Lato trwa, pomyślałam więc, że to dobry moment na wakacyjne wspomnienie, tym razem nie moje. Wiąże się ono z sytuacją, w której najmniejsza zwłoka nie wchodziła w rachubę. Super pilną wiadomość należało przekazać natychmiast… (Tę historię opisałam w „Bałkańskim kalendarzyku” (tytuł roboczy), będącym w pewnym sensie kontynuacją „kociołka” i jest ona związana także z moim wspomnieniem.)

figa
Figa

W bałkański pejzaż wpisuje się dom Dziadków mojego męża, oddalony od Morza Egejskiego o zaledwie godzinę jazdy samochodem. Otaczają go kąpiące się w słońcu winnice, położone na górskich stokach. Prowadzi do niego stroma uliczka, z innymi domami wychylającymi się zza kamiennych płotów.

Historię rodzinnej posiadłości znałam z opowiadań. Kiedy byłam tu po raz pierwszy zatrzymałam się na chwilkę w miejscu, w którym przed laty stał kilkuletni chłopiec. Podekscytowany i lekko zdyszany biegiem, zadarł głowę do góry.

– Babciu! Dziadku! – krzyknął zniecierpliwiony.

mel1Nie rozumiał dlaczego nikt nie wyjrzał przez okno. Nikt nie zwrócił na niego uwagi, a przecież sprawa wymagała pośpiechu! Nie było chwili do stracenia! Niewiele myśląc mały urwis schylił się po leżący pod jego stopami kamień. Podniósł do góry rękę i żeby mieć pewność, że trafi w okno olbrzymiego domu, zamachnął się z całych sił, krzycząc jednocześnie: – Ryby! Przywieźli ryby do sklepu!

Dźwięk pękającego szkła podkreślił ważność wiadomości…

Dzieckiem, któremu kamień zrobił psikusa (miał tylko odbić się od szyby) był mój mąż. Z przyjemnością spędzał tu wakacje, ale brakowało mu owoców morza, które u siebie miał na co dzień.

Reklama