Źródełko Radości

Istnieje źródełko, z którego ja czerpię garściami. Nazywam je Źródełkiem Radości. Płynie w moim kierunku od Czytelników. Niesie miłe słowa i obrazy. Ostatnio są one związane z podróżą jednego egzemplarza mojego „kociołka”.  Od czerwca wędruje od domu do domu i z przyjemnością pozuje do zdjęć (cztery są poniżej), a ja patrząc na nie czuję się trochę tak, jakbym mu towarzyszyła.  Z całych sił trzymam kciuki, żeby nie zawiódł oczekiwań (nie tylko Uczestników Book Tour). Opisana podróż jest relacjonowana w mediach społecznościowych przez kolejne osoby, pomyślałam jednak, że i tu napiszę o niej kilka słów. Zauważyłam, że wielu ludzi korzysta z tej innej, ale ciekawej formy czytelnictwa.

Na koniec wieści z mojego podwórka „dwa” słowa do wszystkich Czytelników i Gości tej strony: Bardzo się cieszę, że jesteście 🙂  Miłego dnia!

kronika foto2a

„W bałkańskim kociołku” – fragmenty, recenzje, opinie

Reklamy

Ja to między bajki włożę

Opowiadająca bajki 1875rBajki, baśnie, bajeczki… kojarzą się najmocniej z dzieciństwem, chociaż niektóre są adresowane do dorosłych. Coś mnie podkusiło i postanowiłam odkurzyć w pamięci „Bajki nowe” Ignacego Krasickiego, napisane w drugiej połowie XVIII wieku. Są króciutkie, wierszowane i na pewno nie straciły aktualności.  Jak już odkurzanie skończyłam,  to samo „coś” podkusiło mnie, żeby opublikować tu kilka.  Może i Wam spodobają się niektóre?

Był młody, który życie wstrzemięźliwie pędził;
Był stary, który nigdy nie łajał, nie zrzędził;
Był bogacz, który zbiorów potrzebnym udzielał;
Był autor, co się z cudzej sławy rozweselał;
Był celnik, który nie kradł; szewc, który nie pijał;
Żołnierz, co się nie chwalił; łotr, co nie rozbijał;
Był minister rzetelny, o sobie nie myślał;
Był na koniec Poeta, co nigdy nie zmyślał.

– A cóż to jest za bajka? Wszystko to być może.

– Prawda; jednakże ja to miedzy bajki włożę.

Baran dany na ofiarę
Widząc, że wieńce kładą, że mu rogi złocą;
Pysznił się tłusty Baran, sam nie wiedział o co;
Aż gdy postrzegł oprawcę, a ten powróz bierze,
Aby go powolnie ciągnął ku ofierze,
Poznał swój błąd; rad nie rad wypełnił los srogi;
Nie pomogły mu wieńce i złocone rogi.

Mysz i Kot
Mysz, dlatego, że niegdyś całą książkę zjadła,
Rozumiała, iż wszystkie rozumy posiadła.
Rzekła więc towarzyszkom: nędze wasze skrócę,
Spuśćcie się tylko na mnie, ja kota nawrócę.
Posłano wiec po kota; kot zawsze gotowy;
Nie uchybił minuty, stanął do rozmowy.
Zaczęła mysz exortę; kot jej pilnie słuchał,
Wzdychał, płakał… Ta widząc iż się udobruchał,
Jeszcze bardziej wpadała w kaznodziejski zapał.
Wysunęła się z dziury. A wtem ją kot złapał.

Bajki i przypowieści tudzież bajki nowe Krasickiego2

Zacytowane fragmenty są z książki „Bajki i przypowieści tudzież bajki nowe Ignacego Krasickiego”

Krasicki Satyry

P.S. Wpis wprawdzie opublikowałam, ale zdecydowałam się dodać post scriptum. Mamy dziś piątek 13-go i chociaż trzynastego wszystko zdarzyć się może, życzę, żeby jak w starej piosence Kasi Sobczyk ten dzień był w różowym kolorze. 🙂

Radość delfina

Film, który zamieściłam poniżej zobaczyłam dziś w bułgarskich mediach. W pobliżu wyspy Procida, w Zatoce Neapolitańskiej mały delfin zaplątał się w sieci. Rybakom udało się go uwolnić. Wdzięczna mama skakała z radości i ten moment został zapisany.  Czy nie piękne podziękowanie?

(Ponieważ niektóre, zamieszczone  filmy znikają, na wszelki wypadek Tu link do tego samego video na You Tube.)

Delfinom (tym żyjącym w Morzu Czarnym) i moim spotkaniom z nimi poświęciłam trochę miejsca „W bałkańskim kociołku”. Fragmenty książki znajdują się TU. A skoro o „kociołku” mowa, zauważyłam, że moja najnowsza książka trafiła do bardzo wielu bibliotek i ciągle ich przybywa. Warszawa, Kraków, Swarzędz, Raszyn, Michałowice, Dęblin, Ryki to tylko niektóre. Polecam, jeśli ktoś ma chęć zajrzeć do bałkańskiego kociołka.

delf.butlon

Marzenia i motyle

butterflyRzut okiem do kalendarza nietypowych świąt i senny dzień nabrał różowej barwy. Nie wypada (choć odrobinkę)  nie pomarzyć w Dniu Marzyciela. Podobno spełnienia marzeń są jak motyle; uciekają, gdy się je goni, siadają na ramieniu wtedy, kiedy najmniej się ich spodziewamy. Niech nas zaskakują jak najczęściej. Życzę wszystkim rozmarzonego popołudnia 🙂

to możliwość spełnienia marzeń sprawia

8 wrzesień – Dzień Marzyciela

Niech cię ogień pochłonie

Bardzo, bardzo chciałam dziś napisać coś pozytywnego, optymistycznego, jednak zanim zaczęłam, zajrzałam na stronę Lubimy Czytać i co widzę? „Harry Potter” usunięty z biblioteki katolickiej szkoły w Nashville. A wszystko przez klątwy i zaklęcia, najprawdziwsze z prawdziwych (tak twierdzą egzorcyści, bo nie wyrzucono Harrego ot, tak… wcześniej odbyły się narady i konsultacje). W Gdańsku spłonął na stosie kilka miesięcy temu. Widziałam to na licznych zdjęciach i wtedy nadziwić się nie mogłam… teraz już rozumiem. Po co ryzykować? Zawsze może się znaleźć jakiś chętny, co to zechce rzucić zły czar na przykład (tfu, tfu) na mnie i co wtedy? Musimy iść z duchem czasu, prawda?

czarownica z kotemJak było kiedyś? W 1740 roku odnotowano w kronikach sądowych, jak to niejaki Walenty Budzyszewski przysięgał przed Sądem, Bogiem i Trójcą Świętą, iż cierpi wielkie uciemiężenie nie tylko na fortunie, ale i na zdrowiu, a nie przez kogo innego, jak przez tę Jabłuszewską. A że się Jabłuszewska uparcie nie przyznawała, że klątwę na Walentego rzuciła i twierdziła, że nie bywała na sejmiku czarownic z diabłem,  Sąd dwukrotnie skazywał ją na tortury, aż w końcu za szkody różne (zaklęciami wywołane), także i za Boga odstąpienie, a Diabła słuchanie, nakazał Sąd: aby z tego mizernego świata ogniem była spalona przez Mistrza, tam, gdzie należy.

W 1882 roku pisano: Diabeł i czarownica – słowa, które budzą dziś uśmiech wzgardy i politowania na ustach naszych, nie były tak obojętne dla naszych przodków; wyryły się też krwawymi znaki na jednej z najsmutniejszych kart w dziejach sądownictwa kryminalnego; przywołują nam bowiem na pamięć tysiące nieszczęśliwych istot, które posądzone o zbrodnie istniejące  tylko w wybujałej fantazji średniowiecznej, padły ofiarą ciemnoty i zabobonu.

Stulecia mijają… Nastał XXI wiek. Wszyscy wiemy, że świat nie stoi w miejscu. Posuwamy się… no właśnie… w jakim kierunku?

Czarownice. Pocztówka 1900 rok
Czarownice. Pocztówka z 1900 roku

Dzień strząsania orzechów

Jak pyta mnie ktoś o to, czy jestem przesądna, odpowiadam: – Troszkę. Dziś pomyślałam, że chyba więcej, niż troszkę, bo kiedy mi przypomniano, że dziś Simeonovden, zmieniłam plany obiadowe. Simeon jest patronem rolników, ja wprawdzie nie posiadam gospodarstwa, ale… Dzisiejszy dzień to też strząsanie i zbiór orzechów włoskich, a także odczytywanie pogody (jeśli jest jasno, jesień będzie ciepła, a zima śnieżna; jeśli jest pochmurno, zima będzie łagodna). Magiczne właściwości ma tego dnia bazylia, pozostawiona w miejscu jakiejkolwiek uprawy, zapewni dobre zbiory.  To tyle o bałkańskim dniu świętego Simeona, nazywanego także „strząsaczem”, od orzechów spadających z drzew.

***

czytamW Polsce koniec wakacji (bułgarscy uczniowie cieszą się nimi do 15 września) i jak to zwykle o tej porze bywa, pojawiają się różne artykuły związane ze szkołą. Na portalu Lubimy Czytać trafiłam na listę lektur (tu można ją zobaczyć). Chyba nie jest możliwe, żeby wszyscy byli z niej zadowoleni. Z ciekawości spojrzałam pobieżnie; jest wśród innych jedna pozycja: Biblia. Sądziłam, że dzieci na religii zapoznają się z jakimiś fragmentami (i to wystarczy), a rozumiem, że lista dotyczy polonistów (a może źle rozumiem?). Biblia przewidziana jest dla pierwszych i drugich klas szkoły średniej, a wcześniej dla uczniów szkół podstawowych (klasy IV-VI). Nie wiem od jakiego czasu Biblia jest obecna na liście, ale czy to dobry moment na tę lekturę (niekoniecznie pasjonującą dla dzieci w tym wieku)? Ciekawa jestem Waszej opinii. Czy miło wspominacie szkolne lektury? Czy raczej podzielacie zacytowany poniżej pogląd Gałkiewicza?

„Ale, słowo honoru, nikogo nie zachwyca. Jak może zachwycać, jeśli nikt nie czyta oprócz nas, którzy jesteśmy w wieku szkolnym, i to tylko dlatego, że nas zmuszają siłą…” („Ferdydurke” Witold Gombrowicz)

Za przykładem panującego

Patria nostra in magno periculo est (Ojczyzna nasza jest w wielkim niebezpieczeństwie) – powiedział do swoich żołnierzy rzymski wódz, z którego mowy znam na pamięć spory  fragment i pewnie wyrecytowałabym go półprzytomna, obudzona w środku nocy. Zawdzięczam to mojej Pani profesor od łaciny mówiącej zawsze cichym głosem, posiadającej umiejętność egzekwowania tego i owego, ukrytą pod łagodnością narysowaną na twarzy. I chociaż pamięć z czasem staje się zawodna, niektóre łacińskie maksymy nagle pojawiają się w głowie.

Ad exemplum principis (Za przykładem panującego) – mawiali Rzymianie i te słowa przez wieki przyjęło się odnosić do ludzi, którym brak indywidualnych przekonań, bezmyślnie naśladujących sposób życia, myślenia, postępowania osób wysoko postawionych czy imponujących na przykład bogactwem.

Podróżni opowiadają, że świta dworska obowiązaną jest stosować się we wszystkim do sułtana: jeżeli on kaszlnie lub kichnie, obecni muszą kasłać lub kichać; jeżeli z konia spadnie, wszyscy z koni spaść powinni.

Te zachowania opisane w dziewiętnastowiecznej relacji z czasów Imperium Osmańskiego, należą do skrajnych, ale… Ad exemplum principis – myślę, gdy obserwuję współczesną rzeczywistość. Wielu ludzi chełpiących się przynależnością do elity mentor(polityków, dziennikarzy, biznesmenów) „organizuje” powtarzające się zbyt często pokazy braku taktu, braku kultury bycia i braku umiejętności posługiwania się językiem literackim. Pewnie nie razi to tych, dla których kiepskie maniery i wulgaryzmy, co kilka słów, wydają się być na porządku dziennym, ale… może właśnie dla nich elity powinny być pozytywnym wzorem? Żenujący poziom niektórych osób publicznych skłania do smutnych refleksji. Nie mam wątpliwości, że znajdują oni ślepych naśladowców, którzy odkąd istnieje ludzkość byli, są i będą, i niestety, jakość „śmietanki” przekłada się na ich jakość. Czy aż tak spadły wymagania? Zastanawiam się dlaczego niemała grupa ludzi na przykład głosując na polityków w wyborach, nie zwraca uwagi na ich poziom intelektualny i osobistą kulturę. Skąd niechęć niektórych do porównywania „faktów” z faktami?…

No cóż… Ad feliciora tempora! Do lepszych czasów! – powiem na koniec.

Dyzma, koło historii i nos polityka

W jednym z dziewiętnastowiecznych teatrów paryskich był aktor, który uważał, że wygląd nosa jest ściśle związany z charakterem człowieka. Każdej odgrywanej postaci tworzył więc inny kształt nosa przy pomocy wosku. Doszedł w tym rzeźbieniu do perfekcji, przewyższając umiejętnością najlepszych charakteryzatorów.  Gdyby temu aktorowi przyszło grać rolę polityka,  zapewne wosku potrzebowałby bardzo dużo – napisał jeden z ówcześnie żyjących dziennikarzy. I chociaż niemało czasu minęło, dziś można by powiedzieć to samo. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że odgrywając postać współczesnego polityka, aktor miałby problem z udźwignięciem niejednego nosa.

nos

Cytowałam kiedyś fragment artykułu napisanego w 1939 roku, w tygodniku literacko-społecznym, dziś go przypomnę.

Zwykłą  rzeczy koleją przyszłe pokolenia inaczej będą patrzały na naszą epokę niż my sami. (…) Gdyby urządzić ankietę, która z książek najtrafniej i w najbardziej syntetycznym skrócie  ujmuje naszą epokę, powinna ona wskazać „Karierę Nikodema Dyzmy” Tadeusza Dołęgi – Mostowicza. (…) Uświadomiliśmy sobie, że przeżywana przez nas epoka odbudowy państwa wymaga wyhodowania i wysunięcia na czoło specjalnego typu socjologicznego. Niestety, w większości wypadków pobłądziliśmy. Braliśmy intryganctwo za dzielność, chamstwo – za energię, nikczemność – za trzeźwość postępowania, biurokratyzm – za zmysł organizacyjny i lekkomyślność – za umiejętność powzięcia decyzji…

Wszyscy znają powiedzenie „człowiek uczy się na błędach”. Czy na pewno, skoro historia kołem się toczy?

Wakacyjna przygoda małego urwisa

Lato trwa, pomyślałam więc, że to dobry moment na wakacyjne wspomnienie, tym razem nie moje. Wiąże się ono z sytuacją, w której najmniejsza zwłoka nie wchodziła w rachubę. Super pilną wiadomość należało przekazać natychmiast… (Tę historię opisałam w „Bałkańskim kalendarzyku” (tytuł roboczy), będącym w pewnym sensie kontynuacją „kociołka” i jest ona związana także z moim wspomnieniem.)

figa
Figa

W bałkański pejzaż wpisuje się dom Dziadków mojego męża, oddalony od Morza Egejskiego o zaledwie godzinę jazdy samochodem. Otaczają go kąpiące się w słońcu winnice, położone na górskich stokach. Prowadzi do niego stroma uliczka, z innymi domami wychylającymi się zza kamiennych płotów.

Historię rodzinnej posiadłości znałam z opowiadań. Kiedy byłam tu po raz pierwszy zatrzymałam się na chwilkę w miejscu, w którym przed laty stał kilkuletni chłopiec. Podekscytowany i lekko zdyszany biegiem, zadarł głowę do góry.

– Babciu! Dziadku! – krzyknął zniecierpliwiony.

mel1Nie rozumiał dlaczego nikt nie wyjrzał przez okno. Nikt nie zwrócił na niego uwagi, a przecież sprawa wymagała pośpiechu! Nie było chwili do stracenia! Niewiele myśląc mały urwis schylił się po leżący pod jego stopami kamień. Podniósł do góry rękę i żeby mieć pewność, że trafi w okno olbrzymiego domu, zamachnął się z całych sił, krzycząc jednocześnie: – Ryby! Przywieźli ryby do sklepu!

Dźwięk pękającego szkła podkreślił ważność wiadomości…

Dzieckiem, któremu kamień zrobił psikusa (miał tylko odbić się od szyby) był mój mąż. Z przyjemnością spędzał tu wakacje, ale brakowało mu owoców morza, które u siebie miał na co dzień.

Absurdalna, ale prawdziwa historia

Ostatnio ograniczam sobie emocje, które mogłoby wywołać na przykład przeczytanie książki czy obejrzenie filmu pokazującego brutalność. Nie bez wahania zdecydowałam się na obejrzenie  „Sztokholmu”, obrazu opowiadającego o słynnym napadzie na bank, kojarzonym z pojęciem „syndrom sztokholmski”, używanym przez psychologów całego świata. Skusiłam się, bo byłam ciekawa dlaczego właśnie ta historia spowodowała stworzenie nowego terminu, stosowanego  w odniesieniu już nie tylko do zakładników czy ofiar porwania, ale też do ofiar przemocy domowej. Nie znałam szczegółów historii, która wydarzyła się w stolicy Szwecji w 1973 roku i przyznam, że byłam zaskoczona. Dwaj rabusie nieudacznicy różnią się, moim zdaniem, od wyobrażenia o dokonujących napadów. Nie chcę zdradzać szczegółów, bo może ktoś ma ten film przed sobą, a więc ograniczę się do kilku słów. Budzi zdumienie ich niestandardowe zachowanie, niewątpliwie wynikające z cech charakteru (mówię to w kontekście znanych mi, opisanych podobnych sytuacji)… Na wstępie pojawia się na ekranie jedno zdanie: Na podstawie absurdalnej, ale prawdziwej historii. Czy rzeczywiście była absurdalna? Myślę, że tak, momentami nawet śmieszna. Po obejrzeniu zastanawiałam się, czy termin „syndrom sztokholmski” w wielu przypadkach jest słusznie stosowany.

Film „Sztokholm” miał światową premierę w 2018 roku; w roli głównej wystąpił Ethan Hawke.

P.S. Gdyby ktoś chciał wiedzieć o co poprosiłabym Złotą Rybkę, TU jest odpowiedź 😉

delfin

Ziarnko do ziarnka… słowo do słowa…

Pisałam… zmieniałam… skreślałam… dopisywałam… wyrzucałam słowa… dodawałam słowa… Wreszcie książka (ta ostatnia) trafiła do rąk Czytelników. – Czy jestem z niej zadowolona?  – Nie do końca. Kusi mnie, żeby tu i ówdzie dokonać poprawek.

Miałam jakieś założenia, ale nie mogłam mieć pewności, że udało mi się je zrealizować. Uśmiechałam się czytając nową recenzję. „To książka bardzo osobista, dlatego na pierwszym planie są ludzie. (…) Oczywiście nie brakuje tu nawiązań do faktów historycznych, czy miejsc, które warto zwiedzić, ale to tylko część. Autorka w dość uproszczony sposób nawiązuje do wybranych wydarzeń z historii, ale to absolutnie nie jest zarzut z mojej strony. Wszak to nie jest publikacja traktująca o historii Bułgarii. Jednak udało jej się uświadomić jak złożona, zawiła i skomplikowana jest przeszłość Bałkanów” – napisała autorka opinii. A ja poczułam radość, że jeden z celów osiągnęłam. Historia rzeźbi charakter kolejnych pokoleń i choć troszkę trzeba o niej wiedzieć. Obraz bez tła wydaje się niepełny… Ludzie pokazani bez ich przeszłości nie mogą być dobrze zrozumiani (tak myślę; ciekawa jestem Waszego zdania).

Tego samego dnia przeczytałam recenzję miłośniczki „oglądania” świata z własnego fotela, „wtedy gdy obowiązki i codzienne życie zatrzymują w domu”. Zacytuję tylko jeden króciutki fragmencik: „Autorka, dzieląc się swoim osobistym doświadczeniem, zaciekawia, bawi i zachwyca…” (Magdalena Pelczarska)

Dziękuję obu Paniom i wszystkim osobom, które przesyłają mi ciepłe słowa. Mam nadzieję, że nie zanudzam tymi wieściami moich Gości, miło jest móc dzielić się z Wami radością.

Prześladująca mnie stalkerka „pracuje” niestrudzenie. Dodaje swoje komentarze na stronach blogów literackich i na stronach różnych księgarni. Nie sądzę, żeby sympatyków gatunku, do którego należy moja książka, mogły zrazić jej „merytoryczne recenzje” typu cytowanych wcześniej („niech autorka siedzi sobie w tej dziadowskiej schamiałej zacofanej Bułgariii nie pisze głupich książek dla polakuw„) i najnowsze, „grzeczniejsze” w Gandalfie: „Nudna głupia i beznadziejna książka nadaje się do kominka” (nie myślałam, że ktoś jeszcze pali książki…) lub ta napisana szyfrem: „asfsaf saf sa”…. Zachęcam jednak i za dodanie opinii będę wdzięczna każdemu, kto książkę przeczytał.

Fragmenty pierwszej, zacytowanej powyżej recenzji (cały tekst znajduje się na stronie „Monika Olga czyta„; polecam tę stronę, także inne recenzje)

okł.jpg-szPRWrażenie, które towarzyszyło mi od pierwszych przeczytanych zdań to łagodność i subtelność. Zrozumiałam, że to nie jest tyle książka podróżnicza opisująca Bałkany, ale coś więcej.  To książka bardzo osobista, dlatego na pierwszym planie są ludzie. Nie tyle same Bałkany, co właśnie ich mieszkańcy. I przepadłam… 

(…) Urzekła mnie ta publikacja. Urzekły mnie Bałkany. Jestem przekonana, że podróż do Bułgarii byłaby wspaniałą podróżą. Wszak jestem i historykiem, i miłośniczką gór, i kawoszem, i lubię delektować się winem, i ciągle uczę się spieszenia się powoli. Monika Olga czyta”

Absolwent uniwersytetu złoczyńców

muzyUciekam czasem od nie zawsze kolorowej rzeczywistości. Byłam ostatnio na wycieczce w świecie, nad którym czuwa Erato z kitarą w ręce, Euterpe z piszczałkami w dłoniach i jej piękna siostra Kaliope. Spędziłam trochę czasu z poetą w trzydziestym życia lecie, hańbą do syta napojonym. Jego życie mogłoby być intrygującym scenariuszem filmu kryminalnego. W czasach studenckich rozrywki zajmowały go bardziej niż nauka, był duszą towarzystwa. Miał szansę na zrobienie kariery, zajęcie dobrego stanowiska, ale pociągało go inne życie. Stał się członkiem złodziejskiej szajki, mającej na koncie także zabójstwa. Poecie dopisywało szczęście, bo chociaż trafiał do więzienia kilka razy, zawsze wychodził z niego przed czasem z powodu amnestii lub czyjegoś wstawiennictwa. Ostatni wyrok – karę śmierci – zamieniono mu na 10-letnie wygnanie. A wszystko to działo się w XV wieku, we Francji. Poeta rzezimieszek nazywał się Francois Villon.

Myślę, że poezja się nie starzeje i często aktualne jest spojrzenie, nawet sprzed pięciu wieków, na pewne cechy odradzające się w kolejnych pokoleniach, bo ludzkie charaktery są niezmienne. Wiem, że poezja pozostaje w cieniu siostry prozy (szczególnie ta napisana archaicznym językiem), ale może jednak ktoś skusi się i przeczyta fragmenty wierszy Villona. Żałuję bardzo, że nie znalazłam w polskim tłumaczeniu jednej ballady poety, która mnie poruszyła.

Zatytułowałam ten tekst „Absolwent uniwersytetu złoczyńców”, bo Francois był studentem paryskiej uczelni i nie był tam jedynym czarnym charakterem w owym czasie; według Mollanda Uniwersytet „krył w swoim łonie najniebezpieczniejszych złoczyńców: tych, którym niejaka kultura umysłowa dawała zarazem więcej środków czynienia złego i więcej środków drwienia ze Sprawiedliwości. Władza duchowna uwalniała prawie zawsze winnych. Ażeby sądy kryminalne prefektury Paryża mogły na nich położyć rękę, trzeba było recydywy po recydywie, trzeba było, aby ich uznano jako wyzutych z przywileju kleryków. Sytuacja tak uprzywilejowana ściągała do Uniwersytetu mnóstwo nicponiów, zrujnowanych i pogrążonych w rozpuście szlacheckich synów, którym, dla uzyskania charakteru studenta, wystarczało wpisać się na lekcje jednego z nauczycieli.” Dziś sposób funkcjonowania uniwersytetu wydaje się zadziwiający, prawda?

Charles_d'Orléans

A teraz oddaję głos poecie opowiadającemu o swoim romansie.

Gdyby ta, której’m niegdyś służył, / Z wiernego serca, szczerej woli, / Przez którą tylem męki użył / I wycierpiałem moc złej doli, / Gdyby mi zrazu rzekła szczerze, / Co mniema (ani słychu o tem!) / Ha! byłbym może te więcierze / Przedarł, i nie lazł już z powrotem.

Co bądź jej jeno kładłem w uszy, / Zawżdy powolnie mnie słuchała / — Zgodę czy pośmiech mając w duszy / Co więcej, nieraz mnie cirpiała, / Iżbym się przywarł do niej ciasno / I w ślepka patrzał promieniste / I prawił swoje… Wiem dziś jasno, / Że to szalbierstwo było czyste.

Wszytko umiała przeinaczyć;/ Mamiła mnie, niby przez czary: / Zanim człek zdołał się obaczyć, / Z mąki zrobiła popiół szary; / Na żużel rzekła, że to ziarno, / Na czapkę, że to hełm błyszczący, / I tak zwodziła mową marną, / Zwodniczem słowem rzucający…

Na niebo, że to misa z cyny, / Na obłok, że cielęca skóra, / Na ranek, że to wieczór siny, / Na głąb kapusty, że to góra; / Na stary fuzel, że moszcz młody, / Na świnię, że to młyn powietrzny, / Na powróz, że to włosek z brody, / Na mnicha, że to rycerz grzeczny…

Tak moje oto miłowanie / Odmienne było i zdradliwe; / Nikt tu się ponoś nie ostanie, /By zwinny był jak śrybło żywe: / Każdy, ścirpiawszy kaźń nieznośną, / Na końcu będzie tak zwiedziony / Jak ja, co wszędy zwą mnie głośno: / Miłośnik z hańbą przepędzony.

***

VillonPomimo tego, że Villon wyprzedził swoją epokę, przez „chwilę” przygasła jego sława, „odżył” dopiero w XIX wieku. Tadeusz Boy-Żeleński, który przetłumaczył wiersze Villona (zachowując archaiczny język), nazywa go pierwszym poetą Francji. Francois urodził się w 1431 r., w biednej rodzinie, wykształcenie zawdzięcza swojemu kuzynowi i opiekunowi – kanonikowi Wilhelmowi Villon. Nieznana jest data jego śmierci. Zniknął po 1463 r.

Poeta zrozumiał po latach, że droga, którą kroczył nie była właściwa.  Wiem to, iż, gdybym był studiował / W płochej młodości lata prędkie, / I w obyczaju zacnym chował, / Dom miałbym i posłanie miętkie. / Ale cóż? Gnałem precz od szkoły, / Na lichej pędząc czas zabawie… / Kiedy to piszę dziś, na poły / Omal że serca wnet nie skrwawię…

Gdybym znał, iż publicznej sprawie / Może się to by na co przydać, / Jak mi Bóg miły, byłbym prawie / Sam siebie gotów na śmierć wydać.

 

Zapraszam na pogaduszki o codzienności i przeszłości, marzeniach, wspomnieniach, podróżach i muzyce – autorka książek.

%d blogerów lubi to: