnicy; widziałam zamknięte ulice wokół cmentarzy, prowizoryczne kramy i tłumy ludzi. Węgrzy mieli pierwszy dzień miesiąca także wolny od pracy. To samo święto jest też na Bałkanach, tyle że tu obchodzi się je zawsze w pierwszą sobotę listopada (i nie jest to jedyne święto zmarłych w ciągu roku). O tym jak wygląda wizyta na cmentarzu w te dni (i nie tylko) już pisałam, a dziś kilka słów o tych, których śmierć nie oznaczała odejścia, a jedynym sposobem zabezpieczenia się przed ich niepożądanym powrotem było przebicie zwłok kołkiem. Okazuje się, że wampiry, zmora minionych wieków, nie przestają intrygować i mogą być świetną atrakcją turystyczną.

Przed wiekami w Bułgarii

Dwa tysiące lat temu był tu kurort otoczony dziewiczą przyrodą. W willach z pokojami zdobionymi freskami i sztukaterią, z wewnętrznymi dziedzińcami otoczonymi rzeźbionymi kolumnami, bogacze leczyli się źródłami mineralnymi i rozkoszowali się pejzażami. O istnieniu miasta przypominają pozostałości amfiteatru i domów z pierwszych czterech wieków naszej ery. Na  zachowanych mozaikach podłogowych sceny z mitologii nie przestały się wspaniale prezentować.

Armira willa

Dziś

Od lat 50-tych XX wieku, w miejscu antycznego kurortu, powstawały zakłady chemiczne produkujące m.in. cement i nawozy sztuczne. Otaczają je białe skały wapienne, wykorzystywane przez przemysł i źródła mineralne zaopatrujące miasto w wodę. Surowiec jest dostarczany wagonikami przesuwającymi się po linach – nad głowami pokonujących trasę Ruse-Varna. Dziś miasto jest zrujnowane razem z całą okolicą i zagrożone katastrofą ekologiczną, w ostatnich latach zostało opuszczone przez bardzo wielu mieszkańców. W pustych blokach przybywa dzikich lokatorów. Są to głównie Romowie, z którymi władze nie radzą sobie najlepiej.

Biura turystyczne z Europy Zachodniej przywożą tu autokarami turystów, którzy wprawdzie odwiedzają muzeum, ale przyjeżdżają głównie z powodu wampirów. Krążą opowieści o żyjących tu w przeszłości krwiopijcach i ich pogromcach i o tym, że znajdujące się w pobliżu jezioro nazywano jeziorem wampirów. Jest to wymyślona informacja, która zaczęła żyć swoim własnym życiem. Pozytywem jest to, że dzięki oryginalnej plotce, wspaniałe posadzki z czasów antycznych mają przed kim (od czasu do czasu) błysnąć urodą.

Cmentarz wampirów

Prawdziwa dzielnica wampirów istnieje w innym bułgarskim mieście. Na jej terenie odkryto setki grobów ludzi przekłutych po śmierci. Wiadomo na pewno, że nie wszyscy byli wampirami, bo w minionych wiekach obowiązywała także profilaktyka. Każdy człowiek posiadający nie najlepszy charakter za życia, mógł stać się po śmierci wampirem, a więc na wszelki wypadek organizowano mu pochówek przynależny krwawym istotom. Podejrzany był także nieznany podróżny, któremu zdarzyło się skończyć tu życie. Potencjalnego wampira przekłuwano, układano wokół niego gałęzie ciernistych krzewów i ciało pozostawiano na jedną noc w cerkwi.

Biorąc pod uwagę liczbę wampirzych grobów, należy uznać, że mieszkańcy (wtedy) wsi byli niezwykle ostrożni i zapobiegliwi.

Epidemii wampiryzmu było w Europie kilka

wampirW 1864 roku pisano w gazecie polskiej: Od dawna już utrzymywała się między ludem w różnych krajach wiara, że diabeł, ino że na niejaki czas, może ożywić trupa. Wierzono w to w wieku XVII w Anglii, wierzono także w Irlandii i Danii, a zarazem, że najlepszym środkiem zapobieżenia, aby umarły przestał chodzić, jest spalenie go, albo ucięcie mu głowy, lub przybicie palem ciała jego do ziemi, skąd poszły tysiączne znieważania grobów. Szczególną odmianą takiej spektropatii jest wampiryzm, który panował w Polsce w XVII wieku. Pisze o nim Don Calmet, podług którego upiory i wampiry, powstawszy z grobu, chodzą od południa do północy i w takiej ilości wysysają krew z ludzi żyjących, że ta wypływa im potem ustami, nosem i uszami. Głód, którego upiory doznają, skłania je także do zjadania bielizny znajdującej się obok nich w trumnie. Najwięcej dręczą upiory w nocy krewnych swoich, albo przyjaciół i wysysają z nich krew, co pociąga za sobą wielkie ich osłabienie, albo pozbawia ich życia. Nie ogranicza się to do jednej osoby, ale zwykle rozciąga się do całej familii, chyba, że się złemu zapobieży odcięciem głowy upiorowi, albo otwarciem mu serca. Upiora poznać można po tem: ciało jego jest giętkie, nabrzmiałe i czerwone, chociaż od dawna pochowane zostało.  (…)  Za najlepszy sposób uważa się odcięcie mu głowy motyką lub spalenie go i rozwianie popiołów na cztery wiatry, przebiwszy poprzednio serce osikowym kołem, jak to jeszcze u nas, za świadectwem Czackiego, w początkach naszego stulecia robiono.

by zyc wolniej2Tym makabrycznym opisem zakończę, dodam jeszcze tylko, że chyba najsłynniejszym wampirem w Bułgarii stał się pewien pan, którego twarz zrekonstruowano na podstawie szczątków znalezionych w grobie i wystawiono w muzeum. Napisałam najsłynniejszym, ponieważ przyjeżdżały go obejrzeć liczne grupy japońskich turystów. Historie, które opowiedziałam powyżej (z wyjątkiem cytatu z gazety polskiej) są fragmentem jednej z moich książek o Bułgarii. W najnowszej książce („W bałkańskim kociołku„) wspomniałam o tym jak święta zmarłych obchodzi się na Bałkanach i o słodkiej potrawie z pszenicy, towarzyszącej tym świętom w Bułgarii, czy w Grecji.

List z krainy Hadesa

Jeden list wyślij z krainy Hadesa… Czy światło jest lepsze niż mrok? 

– Światło jest tu na górze – tak mawiałeś przyjacielu Yanni. – Ale co robić ze światłem, jak serca są czarne z rozpaczy…

balchik (5)

Te słowa to cytat z piosenki. Znalazła się ona wśród kilku innych, moich ulubionych, wymienionych na końcu książki „W bałkańskim kociołku”. Krótką playlistę umieściłam dla Czytelników, którzy mają ochotę „usłyszeć” Bałkany. Ta muzyka towarzyszy mi na co dzień, wpisuje się w atmosferę całego półwyspu. Piosenka Barba Yanni była już i na tej stronie, ale ponieważ pasuje do listopadowego święta, przypominam ją. Może i Państwu te nutki przypadną do gustu?

Można ją odsłuchać poniżej, gdyby się nie odtwarzała – link do piosenki na You Tube

Myślenie chyba mi szkodzi?

dlaczegoMam chęć zamilknąć na chwilkę. Powód? Prozaiczny. W mojej głowie wyrosło tajemnicze drzewo rodzące owoce o nazwie: pytania. W każdym pesteczkę zastępuje słowo „dlaczego” (z oogrooomnym znakiem zapytania). Bum! – słyszę i wiem, że spadło kolejne, dojrzałe pytanie. Niestety, mój mózg chyba wybrał się na urlop (na pewno leniuchuje), bo nie podsuwa sensownych odpowiedzi (czy można w takim stanie napisać coś mądrego??!!!).

ból głowy„Odkryłam” też, że ostatnio dziwię się nieustannie. Dziwię się, że brak taktu, że jakoś mniej wrażliwości i że tyle arogancji wokół, i że ludzie to ludzie, a nie wilki, co to się nawzajem nie zjadają. Dziwię się, że kultura słowa kurczy się jak wełniany sweterek wrzucony do wrzątku. Dziwię się, że życie zaczyna przypominać to z orwellowskiego „Roku 1984”. Dziwię się, że do współczesnej rzeczywistości wkradają się scenki żywcem przeniesione ze problemśredniowiecznego świata (a wszystko to bez używania machiny czasu lub czarów-marów; kto by pomyślał, że się da?).

Dziwię się i dziwię… Dziwię się, jakbym obudziła się na innej planecie. Eeee, to jakiś absurd. Chyba jednak jestem tu, gdzie byłam? Może tylko spałam zbyt długo i nadziwić się nie mogę, ile to się, panie dzieju, zmieniło. Może zamiast powtarzać przeciągłe – Ooooooo!??? – lepiej zamilknąć, pogapić się, zrobić pstryk i wyłączyć myślenie? Może myślenie wcale nie jest zdrowe?

pytam

Co widać i czego nie słychać

Dawno temu pewien pan napisał książkę „Co widać i czego nie słychać”. Nazywał się Claude Frederic Bastiat, a żył w pierwszej połowie XIX wieku. Był ekonomistą i filozofem. – Nuda – pomyślą niektórzy. Ja Frédéric Bastiat (1801-1850)odpowiem: – W tym przypadku nie. Pan Bastiat był człowiekiem posiadającym język giętki i poczucie humoru, dzięki czemu jego dzieło czyta się lekko i jest ono odpowiednie dla ekonomicznych laików. Prawdy jakie się tam znajdują są oczywiste i na pewno znane większości, bo chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że ekonomistą jest po trosze każdy, kto gospodaruje zarobionymi pieniędzmi, prowadzi dom. Pomimo tego wielu ludzi obawia się oceniać niektóre działania podejmowane odgórnie (na szczeblu rządowym), a z ust wypływa argument: Ja nie jestem specjalistą. Czy słusznie? Czy należy przyjmować wszystko do wiadomości, wyłączając logiczne myślenie? Sądzę, że nie. Nie umiem zrozumieć dlaczego dla tej samej dużej grupy ludzi, brak gospodarności w rodzinie jest naganny, a w państwie niekoniecznie?

Pan Bastiat napisał w imieniu producentów świec, lamp, latarni bardzo słynną petycję do członków Izby Deputowanych, chcących uwolnić rynek od zagranicznej konkurencji. Jak myślicie, kto jest najpotężniejszym wrogiem wytwórców oświetlenia? Już podpowiadam: SŁOŃCE.

„Panowie:

Jesteście na dobrej drodze. Przychodzimy, aby zaoferować wam cudowną okazję do zastosowania Waszej – jak winniśmy to nazwać? Waszej teorii?

Cierpimy z powodu rujnującej konkurencji zagranicznego rywala, który najwyraźniej pracuje w warunkach tak dalece dla produkcji światła lepszych niż nasze, że zalewa nim nasz krajowy rynek po niesłychanie niskiej cenie; od momentu, kiedy się pojawia, nasza sprzedaż zamiera, wszyscy konsumenci zwracają się do niego, a branża francuskiego przemysłu, której odgałęzienia są niezliczone, doprowadzana jest nagle do całkowitej stagnacji. Rywal ten, którym jest nie kto inny niż Słońce, prowadzi przeciw nam wojnę tak bezlitośnie, że podejrzewamy, iż został podburzony przeciw nam przez perfidny Albion (obecnie znakomita dyplomacja!), zwłaszcza, że ma dla tych wyniosłych wyspiarzy wzgląd, którego nie okazuje nam.

Prosimy Was, byście byli tak dobrzy i uchwalili ustawę wymagającą zamknięcia wszystkich okien, okiennic, świetlików, wewnętrznych i zewnętrznych żaluzji, zasłon, okien z kwaterami i rolet – krótko mówiąc wszystkich otworów, dziur, szpar i szczelin, przez które światło słoneczne ma w zwyczaju wpadać do domów ze szkodą dla uczciwych gałęzi przemysłu, którymi, jesteśmy dumni móc powiedzieć, obdarzyliśmy ten kraj, kraj, który nie może, bez zdradzania niewdzięczności, opuścić nas dziś w tak nierównej walce.”

Ta petycja (zacytowałam tylko fragment) to satyra mająca zwrócić uwagę na pewne problemy i sposoby argumentacji, ale czy nie wynika z niej, że wszystko da się wytłumaczyć? Populizm istniał, istnieje i będzie istniał. Wiem, że nie należy mu ulegać, natomiast nie umiem sobie odpowiedzieć na pytanie: Jak to się dzieje, że w dzisiejszej rzeczywistości zatacza coraz szersze kręgi? 

I jeszcze dwa cytaty:

„Musisz dostarczyć mi zajęcie, i to zajęcie zyskowne. Głupio wybrałem dziedzinę działalności i przynosi mi ona straty. Jeżeli nałożysz dwudziestofrankową kontrybucję na mych rodaków, moja strata zamieni się w zysk. A zysk jest wszak moim prawem, musisz mi go zapewnić.”
Społeczeństwo słuchające tego sofisty, obciążające się podatkami, by go zadowolić, nieświadome, że strata, jaką przynosi dany przemysł, nie przestaje być stratą, jeżeli zmusi się innych do jej pokrycia, takie społeczeństwo zasługuje na brzemię, jakie dźwiga.

***

Im bardziej bada się postępowe sekty, tym bardziej wzrasta przekonanie, co leży u ich podstaw: ignorancja obwołuje się nieomylną i w imię swej nieomylności, zachwala despotyzm.

Pstryk! i siedzę na kolanach babci

Mama mOd lat obiecuję sobie, że zeskanuję stare, rodzinne zdjęcia. Jest ich tak wiele, że nie możliwe jest tego dokonać w jeden dzień i w dużej mierze dzięki temu, kolejne etapy odsuwają się w czasie. Wracam niekiedy do tych fotografii, na których przeżyły chwile z wielu dziesiątek minionych lat. Kadry z życiaTato m Rodziców, Dziadków i pradziadków mają w sobie nieprzemijający czar, tak, jak chyba wszystkie zdjęcia, które o osiągnięciu pełnoletności zapomniały dawno temu. Odcienie czerni i bieli nie umniejszają ich piękna.

w letnim domu BabciŻycie przypomina siedzenie w kinie. Pstryk! I oto ja: dziecko pałaszujące ptysie (…). Pstryk! Minęły dwa lata i siedzę na kolanach u babci (…). To jedynie chwilki – a między nimi długie, puste przestrzenie miesięcy, czy nawet lat. Gdzie się wtedy było? – napisała Agata Christie w swojej „Autobiografii”, przy okazji próby odpowiedzenia sobie na pytanie: Co decyduje babcia Mo wyborze wspomnień? Myślę, że te dobre wspomnienia narzucają miedzy innymi fotografie, bo złe chwile rzadko uwiecznia się na potrzeby rodzinnych albumów.  Przy okazji odżywają jakieś opowieści i odczucia związane z każdym obrazem. „Pstryk” zastępuje szelest odwracanej kartki i oto ja: mała dziewczynka, pod jedwabnym, przeciwsłonecznym parasolem Babci, spaceruję po alejkach otaczających jej letni dom, przekonana, że życie jest piękne, a wszyscy ludzie dobrzy…

Na szczęście, w moim zbiorze, nawet bardzo stare zdjęcia z dzieciństwa i młodości moich Rodziców, ich Rodziców i Dziadków mają się całkiem dobrze. Gorzej jest z dokumentami, z których niektóre, zupełnie zbędne, zostały przechowane i przykro mi patrzeć jak nikną, kruszą kenkartasię, powoli przestają istnieć. Między innymi trzymam ciągle czyjąś kenkartę i nic nieznaczące „papierki”, wydane mojemu Dziadkowi, gdy był jeszcze w armii amerykańskiej i stacjonował we Francji, podczas II wojny światowej. Strach wziąć je do ręki, bo rozpadają się. A ja (chyba mam naturę chomika) nie umiem się z nimi rozstać. Obiecałam sobie, że poszukam odpowiedzi na pytanie: czy można przedłużyć im życie? Może jednak jest jakiś sposób?

koniec wojny

Jeśli lubicie stare fotografie, na których żyją chwile z przeszłości i towarzyszące im emocje, bardzo polecam film dokumentalny „Szukając Vivian Mayer” („Finding Vivian Maier” – 2013 r.), film o niezwykłej artystce odkrytej przypadkiem. Jej historia to jeden z wielu zaskakujących scenariuszy napisanych przez życie. Urodziła się w 1926 roku, zmarła w 2009. Przez ponad 50 lat zapisała swoim aparatem tysiące portretów i scen ulicznych (głównie w Chicago i w Nowym Jorku, gdzie pracowała jako niania). Sławna stała się po śmierci, gdy odkryto jej fotografie – małe arcydzieła, których nie pokazywała nikomu; gromadziła je w wynajętych schowkach, zapełnionych pudłami odbitek, negatywów i zdjęć przez nią niewywołanych.

P.S.  Zdjęcia w tekście (najbliższych mi osób) są z mojego prywatnego albumu.

Dzieciństwo i młodość pełne są czasowników. Nie możesz usiedzieć w miejscu. Wszystko w tobie rośnie, tryska, rozwija się. Później, w średnim wieku czasowniki stopniowo zamieniają się w rzeczowniki. Dzieci, samochody, praca, rodzina – rzeczywiste sprawy rzeczowników. (Georgi Gospodinov (pisarz bułgarski))

 

Słowa skreślone naprędce na skrawku papieru

Bardzo cenię sobie istnienie internetu. Tempo przekazywania informacji, zdjęć czy filmów to wielkie udogodnienie, ale… Tak jak w większości sytuacji, tak i w tym przypadku nie mogło zabraknąć „ale”, ceny, którą płacimy za postęp, udoskonalenia. Klawiatura zastąpiła długopis, a maile wyeliminowały konieczność pisania tradycyjnych listów. I chociaż jest szybciej i listytaniej, prysnął ich czar, wielu ludzi z nich zrezygnowało.

Może nawet są dziś tacy, którzy nie znają uczucia czasem pospiesznego otwierania koperty i nigdy nie słyszeli szelestu kartki, zapisanej ręką bliskiej osoby.  (…) Każdy list był całą niepowtarzalną historią, którą tworzyli wspólnie nadawca i i adresat. Ten pierwszy zastanawiał się niekiedy długo nad wyborem papieru i koperty, bo one mogły podkreślić charakter, jaki miał mieć list. (…) Patrząc na litery kreślone powoli lub szybko, ze spokojem lub nerwowo, odbiorca czuł emocje towarzyszące pisanym słowom. Mógł też czuć rodzaj bliskości z nadawcą, podczas gdy dotykał tego samego skrawka papieru. papryka przepisNapisałam te słowa w jednej z moich książek i „odżyły” we mnie w bardzo prozaicznej sytuacji. Spojrzałam na kosz papryki i chociaż jej przeznaczeniem było przeistoczyć się w ajwar, sięgnęłam po przepis naprędce („na kolanie”) skreślony przez mojego Tatę, na (dosłownie) skrawku papieru, który nie miał szczególnej ważności, gdy żyli moi Rodzice. Teraz biorę go do ręki i czuję tę bliskość, o której wspomniałam w swojej książce. Oddarty kawałeczek papieru nabrał znaczenia… Czy byłoby tak, gdyby był kartką wyplutą przez drukarkę? Chyba jednak nie.

paprika-6A ponieważ o papryce i przepisach mowa, przypominam receptę na bałkańska pastę.

Ajwar

1,2 kg papryki / 0,8 kg bakłażana

– upiec na grillu lub w piekarniku (po upieczeniu obrać ze skórki i usunąć gniazda nasienne); zmielić; zmiażdżone składniki przełożyć do głębokiej patelni z oliwą z oliwek (+-100 ml) na dnie, dodać +-1 łyżkę octu winnego, sól i pieprz (do smaku), troszkę cukru, czosnek (2-4 zmiażdżone ząbki), 1/2 pęczka pokrojonej natki pietruszki. Gotować na wolnym ogniu. Pasta jest gotowa wtedy, kiedy po zamieszaniu łyżką – ślad pozostaje dłuższą chwilę. Po przełożeniu do słoików pasteryzować 15-20 minut.

Jak się nie ma, co się lubi

Kolejny październikowy dzień; zwyczajny i nie-zwyczajny; w barwny pejzaż, tak pracowicie malowany przez panią Jesień, wkrada się szarość i chwilka z „Elegancką piosenką o szczęściu”.

muz

…żeby tak nie październiczeć.
I na przekór otumanom mgieł jesiennych
i wbrew temu tu całemu liściatemu przedsięwzięciu…

…Ta piosenka to piosenka całkiem zła.
To piosenka, która mówi:
Jak się nie ma, co się lubi
To nie lubi się i tego, co się ma.

…A ten refren nie pozbawion przecież racji,
bo on mówi i o zdrowiu, i o szczęściu,
o miłości, pomyślności, a i nawet demokracji.

Z nieznanych mi powodów niektóre filmy znikają i pojawiają się, a więc na wszelki wypadek TU jest link do piosenki na You Tube.

Bezowocne rozważania („jednym słowem”: strata czasu)

Siedzę przed klawiaturą. Na moich kolanach mała, ruda istotka wpatrzona w ekran. Otwieram obrazek, na który wkleiłam słowa Adama Granta: Prawdziwą miarą wartości człowieka jest sposób, w jaki traktuje kogoś, kto nie może mu się przysłużyć. Psia główka przechyla się na boki… Próbuje odszyfrować ciąg kresek, kółeczek… Gdyby umiała czytać, gdyby mogła przemówić ludzkim głosem, jak skwitowałaby to twierdzenie?

piesekJej małe serduszko mieści w sobie ogrom bezinteresownych uczuć, ale zdarzają się momenty, w których odzywa się „interesowność” (w końcu ideały nie istnieją, prawda?). I wtedy… jak może coś zyskać  – uprzejmościom nie ma końca. Mordka się uśmiecha. Nie przychodzi jej do głowy rzucić obraźliwym słowem w psim języku, czy stawiać warunki. W ludzkim świecie różnie bywa w takich sytuacjach. Człowiek potrafi warknąć, a czasem ugryźć, nawet wtedy, kiedy ma realną szansę coś zyskać (i nie żeby chciał to coś stracić, broń Boże!). Co nim powoduje? Brak logiki, prostactwo, głupota. Na tę ostatnią jest lekarstwo, ale nikt jej nie leczy, bo i po co, skoro chory nie czuje bólu. Zranienie innego człowieka też nie boli.

A życie się toczy… Ten i ów wspomni od czasu do czasu o wyższości Homo sapiens nad innymi gatunkami. A ja zamiast kończyć kolejną książkę,  siedzę i tracę czas na dialog bez słów z moim małym pieskiem, którego wiara w człowieka znacznie przewyższa moją.

O świętych wężach i jeziorze w jaskini

wążDrodzy Goście! Mam tu z boczku listę wpisów najczęściej czytanych w ostatnich kilku dniach. Jakimś „cudem” moje spotkanie z jadowitym gadem od wielu miesięcy jest w tym spisie prawie non-stop. Nie sądzę, że stali bywalcy tej strony nie znają tej historii (jest tam także krótki film), myślę, że zaglądają do niej nowi Goście. Jest ona cytatem z niewydanej książki, kontynuacji „W bałkańskim kociołku”, a więc tymczasem zapraszam do „kociołka”. Już dodałam tę informację w wymienionym wpisie („Święte węże czyli…)), plus link do fragmentów „kociołka”.

Myślę, że urywki tekstu mogą zadecydować, czy sięgnąć (lub nie) po książkę (zależy mi, żeby trafiała ona do osób lubiących gatunek literacki, do którego ją przypisano, dlatego nie wszystkich namawiam do jej przeczytania, każdy ma inny gust czytelniczy, ja sama nie każdą tematyką jestem zainteresowana). Osoby chcące znać opinie o „kociołku”, znajdą je u mnie, pod cytatami i na stronie Wydawnictwa (są dodawane w aktualnościach); jest tam m.in. recenzja audio prezentowana w programach radiowych (TU można ją odsłuchać ze strony Wydawnictwa).

Na zakończenie fragmencik mojej książki (nie był dotychczas publikowany), wspomnienie miejsca, którego o mały włos nie zobaczyłam. Na pewno dziś bardzo bym tego żałowała.

Äĺâĺňŕřęŕ ďĺůĺđŕ

Entuzjastycznie zareagowałam na pomysł zwiedzenia jaskini z podziemnym jeziorem. (…) Kozią ścieżką (tak się tu mówi o bardzo stromych górskich dróżkach) i bujającym się mostem linowym doszliśmy do wejścia. Tu czekał na nas „jaskiniowy” strój. (…) Kiedy panowie przewodnicy byli w połowie standardowego instruktażu przed wejściem, przyznam, że obudziły się we mnie poważne wątpliwości. – Ja tu poczekam – miałam na końcu języka. (…) W jaskiniach zachwycam się tym, co widzę, ale kiedy jestem w podziemnym świecie, zawsze w jakimś momencie wstrząsa mną dreszcz niepokoju. „Pobrodzę, popływam, posiedzę, poleżę…” – pocieszałam się w myślach, bo już wiedziałam, że są miejsca, gdzie skalny sufit jest w niewielkiej odległości od tafli wody. Mała łódka (ponton) przepłynie tędy, ale jej pasażerowie muszą pozostać w pozycji leżącej, przyklejeni do dna. Liny nad głowami pomagają posuwać się do przodu…

by zyc wolniej2P.S. Jestem bardzo wdzięczna wszystkim, którzy wspominają o „kociołku”, włączają się w promocję. Książkę poleca m.in. portal literacki Sztukater.pl: Jak dobrze trafić przypadkowo na genialną powieść reportażowo – podróżniczą, taką, która opowiada o świecie prosto i klarownie, a jednocześnie ciekawie i pasjonująco. (…) Co tak naprawdę urzekło mnie w tej pozycji? Przede wszystkim chyba wątki autobiograficzne, które z pełną szczerością oddały początkową niemożność poradzenia sobie autorki w nowej, bułgarskiej rzeczywistości. Miłość jednak, w tym konkretnym przypadku, uratowała wszystko i stała się iskierką, która…    (tu znajduje się cały tekst)

Zapraszam na pogaduszki o codzienności i przeszłości, marzeniach, wspomnieniach, podróżach, muzyce i książkach, które napisałam.

%d blogerów lubi to: